Rozdział 136 ; Rok 1955
W lutym 1955 roku dowódca chciał się mnie pozbyć. Dowiedział się, że OW Wrocław szuka kandydata na stanowisko kierownika bazy magazynowej. Dał mi rozkaz wyjazdu do Szefostwa Służby Samochodowej w Warszawie i odpowiednie pismo polecające. Ustnie wyraził nadzieję, że "potrafię to załatwić" w swoim własnym dobrze rozumianym interesie. 
Warszawa
Zaraz po powrocie z Warszawy zacząłem zanudzać lekarzy stanem "czerwonej" dwunastnicy. Na początek lekarzy gliwickich, aby zdobyć odpowiednią dokumentację chorobową.
W Warszawie pułkownik przetrzymał mnie przez 7 godzin. Więcej  było czekania na "załatwienie" sprawy przez delikwenta, czyli przeze mnie niż rozmów kwalifikacyjnych. Nie potrafiłem "zrozumieć" na jego "rozumiecie - musicie". Nie potrafiłem "załatwić" na jego "da się zrobić". Łapownictwo w mundurze, nawet takim z LWP, to jakby przestępstwo do kwadratu. Jak tu żyć, aby w końcu nie zostać ofiarą i nie utracić wartości wyższych o których to środowisko nie ma pojęcia. "Uśmiech Chińczyka" już nie wystarcza jak w 1947 roku (Rozdział 172). Postanowiłem poprzeć kolejny raport o zwolnienie z wojska nienajlepszym stanem zdrowia. Wolałem feudalizm na spocznij w cywilu, niż na baczność przed byle bęcwałem z wyższym stopniem.

Przy okazji odwiedziłem oczywiście rodzinę Brokowskich.
Gliwice
Między Nysą a Łambinowicami zdarzył się wypadek. Samochód wojskowy wpadł do rowu. Musiałem jechać. Dowódca był w tym czasie u swojej matki w Łambinowicach, dla której "wycyganił" chałupę. Na drogach było bardzo ślisko, prawdziwa "szklanka". Po załatwieniu spraw z wypadkiem, pojechałem trochę dalej, do niedalekich Łambinowic, aby uczulić kierowcę dowódcy na panujące warunki jazdy. Na ten moment wyszedł z domu dowódca, a ponieważ nie znosił pouczeń i zwracania mu uwagi, warknął tylko, że on wie najlepiej jak szybko kierowca ma jechać. Za szybkość samochodu wojskowego odpowiada jego dysponent. Oni pojechali do Gliwic a ja do Nysy w sprawie wypadku.
Nysa
Gdy powróciłem do Gliwic dowiedziałem się o wypadku samochodu dowódcy dywizji. Na bardzo łagodnym łuku zarzuciło samochodem i wpadł na przydrożne drzewo. Dowódca został mocno poturbowany a kierowcy nic się nie stało gdyż samochód uderzył w drzewo prawą stroną, od strony pasażera. Szpital i warsztat miały co robić przez cały miesiąc. Samochód był na pewno sprawny technicznie, bo remont średni przeszedł w październiku 1953 roku. Na mój rozkaz warsztat wykonywał przeglądu samochodu przed każdym jego wyjazdem z garażu.
Gliwice
Na rozkaz Szefa Służb Samochodowych OW Wrocław dochodzenie w sprawie wypadku musiałem przeprowadzić sam.  Zakończyłem je dopiero w marcu, po powrocie dowódcy ze szpitala.
Dokument 318; Przyznanie Uchwałą Rady Państwa, Medalu 10-lecia PRL Teofilowi Rewkowskiemu 17 styczeń 1955 roku.
Dokument 319; List Henryka Zdanowicza do cioci Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) Kraków 9 luty 1955 roku oraz przelew 1000 zł o których mowa w liście;
Białystok
Ciocia coś odpisała. Heniek ten list podarł ze złością i nie chce na ten temat rozmawiać. Więcej do Cioci nie pisał i o nią nie pytał, tak samo jak przed napisaniem tego listu.
