Rozdział 135 ; Rok 1954 narodziny Wojciecha Zdanowicza
25 marca 1954 roku, po śniadaniu, odwiozłem Jasię do szpitala wojskowego przy ulicy Zygmunta Starego. Był to chłodny czwartek, lekko śnieżyło. Wróciłem do pracy. O 10:20 urodził się Wojtek, silny i zdrowy chłopak. Przyjmująca go siostra aż się ugięła pod jego ciężarem. Po godzinie byłem u Jasi z kwiatami i widziałem syna. Naturalnie, na teren szpitala wszedłem nielegalnie, wbrew
Gliwice
Dokument 320; Świadectwo urodzenia Wojciecha Zdanowicza ; Gliwice 8 kwiecień 1954 roku;
przepisom, ale za to zgodnie z moimi obyczajami, przez bramę samochodową. Z Krzysiem, 25 listopada 1951 roku było podobnie. Przepisów i regulaminów przestrzegałem ściśle tylko w stosunku do dowódcy. W świecie bezprawia żyć zgodnie z prawem jest niemożliwe. Samo prawo w tym czasie było bezprawne.
Zdjęcia zrobione w Gliwicach, na skwerku między ulicami Sowińskiego. Kozłowską i Radiową, przed wyjazdem na poligon do Łambinowic:
Wojtek Zdanowicz w oknie kuchni mieszkania w Gliwicach
Krzyś Zdanowicz na skwerku przy ul. Radiowej w Gliwicach
Od Józefy Badowskiej (Kijanki), jako prezent z okazji chrztu Wojtka otrzymaliśmy 500,00 zł. Taką sama kwotę otrzymaliśmy od Poldka Nalepińskiego. Oboje byli rodzicami chrzestnymi.
Janek Andrzejewski, w latach 1954 - 1960 pracował jako starszy technolog w WSK (Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego) w Kaliszu.
Kalisz
Na początku maja 1954 roku, 7 DP wyjechała na poligon letni do Łambinowic. Oficerowie sztabowi zabrali ze sobą rodziny. My również pojechaliśmy w komplecie. Z Gliwic jechaliśmy transportem wojskowym, w krytych wagonach towarowych razem z rodzinami kolegów. Wojtek, 1,5 miesiąca też pojechał, podobnie jak Krzyś w grudniu 1951 roku, gdy miał 3 tygodnie i jak ja w październiku 1919 roku gdy miałem 3 miesiące. Naturalnie każdy z nas miał inne warunki podróży, jechał na innej trasie, ale coś w tym jest.
Łambinowice
Dostaliśmy duże mieszkanie na parterze. Trzy pokoje z kuchnią. W czasie przeprowadzki i zagospodarowywania się Krzyś się gdzieś zawieruszył. Miał 2,5 roku. Poszedł w las. Ja również byłem na samodzielnej wyprawie w lipcu 1923 roku (Rozdział 17), ale ja miałem już 4 lata. Czy Wojtek też będzie wędrował w tym wieku ? Krzysia spotkał w lesie, a raczej zobaczył jak przedziera się on przez gęstwinę leśną, oficer finansowy batalionu łączności por. Fedorowicz. Krzyś twierdził, że idzie do Mamy. Oficer wziął Krzysia za rękę i przyprowadził do domu. Drugi raz pan Fedorowicz z Krzysiem spotkali się ponad 20 lat później w pracy, w Hucie Łabędy.
Dookoła Łambinowic rozpościerał się piękny las sosnowy w którym pełno było grzybów, szczególnie kozaków i maślaków. Mieliśmy przed domem własny ogródek. Do sklepu czy po mleko trzeba było iść ok. 1 km do wsi.
Teren piękny, ale o bardzo tragicznej przeszłości. W Łambinowicach był etatowy obóz jeniecki. Podczas I Wojny Światowej trzymani byli przez Niemców w tym obozie jeńcy alianccy. Mają swój cmentarz. Podczas II Wojny Światowej, Niemcy również trzymali tu jeńców różnych narodowości. Wśród nich byli też powstańcy warszawscy. Na strzelnicy, Niemcy urządzali sobie strzelanie do żywych celów. Zamiast tarcz stawiali jeńców i strzelali do nich z ostrej amunicji. Po wojnie PRL zagospodarowała teren, urządzając tu obóz przejściowy dla wysiedlanej ludności niemieckiej. Nadzór nad obozem sprawowało UB. Komendantem obozu był sierżant sadysta, który stosował hitlerowskie metody, mszcząc się na jeńcach za swoje i swojej rodziny osobiste krzywdy. Później miał nawet za to proces sądowy, lecz został uniewinniony.
