W styczniu 1953 roku Heniek Zdanowicz zmienił pracę. Zorganizował pracownię konstrukcyjno - projektową Mostostalu w Nowej Hucie. Do pracy musiał teraz dojeżdżać tramwajem, ok. 1 godz., w jedną stronę. Zrezygnował z półetatu na Politechnice.
Kraków
W styczniu i w lutym 1953 roku prowadziłem kurs kierowców wojskowych dla 7 DP, na terenie p.a.l.-u w Koźlu. Kursantów było 10 razy więcej niż w Przemyślu. Do pomocy miałem kilku oficerów oraz sierżanta, jako szefa gospodarczego kursu (późniejszego sąsiada pana Reczka). Podczas kursu mieszkałem w klubie garnizonowym w Kędzierzynie-Koźlu.
Kędzierzyn-Koźle
Janek Andrzejewski w latach 1953 - 1954 pracował w Zjednoczeniu Przemysłu Lotniczego i Silnikowego w Warszawie.
Józek Krzywiec w latach 1953 - 1963 był starszym inspektorem w Ministerstwie Przemysłu Maszynowego w Warszawie. Finansowo dorabiał jednak na pół etatu jako wykładowca rysunków technicznych. Niedaleko swojego mieszkania zakupił działkę ogrodniczą.
Rysiek Gulbinowicz, w latach 1953 - 1959 pracował jako konstruktor w biurze głównego technologa w FSO (Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu) w Warszawie.
Warszawa
Pod koniec lutego 1953 roku komisja z Wydziału Komunikacji PWRN z Wrocławia, przy moim udziale przeprowadziła egzaminy na zakończenie prowadzonego przez mnie w Kędzierzynie Koźlu, kursu. Wszyscy zdali. Mogłem sobie bez trudu wyrobić prawo jazdy, ale z przekory tego nie zrobiłem. Może łatwiej mnie zwolnią do cywila. Dwa razy do roku, na wiosnę i na jesień składałem raporty z prośbą o zwolnienie do cywila. Może tą wiosną się uda.
5 marca 1953 roku trzeci ludobójca, może największy, generalissimus Józef Stalin umarł. W LWP z tej okazji rozdano wszystkim małe profile głowy Stalina z czerwonego sukna i rozkazano przyszyć je na kołnierzykach płaszczy i mundurów. Poniżająca bzdura. Przez miesiąc musieliśmy to nosić jako znak żałoby. Ponieważ naszywka nie miała koloru czarnego traktowałem ją jako znak mojej osobistej radości, chyba nie tylko mojej.
W Winnipeg, Kanada zmarła w wieku 73 lat, ciocia Rozalia z Niedzińskich Nowicka. Dowiedzieliśmy się o tym fakcie od Miśkiewiczów, z Nowego Jorku, do których napisała opiekunka społeczna cioci:
Dokument 311 ; List opiekunki cioci Rozalii z Niedzińskich Nowickiej, zawiadamiający o jej śmierci (tłumaczenie Janina Zdanowicz (Kijanka) ;

Winnipeg 1953.03.30
Droga pani Miśkiewicz !
Uważam, że powinnam napisać do Pani, aby wyrazić głęboką sympatię do Pani i do wszystkich dotyczących Pani Rozalii Nowickiej z Niedzińskich. Właśnie dowiedziałam się o jej warunkach przed śmiercią.
Nie męczyła się długo. Żółtaczka ustąpiła. Następnego ranka zostałam poinformowana w biurze, że zmarła. Zebrałam kilka wycinków z gazet z zawiadomieniem o jej śmierci, które wysyłam w załączniku. Telefonowałam do kilku jej dawnych sąsiadów i oni przynieśli kwiaty. Miałam nadzieję, że będę mogła uczestniczyć w pogrzebie zeszłego piątku, lecz to wypadło w czasie gdy byłam w izbie sądowej na jednej z moich spraw sądowych, więc niestety nie mogłam brać udziału w pogrzebie. Opiekowałam się panią Niedzińską przed jej przyjazdem do Domu Opieki, była bardzo dobra i można było z nią się porozumieć. Żyła samotnie.
