Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 107; Zygmunt Zdanowicz w LWP
Wilno
16 stycznia 1945 roku rano normalnie poszedłem do pracy. Tam nikomu nie mówiłem o wyjeździe do LWP. Z pracy wracałem z kolegą, sąsiadem, kolegą Kostka Piszczaka. Przy pożegnaniu wyrwało mi się, że może spotkamy się po wojnie. Był wyraźnie bardzo zaskoczony, aż go zatkało.
Przyznał się wtedy, że to on był moim "opiekunem". Donosił do NKWD o prawie każdej mojej czynności, o której wiedział. Ponieważ jednak bardzo mało wiedział nic mi nie zrobił. Pożegnanie przeciągało się, bo wyspowiadał się ze swoich kłopotów na wsi i teraz. Byłem zaszokowany. Jego przyznanie się i to bez żadnego nacisku potraktowałem jako objaw dobrej woli i uczciwości. Sam był w bardzo ciężkim położeniu. Zrozumiałem go i bardzo serdecznie pożegnaliśmy się. Nie wiem co się z nim później stało. Wiem tylko od Ludka Gedrysia, że Kostek Piszczak przesiedlił się do PRL i pełnił gdzieś funkcję 1-go sekretarza komitetu miejskiego PPR - PZPR.
Wieczorem, ze szwagrem (Zbigniewem Brokowskim) wsiedliśmy w Wilnie do wojskowego pociągu towarowego, wiozącego rekrutów LWP zwerbowanych przez ZPP w Wilnie do Polski. Jechaliśmy w krytych wagonach, wypełnionych po brzegi ludźmi. Dosłownie staliśmy na jednej nodze jak bociany. Usiąść nie było gdzie. I tak, nocą, bez paszportów i bez wiz, na stojąco przekroczyliśmy granicę LSSR z BSSR. Byliśmy jednak na luzie. Uciekliśmy od jednego niebezpieczeństwa, rozpoczynaliśmy grę o życie od początku, w innych zupełnie nam nie znanych warunkach.
W pociągu, na stojąco, był czas na przemyślenia. Ilu w tym wagonie jest "ochotników", ilu agentów NKWD ? Pozostał uśmiech Chińczyka, mimikra udoskonalona. Do harcerskiego pozdrowienia trzeba dodać: "Czuwaj !, Agent NKWD podsłuchuje i podpatruje". Zostanie mi to już do końca życia we krwi, w kościach, w każdej komórce mojego ciała. Choroba zawodowa. Przesadna czujność nawet w stosunkach towarzyskich. Jakbym miał przed sobą stale taflę lustra w której pilnie i bacznie siebie kontroluję, z zewnątrz jak mnie inni widzą.
A w PRL tagosyjoniści, po usunięciu generała Zygmunta Berlinga, "upłynnili" teraz "generała" Aleksandra Zawadzkiego. Predysponowany do zajmowania czołowej pozycji w partii i państwie został wojewodą śląskim. Pełni optymizmu Osóbka-Morawski, Franciszek Jóźwiak "Witold", Stanisław Janusz, Wacław Barcikowski, Antoni Korzycki, Władysław Kowalski, Stanisław Kotek-Agroszewski, Stanisław Szwalbe, nawet nie przeczuwali, że byli z góry skazani na odejście. Ustalono dla nich, bez ich udziału daty ich odejścia. To samo zrobiono z Władysławem Gomułką. Od początku nie zdołano okiełznać "fałszywych rycerzy i proroków", ani ich "wyprowadzić z grona rządzących o dobru publicznym". Ostał się Bolesław Bierut, był dla nich za silny. Starali się go tylko otoczyć "barierami". Faktem jest, że lud i wielu oświeconych ludzi wyczuwało nienormalną sytuację w państwie. Szanowano jednak Bolesława Bieruta. Chwalony był przez Józefa Stalina. Tagosyjoniści: Jakub Berman, Hilary Minc, Roman Zambrowski i spółka, dokonali cichego zamachu stanu w Lublinie. Mieli za sobą sprawdzone tradycje, m.in. Leńskiego (Julian Leszczyński - jego imieniem nazwany był centralny plac Pragi II w Warszawie, tuż koło mieszkania Ireny), który rozprawił się bez pardonu w KPP z polskimi robotnikami jako z nacjonalistami i antsemitami. Zniszczono front narodowy. Jakub Berman i spółka wykopali przepaść między rodzącą się Polską Ludową a narodem.
W Wilnie został aresztowany komendant "AK" ppłk dyplomowany Julian Kulikowski. Na jego miejsce został wyznaczony mjr dyplomowany Stanisław Heilman "Wileńczuk", dotychczasowy Szef Oddziału IV (kwatermistrzostwo), a po nim mjr Wincenty Chrząszczewski "Kruk", dotychczasowy szef sztabu inspektoratu "E" (Litwa Kowieńska).
Wilno