W połowie maja 1954 roku, w Kamiennej Górze, 1,5 roczna Marychna Piksa ciężko zachorowała na nerki. Marysia Piksa (Philipp) przywiozła ją do kliniki w Zabrzu. Nas w domu w Gliwicach nie zastała gdyż byliśmy na poligonie. Zamieszkała więc w hotelu.
Kamienna Góra
31 maja 1954 roku, w szpitalu w Zabrzu, zmarła Marychna Piksa, córka Marii z domu Philipp i Józefa, siostra bliźniaczka Haliny Piksy. Marchna została pochowana na cmentarzu w Zabrzu, w parafii św. Anny.
Kostek Ostrowski zdał egzamin na Politechnice Gdańskiej. Otrzymał tytuł inżyniera mechanika.
Gdańsk
W lipcu 1954 roku Henryk Zdanowicz z żoną Danutą przebywali na wczasach w Krynicy Morskiej. Zdjęcia z wczasów:
Krynica Morska
Na zdjęciach poniżej Henryk Zdanowicz z żoną Danutą na plaży w Krynicy Morskiej
Na początku czerwca, już na swoje imieniny (24 czerwca 1954 roku), Janina Zdanowicz (Kijanka) otrzymała od swojego ojca Jana Kijanki paczkę z Londynu. Zaadresowana była na adres gliwicki, ale automatycznie została przesłana do Łambinowic, na skrzynkę pocztową sztabu 7 DP. Zgłosił się po nią żołnierz z poczty polowej. Nie zabrał jej, gdyż trzeba
Łambinowice
było zapłacić opłatę celną w kwocie 1001,50 zł. Otrzymane zawiadomienie o przesyłce żołnierz nie oddał jednak w kancelarii sztabu, jak nakazywała procedura wojskowa, lecz przyniósł osobiście do naszego mieszkania. Nawet o tym fakcie nikomu nie zameldował, choć miał taki obowiązek. W ten sposób uratował mnie od niechybnego sądu. Jako oficer sztabu dywizji miałem dostęp do tajnej kancelarii a tu nagle kontakty z Londynem. Na pewno zostałbym oskarżony o szpiegostwo. Informacja Wojskowa jeszcze działała. W PRL dalej szalał "taniec czarownic", trwały rządy "kata" Jakuba Bermana. Dowódca pierwszy skorzystałby z okazji aby się mnie pozbyć, przez, jak to sam kiedyś powiedział prokuratora. Prosty żołnierz "świni mi nie podłożył", a oficer postawi za rok.
Z powodu paczki były kłopoty, ale na szczęście tylko finansowe. Pod koniec miesiąca brakło pieniędzy na życie.
Trochę poratował nas królik zastępcy dowódcy ds. polityczno - wychowawczych. A było to tak:
Wraz z podoficerem miałem służbę w sztabie dywizji. Nad ranem, ok. 400, zauważyłem przed budynkiem sztabu "zająca", który spłoszony schował się do rury ściekowej. Straszenie nic nie pomogło, nie chciał z niej wyłazić. Podoficer przyniósł ze sztabu świecę dymną i odpalił ją z jednej strony. Otumaniony gazem "zając" wypełzł z drugiej strony i dał się bardzo łatwo złapać. Chwyciłem go za uszy i zaniosłem triumfalnie do domu. Jasia od razu poznała, że to nie jest zając lecz królik. Myśleliśmy, że królik przybłąkał się z którejś z wyludnionych okolicznych wiosek. Obiad był znakomity, i co ważne w naszej sytuacji, darmowy.
Natomiast po południu, zastępca dowódcy ds. polityczno - wychowawczych zaczął formalne dochodzenie w sprawie kradzieży jego ulubionego królika. Postanowiłem siedzieć cicho, zwłaszcza, że królik już był zjedzony, a ja nie miałem pieniędzy. Najważniejsze było jednak to, iż zastępca hodował króliki dochodowo, a do opieki nad nimi wykorzystywał żołnierzy, a żarcie brał z kasyna oficerskiego. Sprzedawał je w karczmie na wsi.
