Wilno
Dowództwo AK rzuciło hasło uchylania się od mobilizacji, ucieczki do lasu przed wcieleniem do LWP. Nagabywani przez ZPP działacze społeczni uchylali się od współpracy. Sekretarzem Odpowiedzialnego Zarządu Tymczasowego ZPP w

Wilnie była Maria Dziewicka, przedwojenna komunistka. Przedstawiciel ZG-ZPP w ZSRR Andrzej Nowicki w swoim sprawozdaniu z delegacji do Wilna, m.in. pisze o zebraniu społeczeństwa w operetce "Lutnik" przy ulicy Mickiewicza, gdzie wygłosił referat: "... Akcenty przemówienia dotyczące wspólnej walki LWP i Armii Radzieckiej oraz sojuszu z ZSRR były kilkakrotnie oklaskiwane. Jednak, gdy wspomniałem o zagadnieniu granic wschodnich i konieczności pokojowego i zgodnego załatwienia tej sprawy z ZSRR z sali rozległy się krzyki "Wilno, Lwów". Z trudem zakończył przemówienie. Publiczność składała się z Polaków z różnych warstw mieszkańców miasta i okolic. Dużo było żołnierzy, ochotników armii Zygmunta Berlinga z jednostki stacjonującej w Wilnie. W większości byli to byli partyzanci AK". W terenie działały oddziały byłych AK-owców, które nie miały łączności z Komendą AK, zapożyczyły tylko od AK pseudonimy: "Korsarz", "Grom", "Szczerbiec", "Łupaszko", "Lis", "Konrad", "Żejmiana", "Narocz", "Jurand", "Wilk", "Wir", "Mścisław", "Janusz", "Fakir", "Lidzki", "Myśliwy", "Edek", "Cwaniak".
19 listopada 1944 roku w Lublinie na posiedzeniu PKWN generał Zygmunt Berling przedstawił zebrane przez prokuratora materiały dotyczące prześladowania ludności polskiej przez nowe władze PRL, z żądaniem, by ten, kto za to odpowiada został osadzony w więzieniu. Naiwny kolaborant nie wiedział komu służył. Nieporadny
dowódca wojskowy okazał się jeszcze gorszym politykiem. Po trzech dniach, przewodniczący PKWN Edward Osóbka-Morawski zaproponował mu wyjazd do Moskwy na stałą misje wojskową i awans na generała broni. Był przy tym Bolesław Bierut i Michał Rola-Żymierski. Zygmunt Berling odmówił. Z jego wspomnień: "... Pozostawała tylko konfrontacja wewnątrz PKWN i KRN. Starałem się rozruszać to przypadkowe zbiorowisko ludzi. Na próżno. Bezwolna, zastraszona masa Witosów, Kotek-Agroszewskich, Rzymowskich itd., chciała pozostać ślepa i głucha, doskonale obojętna i zadowolona ze swojego losu". Tylko Bolesław Drobner obiecał go poprzeć i tylko jemu Zygmunt Berling się zwierzył z treści depeszy do Stalina: "... Błagam was, ratujcie Polskę dla Związku Radzieckiego, z rąk szajki trockistowskich agentów międzynarodowego bandytyzmu".
To już chyba był szczyt głupoty politycznej wszechczasów. Bolesław Drobner zdradził, doniósł Bermanowi. PKWN wysłał 23 listopada 1944 roku do Moskwy Stanisława Radkiewicza z propozycją deportowania generała Zygmunta Berlinga z PRL lub wyrażenie zgody na likwidację w kraju. Bandyci zwrócili się do swojego mafioza, super bandyty o zgodę na usunięcie jego agenta. Bułganin wezwał 27 listopada 1944 roku generała Berlinga do Moskwy. Od PKWN otrzymał paszport na nazwisko Paszkowskiego. Został przymusowym słuchaczem Akademii Sztabu Generalnego im. Woroszyłowa, bez prawa powrotu do PRL - deportacja, azyl polityczny. Był już niepotrzebny i niewygodny. Z jego wspomnień: "... Powrócił kraj do sytuacji w 1939 roku, a więc ponowna okupacja, codzienne egzekucje, zatłoczone więzienia i masowe deportacje. Zmienili się tylko egzekutorzy - pałający do nas taka samą zoologiczną nienawiścią jak ci, których wypędzono. Nastąpił powrót Frankensteina".
