Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 105; Koniec konspiracji
Wilno
Dowództwo AK rzuciło hasło uchylania się od mobilizacji, ucieczki do lasu przed wcieleniem do LWP. Nagabywani przez ZPP działacze społeczni uchylali się od współpracy. Sekretarzem Odpowiedzialnego Zarządu Tymczasowego ZPP w
Wilnie była Maria Dziewicka, przedwojenna komunistka. Przedstawiciel ZG-ZPP w ZSRR Andrzej Nowicki w swoim sprawozdaniu z delegacji do Wilna, m.in. pisze o zebraniu społeczeństwa w operetce "Lutnik" przy ulicy Mickiewicza, gdzie wygłosił referat: "... Akcenty przemówienia dotyczące wspólnej walki LWP i Armii Radzieckiej oraz sojuszu z ZSRR były kilkakrotnie oklaskiwane. Jednak, gdy wspomniałem o zagadnieniu granic wschodnich i konieczności pokojowego i zgodnego załatwienia tej sprawy z ZSRR z sali rozległy się krzyki "Wilno, Lwów". Z trudem zakończył przemówienie. Publiczność składała się z Polaków z różnych warstw mieszkańców miasta i okolic. Dużo było żołnierzy, ochotników armii Zygmunta Berlinga z jednostki stacjonującej w Wilnie. W większości byli to byli partyzanci AK". W terenie działały oddziały byłych AK-owców, które nie miały łączności z Komendą AK, zapożyczyły tylko od AK pseudonimy: "Korsarz", "Grom", "Szczerbiec", "Łupaszko", "Lis", "Konrad", "Żejmiana", "Narocz", "Jurand", "Wilk", "Wir", "Mścisław", "Janusz", "Fakir", "Lidzki", "Myśliwy", "Edek", "Cwaniak".
10 października 1944 roku otrzymałem zadanie rozeznania dokładnie terenu, sektora pomiędzy ulicami: Piłsudskiego, Rydza Śmigłego, Wiwulskiego i Nowogrodzką. Wacek Skarżyński otrzymał sąsiedni sektor. Rozeznanie terenu prowadziły też harcerki z ŻAGWI - Krąg Starszoharcerski - np. Kuźnica Kresowa im. Piotra Skargi harcmistrza Aleksandry Krasickiej i harcmistrza księdza Henryka Czepułkowskiego.
Chodziło szczególnie o rozeznanie możliwości przejść przez podwórka, ewentualnie ich wykonanie (dziury w ogrodzeniach, murach budynków itp.). Zaczęła się żmudna i niebezpieczna praca. Zastraszeni terrorem NKWD ludzie, niechętnie a nawet wrogo patrzyli na pętających się zwiadowców. Byli podejrzliwi, brali nas za rzezimieszków lub szpicli. Wchodziłem na podwórko, pytałem o kolegę, najczęściej o nieżyjącego Czesia Zacharewicza, który podobno z innej dzielnicy tu gdzieś się przeprowadził do krewnych. Opisywałem go dokładnie, a nawet pokazywałem go na zdjęciu grupowym z 1939 roku. Oni oglądali zdjęcie a ja teren. Potem szedłem do domu aby naszkicować sytuację z danego podwórka. Nikomu się to nie podobało, ani mieszkańcom podwórka, ani domownikom, ani mnie. Trudno było rozmawiać z ludźmi i patrzeć im prosto w oczy, gdy przypuszczało się, że wkrótce mogą zginąć wraz ze mną podczas powstania. W domu również zaczęto patrzeć na mnie jakoś inaczej, poważniej, bardziej nerwowo, niespokojnie, ale bez słowa wymówki, tak jak we wszystkich poważniejszych chwilach, które przeżyliśmy razem.
Wokół Kaługi rozlokowano pułk roboczy byłych AK-owców:

1 i 2 batalion w Sieredniakowie - przedzielone rzeczką

3 batalion w Jegorowsku przy stacji kolejowej, kolumnie kierowców i szpitalu pułkowym, gdzie wkrótce znalazł się "Dżumba" i korzystając ze słabszego nadzoru, zwiał do Wilna.