Któregoś dnia w sierpniu 1954 roku Józefa Zdanowicz (Niedzińska) wraz z Wojtkiem pozostała w domu, a Jasia Zdanowicz (Kijanka) wraz z Krzysiem oraz kilkoma żonami oficerów wraz z dziećmi wybrali się do pobliskiej, wyludnionej wsi znajdującej się w obrębie poligonu na owoce i jagody. W tym samym czasie p.a.l. przygotowywał się do ostrego strzelania wybierając na cel właśnie tą wioskę. Tuż przed wydaniem rozkazu strzelania, szef artylerii płk Kopyłowicz obserwując cel zauważył kobiety kręcące się po wsi. Do obstrzału nie doszło. Za to na specjalnej odprawie oficerów (mężów), oberwaliśmy za to ostro po uszach.
Po paru dniach, już za wiedzą i zgodą szefa artylerii, zebraliśmy z Jasią, w jednej z tych wsi bardzo dużo śliwek. Całe wiadro marmolady śliwkowej, ugotowanej przez mamę Józefę Zdanowicz (Niedzińską) oraz Jasię, wysłaliśmy do Ireny Brokowskiej (Zdanowicz) do Warszawy.
23 sierpnia 1954 roku, w wieku 71 lat, wujek Teofil Rewkowski przeszedł na emeryturę.
Białystok
Dokument 314 ; Dokument przejścia na emeryturę Teofila Rewkowskiego, Warszawa 23 sierpień 1954 roku ;
Dokument 315 ; Dyplom "Za ofiarną i sumienną pracę dla szkolnictwa geodezyjnego" dla Teofila Rewkowskiego, Białystok 27 sierpień 1954 roku ;
Dokument 316 ; Rozwiązanie stosunku pracy z Teofilem Rewkowskim, Białystok 30 sierpnia 1954 roku ;
Dokument 317; Powołanie do pracy Teofila Rewkowskiego w Technikum Budowlanym w Białymstoku, 1 wrzesień 1954 roku ;
10 października 1954 roku, po powrocie do Gliwic z poligonu, mój szef Wydziału Technicznego sztabu 7 DP mjr Głogowski wyjechał na roczne szkolenie do Akademii Sztabu Generalnego. Zostałem oficerem czasowo pełniącym obowiązki zastępcy dowódcy dywizji ppłk Szamotulskiego, tego kurdupla i samowolnego satrapy. Dodatkowo dowódca był wrogo do mnie nastawiony gdyż mu nie służyłem,
Gliwice
nie podlizywałem się i nie donosiłem na kolegów. Dowódca mojej nowej funkcji nie podał w rozkazach, więc oficer finansowy nie miał podstawy do wypłacania mi pensji za etat pułkownika, kilkaset złotych więcej. Dowódca czekał widocznie, aż sam go o to poproszę. Nie doczekał się. Dziwnie na mnie patrzył i uśmiechał się. Powiedział tylko, że mam prawo wchodzić do jego gabinetu bez pukania i zapowiadania się u adiutanta. Nigdy z tego nie skorzystałem. Nie chciałem wchodzić w bliższe układy z tym typem. Jeszcze staranniej studiowałem regulaminy i wszelkie rozkazy oraz zarządzenia, aby nie podpaść. Wkrótce zdarzyła się okazja żeby narozrabiać.
Zastępca dowódcy ds. politycznych, ten od królika, polecił mi przygotowanie wozu bojowego na wycieczkę w góry organizowaną przez Wydział Polityczny. Wóz, którym miały jechać również rodziny oficerów miał być rozliczony w ramach kilometrów szkoleniowych z poligonu letniego. Oczywiście nie zgodziłem się. Na najbliższej odprawie oficerów sztabu, na której nie byłem obecny, z powodu delegacji, powiedział, ze jestem wrogiem klasowym. Usłużni donosiciele donieśli mi o tym. Machnąłem ręką. Cieszyłem się, że osiągnąłem swój cel "zagrania im na nosie". Gdybym jednak przydzielił mu samochód, sam doniósł by na mnie do prokuratury twierdząc, że była to moja inicjatywa.