Rozumiem, że telegram wysłany do Pani z zawiadomieniem o śmierci Pani Niedzińskiej nie wymaga żadnej opłaty, która wymagana jest od krewnych. Ponieważ nie mieliśmy adresów krewnych, którzy mogliby być zawiadomieni o śmierci, wysłaliśmy telegram do Pani mając jej adres zanotowany w kartotece. Ponieważ pracownicy w rejonach zmieniają się, sama szukałam notatek odnośnie krewnych. Wiem, że Pani nie poniosła żadnych kosztów w związku ze śmiercią Pani Niedzińskiej i będę bardzo zadowolona jeśli Pani odpowie, jeśli będzie mogła. Mogłabym wtedy wiedzieć, czy są krewni, którzy odwiedzą Cmentarz Miejski w celu uporządkowania grobu.
Mogę zapewnić, że Pani Niedzińska otrzymała odpowiedni pogrzeb.
Czuję, że nie będę się z Panią komunikowała tak jak chciałabym, może to nie zawsze będzie możliwe.
Do Domu Opieki nie zawsze mogłam być w godzinach ich wizyt, lecz mogę Panią zapewnić, że miała doskonałą opiekę i mówiła mi, że była bardzo tam szczęśliwa.
Pozdrowienia (-) Mary Scott
W Gliwicach na ulicy Łabędzkiej (później Belojanisa a obecnie generała Andersa) spotkałem niespodziewanie naszego sąsiada z Wilna, pana Łuszczewskiego, ojca Jurka. Teraz też są naszymi dość bliskimi sąsiadami. Razem z żoną mieszkał przy ulicy Nowotki (obecnie Daszyńskego), a jego zamężna córka przy ulicy Łabędzkiej (Belojannisa a obecnie Andersa).
Gliwice
W maju 1953 roku miałem już dosyć "kawalerki". W początku miesiąca, korzystając z nieobecności dowódcy dywizji, tak pokręciłem, że dostałem urlop na przeprowadzkę, ze zleceniem na wagon kolejowy Przemyśl - Gliwice. Nie miałem jeszcze przydziału na mieszkanie, nic się nawet w tej sprawie nie działo. Liczyłem jednak na jakąś awanturę i fakt dokonany czyli przyspieszenie w przydziale. Moi sublokatorzy, oficerowie polityczni mieli wkrótce wyjechać na poligon, a po powrocie zmienić mieszkanie. Na początek zamieszkaliśmy w jednym pokoju mając do dyspozycji kuchnię. Pokój na całe szczęście był dość duży, przedpokój ogromny i jakoś pomieściliśmy się. W przedpokoju stała obszerna szafa, którą prawem kaduka zarekwirowaliśmy na własne potrzeby. Nikogo o nic nie pytałem i nie prosiłem. Jak to się mówi, wlazłem na bezczelnego i niech mnie teraz stąd usuną, naturalnie tylko na takie mieszkanie na jakie się zgodzę.
Wykłady w Rokietnicy na Akademii Medycznej - przedmiot "Transport wojskowy" - 100,00 zł.
W czasie pierwszego wiosennego, ulewnego deszczu okazało się, że dach przecieka. Kwatermistrz sztabu dywizji, kpt. Prośniak sprowadził robotników. Coś tam zrobili i poszli sobie. I wtedy dopiero, podczas kolejnego deszczu poczuliśmy co znaczy cieknący dach. Znowu pojawili się robotnicy, ale tym razem pod moim osobistym nadzorem. Wlazłem z nimi na dach i patrzyłem im na ręce. Pomogło. Nie było mnie w sztabie przez cały dzień. Moją nieobecnością zainteresował się dowódca i zrobił się szum. Kto mu pozwolił sprowadzić rodzinę, kto pozwolił mu zamieszkać z rodziną w kawalerce ? Był wściekły, bo według jego zwyczaju, zaprowadzonego w sztabie, o wszystko oficerowie sztabowi musieli go osobiście prosić. Dawał w ten sposób do zrozumienia, że tu wszystko od niego zależy. Wymagał serwilizmu i donosicielstwa. Ode mnie tego się nie doczekał. Kwatermistrz dostał rozkaz, żeby mnie wykwaterował z zajętego mieszkania. Ten zaproponował mi powojenny barak drewniany przy ulicy Mieszka I (tam gdzie obecnie jest placyk do zabaw dziecięcych z piaskownicą). W piwnicy tego baraku stała woda. Widać było ślady szczurów. Wszystko wokół śmierdziało zgnilizną i brudem. Ponieważ odmówiłem zaproponował mi wspólne mieszkanie z innym oficerem sztabu na ulicy Bolesława Śmiałego 4/2, tam gdzie teraz mieszkamy. Na takie rozwiązanie sprawy również się nie zgodziliśmy.