List ten wykazuje kompletny brak dyplomacji i umiejętności współżycia między ludźmi. Jak na absolwenta wyższej uczelni i kierownika pracowni projektowej zupełnie jest niezrozumiały. Heniek zachował się zupełnie jak niedźwiedź w składzie porcelany. Musiał chyba być wściekły, że mama go zmusiła do napisania tego listu i zapłacenia zaciągniętego u Cioci długu na studia jego i Tadzika (Tadeusza Zdanowicza) we Lwowie. Gorzej nie mógł napisać.
Kraków
Na początku marca 1955 roku dowódca 7 DP płk Szamotulski powrócił ze szpitala do domu na dalsze leczenie po wypadku samochodowym. Wiedział już, że ma być przesłuchany przeze mnie (Rozdział 238). Telefonicznie, bardzo grzecznie zaprosił mnie do swojego domu. Cały był obandażowany. Leżał, nie mógł jeszcze chodzić. Musiał zdrowo oberwać. Zarówno dowódca jak i jego żona byli jakby odmienieni, słodko ugrzecznieni, nadskakujący. Wciąż czymś mnie częstowali i uśmiechali się. Przed wypadkiem jego żona nawet nie raczyła odkłaniać się oficerom w randze poniżej majora. Była przyzwyczajona, iż inni jej nadskakiwali. Teraz skakała wokoło mnie. Była to baba zdrowa jak rzepa, nadawała by się do prac polowych a wykorzystywała Szefa Służby Zdrowia kpt. Frydka, żeby wciąż ją wysyłał do wojskowych sanatoriów. W dowodzie wdzięczności otrzymał wkrótce synekurę - został komendantem szpitala wojskowego w Gliwicach przy ulicy Zygmunta Starego. Wkrótce za uzyskiwane łapówki wybudował willę. Obie jego córki wyjechały za granicę i tam zostały co prawdopodobnie spowodowało wylew u jego żony. Łapówki mu bokiem wyszły.
Wracając do tematu, ja też się uśmiechałem, żartowałem, ale tylko zewnętrznie. W środku czułem po prostu fizyczny wstręt do tych szubrawców, malwersantów i złodziei mienia społecznego. Nie dałem się zwieść umizgom. W sprawozdaniu dochodzeniowym napisałem całą prawdę, samą prawdę i tylko prawdę o samym wypadku. Nie chcąc poniżać pokonanego nie podałem w raporcie naszej rozmowy w Łambinowicach, która miała miejsce tuż przed wypadkiem. Niech wie, że nie jestem mściwym złośliwcem. I tak już podpadł u dowódcy OW Wrocław. Za remont samochodu zapłacił. Raty za naprawę potrącano mu przez długie miesiące.
Prawie bezpośrednio, po powrocie dowódcy do pracy, złożyłem po raz kolejny raport do cywila. Teraz jednak obyło się to inaczej. Nie warczał już, że tylko przez prokuratora, bo sam miał z nim do czynienia po wypadku. Spokojnym tonem wytłumaczył, że dopiero jesienią będzie to możliwe, po powrocie mojego szefa mjr Głogowskiego ze szkolenia. Raport podpisał pozytywnie i wysłał do OW Wrocław.
Za 388,00 zł kupiliśmy kuchenkę gazową dwupalnikową.
Pod koniec kwietnia 1955 roku, przed letnim poligonem, mama Józefa Zdanowicz (Niedzińska) pojechała do Kamiennej Góry, do Marysi Piksy (Zdanowicz/Philipp). Pomagała jej w opiece nad  Halinką. Jeździła z nią na spacery.