Kolega szkolny Zygmunta Zdanowicza, Wacek Skarżyński został aresztowany w ubraniu roboczym, podczas pracy w Depo Parowozowym w Wilnie. Brudny został zawieziony do aresztu NKWD przy ulicy Słowackiego, naprzeciw gmachu DOKP, róg Wiwulskiego. Na szczęście miał przy sobie zaświadczenie lekarskie, potwierdzające, że ma odmę płuc. Po dwóch tygodniach został zwolniony, gdyż do pracy niewolniczej się nie nadawał. Nic mu nie udowodniono, do niczego się nie przyznał. Jednocześnie z nim, w mieszkaniu aresztowany został jego brat, były partyzant AK, oraz dwaj uciekinierzy z Kaługi. Wszyscy zostali ponownie wywiezieni do Kaługi.
Jurek Wiechert, kolega szkolny Zygmunta Zdanowicza w dniach od 1 grudnia 1944 do 15 stycznia 1945 roku przechodził sześciotygodniowe szkolenie w Szkole Oficerów Piechoty Nr 2 w Lublinie. NIedługo potem dołączył do niego Zygmunt Zdanowicz.
15 stycznia 1945 roku, Jurek Wiechert zdał ostatni egzamin w Szkole Oficerów Piechoty nr 2 w Lublinie i promowany został do stopnia podporucznika piechoty.
Lublin
Janek Andrzejewski, również kolega szkolny Zygmunta Zdanowicza został aresztowany w domu w Nowej Wilejce (obecnie dzielnica Wilna) za swoją działalność konspiracyjną w AK. NKWD posiadało spis partyzantów 3 Brygady Partyzanckiej OW-AK "Szczerbca". Został deportowany do pracy w kopalni w rejonie Stalinogorska, tuż przed Uralem, jeszcze w Europie. Przebywał tam do lipca 1945 roku. Potem uciekł.
22 grudnia 1944 roku, Józef Wissarionowicz Stalin powołał na Węgrzech Tymczasowy Rząd Narodowy, który 28 grudnia 1944 roku wypowiedział wojnę Niemcom.
We Francji alianci opanowali ujście Skaldy, wyparli Niemców za Mozę. Wkroczyli do Niemiec, zajęli Akwizgran, całą Lotaryngię i większą część Alzacji.
W Lublinie Józef Wissarionowicz Stalin powołał Rząd Tymczasowy PRL składający się z członków NKWD i kolaborantów komunistycznych.
Wilno
12 stycznia 1945 roku w Wilnie między Dworcem Osobowym i Elektrownią Kolejową, na głównym torze z Lidy do Wilna i dalej w kierunku Nowej Wilejki, wbrew przepisom i wszelkiej logice, stały trzy wagony, w tym dwa z mąką. Od strony Lidy jechał wojskowy pociąg towarowy w składzie: lokomotywa "ciepłuszka" - czyli wagon kryty dla eskorty i obsługi, wagon z minami morskimi i bombami lotniczymi i dalej wagony z amunicją. Od stacji kolejowej Pombanek do stacji kolejowej Wilno jest bardzoduży spadek, odpowiednio oznakowany, wymagający zmniejszenia szybkości, przyhamowania. Maszynista narodowości rosyjskiej zlekceważył jednak znaki i pomimo uwag swojego pomocnika wjechał na spadek z całą prędkością. Spadek 10% zrobił swoje. Pociąg o wielkiej masie ładunków (40 wagonów) zaczął się coraz bardziej rozpędzać. Nie pomogło hamowanie, ani wsteczny bieg parowozu, tzw. kontrpara. Maszynista mógł już tylko gwizdać, alarmować żeby usuwano wszystko z drogi. Lokomotywa transsyberyjska o potężnym głosie słyszalnym do 15 km. Było to ok. 1400 - 1500. Mieszkańcy miasta pomyśleli, że jest to alarm lotniczy. Stacyjne NKWD zorientowało się w sytuacji i pod groźbą rewolwerów zaczęto odciągać wagony z mąką. Zdołano odciągnąć tylko jeden z trzech. W te pozostałe uderzyła lokomotywa wywracając je się na bok. W "ciepłuszce" powywracały się bańki z naftą i benzyną. Od wysypanych z paleniska lokomotywy żarn zaczęło się palić drewno z rozbitych wagonów polane naftą i benzyną. Józek Krzywiec pisał o trawie, której w styczniu nie ma na dworcu kolejowym. Ogień szybko dostał się do wagonu z minami i bombami. Janek