Za przeniesieniowe 1455,00 zł kupiliśmy dla mnie zegarek - 1800,00 zł.
10 maja 1953 roku, cała 7 DP, łącznie ze sztabem wyjechała na letni poligon do lasów koło Końskich na kielecczyźnie. Rodziny pozostały w Gliwicach. Kolejne rozstanie.
Końskie
Zaraz na początku poligonu dostałem legitymację inspektora samochodowego w zakresie pojazdów
W zakresie funkcji inspektora podlegałem teraz bezpośrednio Szefowi Służby Samochodowej OW Kraków. Miałem więc otwartą drogę do rozróby i dokuczania dowódcy dywizji. Może wreszcie na którymś z moich raportów o zwolnienie do cywila wyrazi swoją zgodę. Dotychczas twierdził, że mogę się zwolnić tylko przez prokuratora. A no zobaczymy. Wojna koreańska zakończyła się, więc co ja tu robię w tym LWP ? Już wkrótce miałem pierwszą okazję i jej nie zmarnowałem. W połowie maja na odprawie oficerów dowódca dywizji płk Szamotulski napadł na mnie za bałagan na punkcie kontroli samochodów przy wjeździe na teren poligonu. Poskarżył się mu oficer Informacji Wojskowej. Dostałem rozkaz zaprowadzenia porządku. Znając arogancję, mentalność i metody działania tych oficerów z góry założyłem jego winę. Nazajutrz z samego rana stałem w ukryciu obserwując działalność punktu kontrolnego i czekając na wjazd samochodu Informacji. Przyjechał samochodem ciężarowym. Zgodnie z regulaminem wartownik przystąpił do kontroli samochodu i jego dokumentów. Na to drugie nie chciał się zgodzić oficer Informacji i zaczął na wartownika krzyczeć i sam otwierać szlaban zamykający wjazd. Wtedy ja przystąpiłem do akcji. Uspokoiłem krzykacza, dopilnowałem szczegółowej kontroli. Spisałem wszystkie usterki samochodu i dokumentów. Samochód skierowałem do natychmiastowego remontu w warsztatach wojskowych. Dokumenty zabrałem. Napisałem raport do Szefa Służby Samochodowej OW Kraków o stanie technicznym zatrzymanego samochodu i zachowaniu się jego dysponenta, używającego słów niecenzuralnych w stosunku do żołnierza na służbie. Do tego dołączyłem dokumenty pojazdu, poszedłem na wojskową pocztę polową i wysłałem przesyłkę jako bardzo pilną, tajną, do rąk własnych Szefa Służb Samochodowych OW Kraków, omijając dowódcę dywizji. Wiedziałem doskonale, że on by na wysłanie tej przesyłki nie pozwolił.
Oficer Informacji był bardzo zaskoczony. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Przecież wszyscy się go bali. Mógł robić co chciał. A tu jakiś tam porucznik zabrał mu samochód. Pogroził mi swoim szefem i poleciał na piechotę do niego na skargę. Ten zadzwonił do dowódcy dywizji. Dowódca wezwał mnie w ostrej formie do siebie "na dywanik". Kategorycznie zażądał wycofania przesyłki z poczty. Odpowiedziałem, że zgodnie z jego wcześniejszym rozkazem zaprowadziłem porządek w punkcie kontrolnym i to tak radykalnie, że więcej skarg na jego pracę nie będzie a przesyłki nie wycofam, bo w tej sprawie jemu nie podlegam. Aż się zapienił. Był wściekły. Zerwał się zza biurka, myślałem, że się na mnie rzuci. Zaczął chodzić w kółko po swojej kancelarii warcząc na mnie coraz ostrzej. Widocznie miał coś na sumieniu i bał się Informacji. Wezwał mojego szefa a ten stanął po mojej stronie. Powiedział, że jeżeli ja będę miał z tego powodu jakieś nieprzyjemności, to on odeśle obie legitymacje inspektorskie do OW Kraków z odpowiednim raportem. Na tym stanęło. Nic mi się nie stało. Tylko oficer Informacji zniknął z poligonu. Pojechał do OW Kraków na "spowiedź" i więcej już go nie widziałem. Nikt już na pracę punktu kontrolnego nie narzekał. A ja miałem podwójną satysfakcję. Utarłem nosa dowódcy dywizji, który mnie nazywał inżynierkiem i inteligencikiem. Sam nie miał nawet matury, tylko wyższe studia wojskowe Sztabu Generalnego. Mnie traktował trochę "per nogę". Chciał, abym mu służył "na czterech łapkach", tak jak to robili inni koledzy ze sztabu. Kiedyś na odprawie oficerów otwarcie powiedział, że on jest jeden i wszyscy mają dbać o jego sprawy bez dyskusji. Drugą satysfakcję miałem w stosunku do Informacji Wojskowej, za proces kolegi w sprawie Katynia