Na ulicy Łabędzkiej (obecnie Andersa), żandarmeria wojskowa zatrzymała samochód z węglem, który wyjechał właśnie z koszar. Okazało się, że kwatermistrz sztabu dywizji, kpt. Prośniak ukradł węgiel z koszar i wiózł go do domu samochodem wojskowym. Myślałem, że odbędzie się sąd, degradacja itd. Nic podobnego. Dowódca dywizji zatuszował sprawę, gdyż chodziło o jego człowieka, donosiciela, pełniącego dodatkowo jeszcze funkcje pozasłużbowe na rzecz rodziny dowódcy. Dowódca miał bardzo pazerną żonę. Wszystkiego było jej mało. Żeby spełnić jej coraz to bardziej rosnące wymagania do ich spełnienia wykorzystywał swoich podwładnych.
W naszym środowisku krążyła plotka, że dowódca korpusu, którego sztab mieścił się w obecnym szpitalu przy ulicy Radiowej (boczna Sowińskiego), zabrał bez zapłaty dywan ze sklepu WCH (Wojskowa Centrala Handlowa). Uważał widocznie, że oni i tak kradną, więc potrafią sprawę załatwić po swojemu. Taka była nomenklatura LWP.
20 października 1954 roku cała 7 DP wyjechała za Opole, na tygodniowe ćwiczenia w ramach OW Wrocław. Tam i z powrotem jechaliśmy transportem kolejowym. Plan ćwiczeń zakładał określoną liczbę kilometrów przebiegu dla samochodów. Kwatermistrz naszej dywizji wyliczył, że wystarczy mu jedna cysterna paliwa i przewidział dla niej miejsce w transporcie kolejowym. Zgodnie z regulaminem
Gliwice
przyszedł uzgodnić to ze mną, uważając iż mój podpis będzie czystą formalnością. Nie uwzględnił przy tym większego zużycia benzyny w warunkach terenowych w jesiennej porze, oraz żadnej rezerwy na nieprzewidywalne przypadki, np. zmylenia drogi itd. Po długich targach ustąpił i wziął dwie cysterny. Z transportu musiał wyłączyć jakiś inny samochód. Podczas ćwiczeń kwatermistrz spił się i pobłądził, choć posiadał mapy sztabowe. Dowódca dywizji wysłał mnie na poszukiwania, chyba specjalnie, licząc na to że i ja się zgubię, zabłądzę, skompromituję bo nie miałem map, jako jedyny oficer ze sztabu. Nie zabłądziłem. Znalazłem delikwenta śpiącego w samochodzie na jakiejś bocznej drodze. Gdyby nie druga cysterna, pod koniec ćwiczeń wszystkie samochody stanęłyby w różnych punktach terenu ćwiczeń.
Wyjeżdżaliśmy z Gliwic wieczorem. Było chłodno. Noc zapowiadała się jeszcze chłodniejsza i akumulatory do rana mogły się trochę za bardzo rozładować. Poleciłem kierowcom trzymać akumulatory w ogrzewanym warsztacie samochodowym. Rano, przy wyładunku wszystkie były sprawne. Tylko niektórzy młodzi kierowcy mieli trudności z zapaleniem zimnego silnika. Samochody miały zjeżdżać z platform kolejno. Pierwszy się zakrztusił. Cały sztab dywizji obserwował wyładunek. Dowódca kazał mi uruchomić samochód. Wskoczyłem na platformę z mądrą i pewną miną, nawet otworzyłem niepotrzebnie maskę silnika, dla wywarcia większego wrażenia. Kierowcy przypomniałem o ssaniu i przytrzymaniu trochę dłużej startera. Silnik zaskoczył i samochód zjechał. Ruszyły następne, mając już zapalone silniki. Cały transport "grał". W tym momencie zostałem całkowicie zaskoczony przez dowódcę jednostki. Jak powiedział, sam chciał poprowadzić, pokazać jak on by to załatwił. Kazał zgasić silnik, a żołnierzom swojej jednostki zepchnąć samochód siłą mięśni. Zbyt trudne było dla niego uruchomienie szarych komórek. Zastosował metodę sierpa i młota, metodę watażki, nadzorcy na deportacji: "Razem wziali". Tylko żołnierzy zmordował. Musieli chwilę odpocząć, zamiast z miejsca przystąpić do akcji bojowej. Kierowcy i tak musieli potem uruchamiać silniki. Nie mieli zresztą z tym żadnych problemów. Zmarnowano tylko niepotrzebnie czas i siły żołnierzy.