4 batalion w Obuchowie.
Zaczęła się "lesozagatowka", "lesopowałka" - czyli gehenna AK-owców, słabo odżywianych, kiepsko ubranych i mieszkających w okropnych warunkach, w ziemiankach. Jeszcze gorzej mieli ci którzy mieszkali w przewiewnych i zimnych szałasach.
17 października 1944 roku w Moskwie Mikołajczyk odbył trzygodzinną rozmowę z przedstawicielem NKWD Bolesławem Bierutem. Stanowiska wspólnego nie uzgodniono - różnice były zbyt wielkie.
W L.W.P. miały miejsce w tym czasie masowe dezercje. Na przykład z 31 pp 7 DP 2 A LWP zdezerterowało 667 osób (na stan 2427), w tym dwóch oficerów i 80 podoficerów. Numer pułku został wykreślony z ewidencji na 12 lat. Ogółem zdezerterowało 3755 osób.
Po przysiędze 22 października 1944 roku, 2 Armii LWP zorganizowano 52 brygady, każda po 130 żołnierzy, do parcelacji majątków obszarniczych. Szaleństwo i ignorancja.
Zdołano zmobilizować zaledwie 50 % limitów. Niewiele pomogło rozszerzenie mobilizacji na roczniki starsze 1919 i 1920, oraz zaciąg ochotników z 1926 roku. Ludność była wyraźnie wrogo ustosunkowana do LWP, "pachołków radzieckich", a nawet w ogóle do władz PRL. W celu uzyskania choć częściowej sympatii, w uroczystościach religijnych brali udział nawet oficerowie polityczni. Komuniści, wrogo nastawieni do kościoła i religii służyli do mszy. Przez dłuższy jeszcze czas ta mimikra była stałą taktyką w LWP. Diabeł ubrał komżę i ogonem na mszę dzwoni. Na każdym kroku afiszowano się z religijnością wojska.
10 listopada 1944 roku, po obiedzie byłem u Wacka Skarżyńskiego w mieszkaniu, na zbiórce naszej piątki z plutonu "Zarzecze" z udziałem dwóch gości, uciekinierów z Kaługi. Opowiadali o martyrologii żołnierzy AK. Głód, wszy, świerzb, szkorbut, zapalenie płuc, śmiertelne przy nieludzkiej pracy. Wielu kolegów już pogrzebano (m.in. naszego Zbyszka Kulikowskiego). Najsilniejsi uciekli. Tam pozostała śmierć i beznadzieja. Bezsilna nienawiść się wzmogła i do dnia dzisiejszego pozostała. Nic już jej nie wyleczy, jeżeli czas nie dał rady. Byliśmy wstrząśnięci. Teoria dwóch wrogów potwierdzała się. Chciałoby się iść już teraz na ulicę i strzelać do tych przeklętych gwiazd na czapkach, jak przedtem do trupich główek SS-manów. A tymczasem rozkaz był odwrotny, odwołujący przygotowane powstanie. Nie można osłabiać naszego wroga, który jest sojusznikiem naszych aliantów, bijących na froncie drugiego naszego wroga. Straszny galimatias. W głowie się nie mieści. Pozostało tylko przetrwać na przekór wszystkim wrogom. Ukryć nienawiść za "chińskim uśmiechem", zaciśnięte pięści ukryć w kieszeni, broń zakonserwować i zakopać. Przechować prawdę dni pogardy i przekazać ją innym. Może będą jeszcze warunki, żeby, jeżeli nie my, to kto inny mógł się zemścić nad ludobójcami. "Krzyż splugawiony razem z młotem padnie, najeźdźcom nic nie zostanie... Czekajcie na to pół wieku..." Właśnie teraz mija te pół wieku. Coś w tym jest, czasem najbardziej fantastyczne przepowiednie sprawdzają się.

Ostateczna decyzja - zawieszamy działalność "Zarzecza", w dalszym życiu, żeby przetrwać, obowiązuje mimikra - często z powodzeniem stosowana w przyrodzie w obronie biernej gatunku. Może nam się uda ?. Jednak trwałe ślady pozostały do dzisiaj w charakterze i sposobie bycia. Potrafię spokojnie, nawet pozornie pogodnie i z humorem rozmawiać z najgorszym łotrem nie wykazując na zewnątrz swojej postawy i swego sądu o nim. Jako były harcerz zawsze unikałem alkoholu, teraz tym bardziej wystrzegałem się przekroczenia normy, utraty kontroli nad sobą, żeby się nie otworzyć przed towarzystwem po pijanemu. Zawsze i wszędzie może być szpicel lub gadatliwy facet bez umiaru, który może powtórzyć to co usłyszał w innym towarzystwie w którym też może być szpicel. Szpiclami i prowokatorami naszpikowany jest świat "socjalistyczny" i "postsocjalistyczny". Sprzyja temu powszechna demoralizacja i utrata wyższych wartości. Dowództwo OW-AK zezwoliło na wstępowanie do LWP, żeby przetrwać. Od września do listopada 1944 roku przez ZPP wyjechało z Wilna do Białegostoku, do LWP ok. 15000 AK-owców. Czasem wyjeżdżało 500 osób dziennie.

Była to, jak się okazało nasza ostatnia zbiórka w ramach plutonu "Zarzecze" dzielnicy "C" garnizonu konspiracyjnego AK w Wilnie. Od 1 października 1939 do tego dnia minęło pięć lat i jeden miesiąc konspiracji w PW-PST, SZP, ZWZ AK.