W końcu maja 1953 roku, miałem drugą okazję żeby narozrabiać. Też ją wykorzystałem. Rano przychodzę do pracy w sztabie a tu stoi ciągnik artyleryjski z pal-u, wóz bojowy używany tylko na ćwiczeniach. Okazało się, że to dowódca pal-u przysłał po szefa artylerii płk Kopyłowicza. Widocznie oszczędzał kilometry swojego osobowego gazika kosztem kilometrów bojowych. Zabrałem książkę wozu i rozkaz wyjazdu. Przesłałem do Szefa Służb Samochodowych OW Kraków, oczywiście z pominięciem dowódcy dywizji. Szef artylerii zrozumiał, że to nie przeciw niemu, nie miał do mnie żalu. Patrzył tylko na mnie jakoś ponuro czując swoją bezradność. Miałem nadzieję, że znowu zarobiłem u dowódcy dywizji krechę. Wyraźnie miał mnie już dosyć, jako faceta, który nie wchodzi z nikim w żadne układy, łącznie z nim co go bardzo bolało i denerwowało. Faceta, który przestrzegając ściśle regulaminów i zarządzeń chce wszystkich zamęczyć, a szczególnie jego, sobiepanka. Przestał natomiast używać określenia "ten inżynierek". Coś zaczęło do niego docierać. Bez żadnego sprzeciwu z jego strony otrzymałem miesięczny urlop wypoczynkowy. Nie wiem czy dlatego, że nie chciał mnie widzieć czy może w nagrodę ? Jak wielką krechę odnotował przy moim nazwisku w notesie ? W jaki sposób będzie chciał się mnie pozbyć ?
Na początku lipca 1953 roku Jasia z Krzysiem przebywali w Krakowie.
Kraków
wojskowych, ważną na całym terytorium PRL, w dalszym ciągu nie posiadając prawa jazdy. Zameldowałem o tym fakcie swojemu Szefowi Wydziału Technicznego 7 DP mjr Głogowskiemu. Roześmiał się jak z dobrego żartu i machnął ręką.
Ewa Rewkowska, wnuczka wujka Teofila Rewkowskiego z jego pierwszego małżeństwa
Jadwiga Rewkowska, wnuczka wujka Teofila Rewkowskiego z jego pierwszego małżeństwa
Danuta Zdanowicz (Proskurnicka), żona Henryka Zdanowicza na tle Trzech Koron w Pieninach;
10 czerwca 1953 roku w Zakładach Płyt Pilśniowych w Czarnej Wodzie, w województwie bydgoskim, w którym zastępcą głównego mechanika był Ludek Gedryś, podczas wykonywania ekspertyzy technicznej, zdarzył się śmiertelny wypadek w wyniku którego zginął Kazimierz Skawiński, były mój zastępowy z 7-ej Wileńskiej Drużyny Harcerskiej.
Czarna Woda
W czerwcu 1953 roku, Jurek Zdanowicz skończył szkołę podstawową i zdał egzamin do gimnazjum.
Kamienna Góra
Dokument 312 ; Podziękowanie za pracę dla Teofila Rewkowskiego, Białystok 27 czerwiec 1953 roku ;
Białystok
Od 15 lipca do 15 sierpnia 1953 roku miałem urlop taryfowy. Powróciłem z poligonu do Gliwic. Zostawiliśmy Mamę Józefę Zdanowicz (Niedzińską) z półtorarocznym Krzysiem w domu, a sami we dwoje pojechaliśmy do Zakopanego. Chodziliśmy od schroniska do schroniska z plecakami. Za 9 miesięcy urodził się Wojtek zamiast Ewy, którą podałem na podaniu o przydział mieszkania dla pięcioosobowej rodziny. Miałem tupet, ale byłem złym prorokiem.
Zakopane
W dalszej rodzinie mieliśmy dwa śluby.
W Krakowie Tadeusz Gorycki ożenił się z Olgą.
Kraków
W Gorzowie Wlkp. Janina Zdanowiczówna wyszła za mąż za Stanisława Jakubowicza, pracownika stacji nasion. Młodzi zamieszkali w mieszkaniu służbowym przy ulicy Teatralnej w Gorzowie Wlkp.