Andrzejewski, który był w więzieniu na Łukiszkach widział wybuch. Józek Krzywiec widział również wybuch z odległości 8 km w swoim mieszkaniu przy ulicy Oboźnej 80 m 2, róg Nadleśnej. Z wrażenia spadł z krzesła trzymając imadło na kolanach. Najpierw wyrósł na wysokość ok. 200 m grzyb, a z niego dopiero poleciały na boki błyski wybuchów. Po paru minutach miał miejsce drugi a potem trzeci wybuch. Zginęło wiele osób. Pomocnik maszynisty ocalał. Został wyrzucony z lokomotywy na bok. Był ogłuszony. Miał krew w uszach i nosie. Naturalnie trafił do więzienia NKWD przy ulicy Ofiarnej i siedział tam w styczniu razem z Józkiem Krzywcem. Opowiedział mu o wypadku i opowiadanie to zamieszczone jest we wspomnieniach "Pod Twoją obronę ..." (1991.04.03). Opis został trochę przesadzony, oparty na niesprawdzonych plotkach. W czasie wybuchu byłem w Polskim Depo. Wacek Skarżyński przebywał w Parowozowni Depo, już po zwolnieniu z aresztu NKWD. Tylko parę szyb wyleciało z okien Poleskiego Depo. Most Raduński nic nie ucierpiał. W Elektrowni Kolejowej wyleciały wszystkie szyby. Było kilku rannych i pokaleczonych, szczególnie w Warsztatach Mechanicznych przy ulicy Kolejowej, od strony torów kolejowych (ściana południowa). Najgorzej było na Oddziale Drogowym gdzie pracował Genek Morozewicz. Cały drewniany barak stojący między Warsztatami Mechanicznymi a Elektrownią zupełnie się rozleciał. Belki i deski poleciały na głowy pracowników. Kilka osób zginęło, byli również ranni. Dość poważnie ranna została m.in. Dola Sidorowiczówna, przedwojenna sympatia Józka Krzywca, córka moich gospodarzy. Nieprzytomną zawieziono do szpitala. Chyba po tygodniu powróciła do domu, obandażowana, ze szwami na ranach. Genkowi Morozewiczowi nic się nie stało, poza ogólnym poturbowaniem i silnym szokiem psychicznym. Został przeniesiony do Służby Ruchu jako inżynier nadzorujący wagi kolejowe, do gmachu Dyrekcji Kolejowej na ul. Słowackiego. Dzielnica Nowy Świat nie została zmieciona z powierzchni ziemi jak twierdzi Józek Krzywiec. Uratowała ją wysoka skarpa między ul. Targową a torami kolejowymi. Ucierpiały natomiast pojedyncze domy na które spadały różne części wagonów i wybuchające pociski. Podobno, bo nie widziałem tego osobiście, na jeden domek spadł zestaw kołowy wagonu i zgniótł go jak pudełko zapałek, naturalnie razem z mieszkańcami. Rzeczywiście plotki na których oparł się Józek Krzywiec w swoim opowiadaniu były przerażające, ale częściowo nieprawdziwe.
Były dowódca 3 Brygady Partyzanckiej OW-AK kpt. "Szczerbiec" uciekł z obozu internowanych oficerów AK w Riazaniu, i dotarł do Wilna. Tu wyrobił sobie lewe papiery na nazwisko Leśniewski.
Wilno
W Oflagu IIC Woldenberg (Dobiegniew), brat Zygmunta, Henryk Zdanowicz zachorował. Miał bardzo wysoką gorączkę i został przeniesiony do izby chorych (budynek nr 3 na załączonym planie obozu). Ponieważ operacja wiślańsko - odrzańska ruszyła 12 stycznia 1945 roku, i zbliżał się front, obóz został ewakuowany w dwóch grupach na zachód. Jedną grupę, 30 stycznia 1945 roku, wyzwolił oddział radziecki w Dziedzicach koło Barlinka, drugą Niemcy wywieźli do Hamburga, Lubeki i Murnau. Chorych nie zdążono wywieźć, pozostawiono ich w izbie chorych obozu. Zostali oni przewiezieni ciężarówkami radzieckimi do szpitala w Inowrocławiu. W szpitalu warunki były bardzo prymitywne. Chorzy spali na słomie. Było głodno, brudno i zimno, brakowało lekarstw. Polski personel robił co mógł. Otoczył chorych serdeczną opieką.