Po ćwiczeniach okazało się, że tylko nasza dywizja wykonała cały plan ćwiczeń, dzięki odpowiedniemu zapasowi benzyny. Kwatermistrz dostał pochwałę osobistą od dowódcy OW Wrocław. Pozostali koledzy dostali pochwały od dowódcy dywizji, oczywiście oprócz mnie. Na odprawie wytknął mi, że nie włączyłem się do ćwiczeń i przeważnie byłem nie wiadomo gdzie. Tylko "uśmiech Chińczyka i spokój Buddy". Ale nie ma się co przejmować - jestem bliżej cywila. Na ćwiczeniach tych bardzo interesowałem się kuchnią. Jedzenie było wyborne a apetyt dopisywał, szczególnie w mroźnym, leśnym, balsamicznym powietrzu.
Zygmunt Zdanowicz na ćwiczeniach wojskowych.
Zygmunt Zdanowicz (rok 1954)
Wujek Teofil Rewkowski, będąc już na emeryturze zgłosił się do pracy w Technikum Budowlanym, jako nauczyciel kontraktowy. Nie został jednak zatwierdzony przez prezesa C.U.S.Z. Miał bowiem już 71 lat, a jeszcze chciał pracować. To już choroba zawodowa - pracomania.
Białystok
Od 1 do 3 listopada 1954 roku byłem na kursie jazdy czołgami dla oficerów samochodowych. Nadal nie miałem prawa jazdy. Na kolację była pachnąca, gęsta, wyśmienita grochówka. Byłem bardzo głodny więc najadłem się aż po dziurki w nosie. Sądzę, że nawet jak dla mnie była zbyt tłusta. Zaczęło mi się odbijać. W nocy pojawiła się silna gorączka i
Nysa
wymioty. Rano wystąpił silny ból z prawej strony brzucha. Przy wchodzeniu na schody miałem problemy z podnoszeniem prawej nogi. Ból się wzmagał. Wojskowy lekarz miejscowej jednostki natychmiast stwierdził atak ślepej kiszki. Karetka sanitarna jest, ale z Nysy do szpitala w Gliwicach może jechać tylko na osobisty rozkaz Szefa Służby Samochodowej Wrocławskiego Okręgu Wojskowego. Zadzwoniłem, uzyskałem zgodę i pojechałem. Nie chciałem leżeć na noszach w budzie więc siedziałem przy kierowcy. Czasami łapałem jego niespokojny wzrok. Może stękałem. Nie bardzo pamiętam.
W szpitalu wojskowym w Gliwicach przy ulicy Zygmunta Starego, lekarz dyżurny po zbadaniu również stwierdził atak ślepej kiszki i to w ostrym stanie. Na oddziale chirurgicznym dostałem prysznic i chwilę się przespałem. Po przebudzeniu wydawało mi się że to już następny dzień i w ten sposób rozmawiałem z głównym chirurgiem, który przyszedł mnie zbadać. Pewnie stwierdził ze majaczę bo z
Gliwice
miejsca polecił mnie operować. Dostałem narkozę. Chirurg naciął brzuch jak do zwykłej, rutynowej operacji, a tu nie może znaleźć ślepej kiszki. Nacina dalej. Nie ma. Widać za to jak na dłoni, spuchniętą, aż purpurowo - buraczaną dwunastnicę w stanie zapalnym, ale nie do usunięcie lecz do leczenia. Przy okazji chciano mi usunąć i ślepą kiszkę, choćby i zdrową. Przecież nie jest potrzebna a zawsze grozi zapaleniem. Nacina dalej, a tam też jej nie ma. Chyba znajduje się z drugiej strony, w tylnym położeniu. W tym momencie przestaję oddychać. Na sali zaczyna się panika. Sztuczne oddychanie, szybko zaszywają ranę i na łóżko. Tam to ja już mogę umierać, byle nie na stole operacyjnym. Byłem już sztywny. Chyba już po "tamtej stronie, przed bramą", ale nic nie pamiętam. Musiałem zesztywnieć w pozycji bardzo wyciągniętej, bo łóżko okazało się zbyt krótkie. Najpierw wsadzono mi nogi między pręty tylnego oparcia a dopiero potem tułów na materac. O tym opowiedział mi pacjent leżący na sąsiednim łóżku.
Przebudzenie było okropne. Kac do kwadratu, nudności i cholerne pragnienie, którego nie można było zaspokoić. Mogłem tylko watką zwilżać usta. No i to zaskoczenie i zdziwienie personelu, że ciągle się jeszcze ruszam.