Gorzów Wlkp.
W Moskwie na plenum KC KPZR ujawniono zbrodniczą działalność Ławrienija Pawłowicza Berii. Został on aresztowany, osądzony i zgładzony. A Józef Stalin ?, a pozostali dranie ? Kiedy ?
1 września 1953 roku Jurek Zdanowicz rozpoczął pierwszą klasę gimnazjum w Kamiennej Górze.
Kamienna Góra
W Gliwicach, w sztabie 7 DP odnotowaliśmy lekki popłoch (czyli panika). W tym czasie dowódcę dywizji, który był na urlopie zastępował Szef Artylerii płk Kopyłowicz. Z OW Wrocław, na inspekcję w sprawie przedszkola miała przyjechać komisja socjalna. Przepisy zabraniały aby w tym samym budynku, w którym mieszczą się przedszkola ktoś mieszkał. Myśmy właśnie mieszkali nad przedszkolem i to na dziko, bez formalnego przydziału. Zapadła szybka
Gliwice
decyzja. Pluton żołnierzy do dyspozycji kwatermistrza. Oficera sztabu, mieszkającego dotychczas przy ulicy Bolesława Śmiałego 4/2 żołnierze na rękach przenieśli do mieszkania przy ulicy Mieszka I, a na jego miejsce przenieśli nasze rzeczy. Nic nie pakowaliśmy. Wszystko trwało ok. 1 godziny, oczywiście bez żadnych remontów czy malowania. Mieszkania zostały jedynie posprzątane i wymyte. Przy meldowaniu wyszła sprawa fikcyjnej Ewy i jeszcze nienarodzonego Wojtka (dopiero za 6 miesięcy). W zasadzie dopiero świadectwo lekarskie załatwiło sprawę. Sądzę, że gdyby był dowódca, ten numer by nie przeszedł. Janina i Zygmunt Zdanowiczowie mieszkal i pod tym adresem do śmierci
Po powrocie z wczasów, dowódca rozkazał mi zająć się osobiście jego samochodem służbowym, który wciąż się psuł, a jemu samochód jest niezbędnie konieczny codziennie. Sam mieszkał 100 m od sztabu, ale musiał codziennie podjeżdżać z fasonem przed same drzwi a popołudniu odjeżdżać. W tzw. międzyczasie samochód był do dyspozycji jego żony.
Sprawdziłem sprawę u źródła, czyli u kierowcy. Dowódca nie dawał czasu i nie pozwalał na okresowe przeglądy samochodu. Postąpiłem więc ściśle wg regulaminu. Postawiłem samochód dowódcy natychmiast, na dwa tygodnie do warsztatu, do remontu średniego połączonego z przeglądem generalnym. Dowódca się wściekł. Na odprawie oficerów sztabu powiedział, że nie wykonałem jego rozkazu i nawet nie dotknąłem się jego samochodu a miałem je osobiście usunąć. Odpowiedziałem mu, że remont leży w zakresie obowiązków warsztatów, a moim obowiązkiem jest dopilnować, aby każdy samochód dywizji, a szczególnie dowódcy był starannie i zgodnie z regulaminem eksploatowany. Dotychczasowa jego rabunkowa eksploatacja mogłaby doprowadzić w najbliższym czasie do katastrofy. Samochód by zarżnięty. Kto by wtedy za wypadek odpowiadał ? Naturalnie ja. A w duchu pomyślałem, czy mnie wreszcie zwolnisz do cywila ty skurczybyku ?
W Moskwie 1-szym sekretarzem KC KPZR został Nikita Sergiejewicz Chruszczow, który za dwa i pół roku zacznie zwalczać kult Stalina.
13 grudnia 1953 roku, wujek Teofil Rewkowski ciężko zachorował. Musiał poddać się operacji. Na zabieg pojechał do kliniki w Gdańsku ;
Gdańsk
Dokument 313; Oświadczenie majątkowe Teofila Rewkowskiego, Gdańsk 13 grudnia 1953 ;
W styczniu 1954 roku kupiliśmy komplet kuchenny za 1075,00 zł + transport 50,00 zł. W skład kompletu wchodziły: kredens, stół i dwa krzesła (obecnie z kredensu została tylko ława. Stół został przerobiony a krzesło stoi w piwnicy. Szafa wylądowała również w piwnicy i służy jako schowek na narzędzia). Na zakup ten poszła prawie cała moja pensja, równa średniej krajowej.
Gliwice