Po powrocie do domu nie zastałem mamy. Nie było jej na kolacji, nie wróciła do domu na noc. Dopiero następnego dnia po południu dowiedzieliśmy się, że mama została zatrzymana w "kotle" NKWD, w mieszkaniu u naszych znajomych Kopczyńskich. Wszyscy z mieszkania zostali przewiezieni do więzienia na Łukiszkach. Mama miała w chwili aresztowania 55 lat. Została umieszczona w celi jednoosobowej wraz z pięcioma innymi więźniami. Spała na betonie, ze względu, że brak sienników. Przed bramą więzienia zastaliśmy już kolejkę członków rodzin osób aresztowanych z paczkami, rozpędzaną przez strażników więziennych. Pomimo wyznaczonych godzin odwiedzin, osób tych nie podpuszczano do więźniów pod groźbą aresztowania przez NKWD. Bez żadnych przesłuchań mama została zwolniona dopiero 10 marca 1945 roku. Spędziła cztery miesiące w takich warunkach nie będąc już młodą osobą. Okazało się, że NKWD szukało Jurka Kopczyńskiego, według posiadanej listy partyzantów 7 Brygady Partyzanckiej OW-AK "Wilhelma", która miała swoje "specjalne konto" u partyzantów radzieckich. Jurka jednak nie znaleźli, gdyż ukrywał się na melinach i tylko tam spotykał się z rodziną. Jego rodzice zostali deportowani na wschód i tak zginęli. On sam będzie się przedzierał niezbyt szczęśliwie do PRL przez PUR i UB
W Białymstoku, wujek Teofil Rewkowski, po długotrwałych zabiegach i kłopotach został nauczycielem fizyki w Państwowym Liceum i Gimnazjum Żeńskim. Po raz drugi wstąpił do ZNP (po raz pierwszy w 1922 roku).
Białystok
Dok_245
DOK_246
Mianowanie wujka Teofila Rewkowskiego nauczycielem Liceum Żeńskiego w Białymstoku, 10 listopad 1944 roku.
9 grudzień 1944 r. Białystok - angaż Teofila Rewkowskiego w charakterze nauczyciela.
Mąż siostry stryjecznej Janiny, Jan Zalewski, leśniczy w Rybinkach koło Druskiennik musiał uciekać przed UB za kontakty oddziałami leśnymi AK. Został leśniczym pod Lublinem. Rodzinę sprowadził dopiero wiosną 1945 roku.
Druskieniki
Jurek Wiechert zgłosił się na ochotnika do LWP przez ZPP w Wilnie przy ulicy Zygmuntowskiej. Dostał się do pułku zapasowego w Białymstoku. Dołączył do LWP po Kostku Ostrowskim i Leonie Światłowiczu, ale przed Zygmuntem Zdanowiczem. Tam kupiła go komisja werbunkowa Szkoły Oficerów Piechoty Nr 2 w Lublinie, ta sama która kupi mnie w styczniu 1945 roku.
Tymczasem do Lublina, do generała Zygmunta Berlinga dotarła wiadomość o bezprawiu UB w terenie. Wysłany na inspekcję Prokurator Naczelny Dowództwa LWP potwierdził te informacje. Ze wspomnień Berlinga: "... Prawda, że to był okres ostrej walki o socjalizm, prawda, że nie był to czas, by urzędować w rękawiczkach, ale panowanie zbrodni, bezprawia i prowokacji, jakie się rozhulało w kraju, przechodziło wszelkie granice. Cierpienie było nie do zniesienia i musiało do głębi wzburzyć każdego uczciwego człowieka, bez względu na różnice w poglądach politycznych i przynależność partyjną ... Po przybyciu spod Warszawy do Lublina zastałem tu straszną sytuację. Po kraju hulali pachołkowie Berii z wojsk NKWD, sekundowały już bezkarnie zbrodnicze elementy z aparatu Radkiewicza. Rabowano dobytek w czasie prawnych i bezprawnych rewizji, deportowano i więziono Bogu ducha winnych ludzi, strzelano do ludzi jak do kaczek. Nikt, dosłownie nikt, nie był pewny dnia ani godziny.
Z Krakowa, otoczonego z trzech stron uciekli Niemcy. W ich miejsce weszła Armia Radziecka. Jasia Kijanka (Zdanowicz) z rodziną znalazła się w PRL.
Kraków
Legitymacja związkowa Związku Zawodowego Robotników Transportu Kolejowego LSSR (w języku rosyjskim i litewskim) - oryginał dokumentu znajduje się w ZUS jako dowód stażu pracy (Brak tego dokumentu)
Kaługa