Okazało się, że dla mnie normalna "oficerska" narkoza była za silna i sparaliżowała mi płuca. Była bowiem dostosowana dla osób palących i pijących jak prawie wszyscy oficerowie LWP, natomiast nie do przyjęcia dla harcerzyka, inteligencika, jak mnie przezywano w wojsku i później w cywilu.
Listopad 1954 - niedziela - godzina odwiedzin w szpitalu. Przyszła cała rodzina. Wartownik na dole nie chciał wpuścić do szpitala mamy, Józefy Zdanowicz (Niedzińskiej), gdyż nie miała przy sobie dowodu osobistego. Zszedłem z pierwszego piętra i potwierdziłem wartownikowi, że jest to moja rodzona matka. Ale wartownik się uparł. Odepchnąłem go ze złością, wziąłem mamę pod rękę i poszliśmy po schodach do góry. W wartownik w krzyk. Odwróciłem się, zdjąłem pantofel i rzuciłem go w twarz wartownikowi. Ten zdębiał. Jeszcze widocznie nigdy nie spotkał się z takim traktowaniem i nie wiedział jak ma się w takiej sytuacji zachować, by pozostać w zgodzie z regulaminem. Poszedłem dalej. Jasia przyniosła pantofel. Awantura stała się widocznie głośna, bo przyskoczył do mnie zastępca komendanta szpitala ds. polityczno - wychowawczych w stopniu majora. Byłem w szlafroku więc nie znał mojego stopnia wojskowego. Na wszelki wypadek bardzo uniżenie przepraszał za zachowanie wartownika zwalając wszystko na regulamin. Byłem cholernie wkurzony, aż mnie rozsadzało. Nakrzyczałem również na niego, chociaż pantoflem go nie potraktowałem, ale tonem kategorycznym kazałem mu zmienić ten cholerny regulamin. Szpital to przecież nie koszary. Na cholerę te wszystkie przepustki i okazywanie dokumentów. A jeżeli nawet, to czy poświadczenie tożsamości przez oficera nie wystarcza ? Jestem z tego powodu oburzony i obrażony. Major zmył się uniżenie. Widocznie pomyślał, że jestem bardzo ważną osobą, może nawet z Informacji Wojskowej, gdyż oni z reguły tak się właśnie zachowywali.
W kancelarii, major sprawdził z kim miał do czynienia i wtedy jego poniosło. Jak mi później opowiadali świadkowie, aż się pienił, obiecał, że mnie obcasami zdepcze. Spowodował, że komendant szpitala zarządził dochodzenie i wyznaczył na oficera dochodzeniowego, "mojego" chirurga, mjr Petkiewicza, surowego służbistę, wyśmienitego fachowca, który później będzie komendantem szpitala i postawi go na bardzo wysokim poziomie. Zaczął dochodzenie od ochrzanienia mnie za schodzenie po schodach w parę dni po ciężkiej operacji, gdy mi nie wolno było jeszcze w ogóle chodzić, nawet do ustępu. Szwy mogły puścić i byłaby tragedia. Spisał moje zeznania, potem politruka, wartownika i może jeszcze innych świadków. Wszystko to wysłał do dowódcy dywizji celem ukarania. 15 listopada
1954 roku wróciłem do domu a 20 listopada 1954 roku do pracy.
Dowódca wezwał mnie do swojego gabinetu. Opowiedziałem mu o całym zajściu. Pierwszy raz był dla mnie bardzo sympatyczny. Widocznie będąc sam niewąskim chuliganem lubił takie wyczyny. Z dużą przykrością pokazał mi dokumenty dochodzeniowe, coś na nich napisał a mnie udzielił nagany ustnej, bez wpisu do akt personalnych. Czyli uszło mi na sucho. Mógł przecież rozdmuchać całą sprawę, może nawet pozbyć się mnie na zawsze. Nawet przydzielił mi pomocnika, ot takiego sobie niemrawego porucznika LWP, przy tym nieuka i pijaka.
A w PRL coś się zmieniało. Wiały inne wiatry polityczne. Zwolniono z więzienia i przywrócono do łask "marszałka" kolaboranta Mariana Spychalskiego i Władysława Gomułkę.
Powyżej, Halinka i Marychna  Piksa w wózeczku a obok na rękach rodziców.