Kamienna Góra
Od 2 maja do 20 października 1955 roku znowu przebywaliśmy na poligonie letnim w Łambinowicach. Z Warszawy przyjechali do nas synowie Ireny i Zbigniewa Brokowskich, Marek (14 lat) i Andrzej (11 lat). Byli z nami przez całe wakacje, do 1 września 1955 roku. Mamy, Józefy Zdanowicz (Niedzińskiej) nie było z nami, więc
Łambinowice
Jasia Zdanowicz (Kijanka) lepiej się zorganizowała i wykupywała dwa obiady ze stołówki oficerskiej, które były bardzo obfite i wystarczały dla nas wszystkich. Były przy tym smaczne i zdrowe. Przydzieliłem sobie motocykl M-72 bez przyczepy, taki sam jakim jeździłem w Przemyślu (Rozdział 219), tylko, że nowy prosto z magazynu. Trzeba było go dotrzeć. Jeździliśmy na nim nie tylko służbowo.
Andrzej Brokowski
Marek Brokowski
Chyba po tygodniu od przyjazdu na poligon, ponownie odezwała się dwunastnica. Czułem się podle więc zostałem w łóżku. Nie poszedłem do pracy. Przyszedł do mnie sam Szef Służby Sanitarnej dywizji kpt. Frydel, ten od żony dowódcy i łapówek. Oczywiście nic nie pomógł. Był zupełnie bezradny a ja mu nie pomogłem. Wysłał mnie do kliniki wojskowej we Wrocławiu na badania. Tam rozeznano kłopoty żołądkowe na tle nerwicowym, spowodowane stresami. Ja wiedziałem od czego. To wynik służby u Kacyka Kurdupla. Zalecono mi przede wszystkim nie denerwować się i odprężać jak najczęściej, bo może być znacznie gorzej. Wziąłem to zalecenie do serca. Jeszcze tylko raz się zdenerwowałem gdy Andrzej Brokowski dobierał się do mojego służbowego pistoletu. Myślałem, że go rozszarpię. Chyba nawet oberwał. Ale potem już się nie denerwowałem. Do spraw służbowych podchodziłem bez emocji. Jeździliśmy z żoną i synami na spacery. Nazywało się to wyjazdem na inspekcję dróg, połączone ze sprawdzaniem prawidłowości ruchu pojazdów wojskowych. Nikogo nie zatrzymywałem, ani nikogo nie kontrolowałem. Po co mi to. Żeby się zaplątać w jakieś nieczyste układy i zależności ? Dowódca wreszcie przestał się mną interesować. Miałem zupełnie wolną rękę. Poligon zacząłem traktować jak wakacje rodzinne.
Zygmunt Zdanowicz gra w szachy z kolegą ze sztabu 7 DP kpt. Prośniakiem, kwatermistrzem, tym od węgla. Grę obserwuje kpt. Mucha, szef personalny - oczy i uszy dowódcy. Obok kpt. Felisiak - patrzy na bok. Z tyłu widać kpt. Iżyńca, szefa łączności.
Zygmunt Zdanowicz, na motocyklu M-72
Marek Brokowski w skoku w dal
Wojtek Zdanowicz goło ale wesoło;
Wojtek Zdanowicz na podwórku w Łambinowicach;
Zdjęcia zrobione nad jeziorem Otmuchowskim:
Danuta i Henryk Zdanowiczowie - po prawej stronie
Londyńskie zdjęcia teścia Jana Kijanki ;
Londyn
Maria Pawlicowa, sympatia teścia Jana Kijanki - zdjęcie z Krakowa
Teofil Rewkowski - zdjęcie z Białegostoku ;
Wiktoria z Trepków Rewkowska, pierwsza żona Teofila Rewkowskiego, z wnukami w Gdańsku ;
Alinka Lenart (Zdanowicz) z mężem i z dziećmi
Pierwszy pojazd Krzysia, który został zakupiony od kolegi za 750,00 zł (rowerek dziecinny).
30 maja 1955 roku, mając już mocno zapisaną książeczkę zdrowia napisałem raport o skierowanie mnie na wojskową komisję lekarską przy Szpitalu Wojskowym w Gliwicach. Garnizonowa Wojskowa Komisja Lekarska przy 106 Wojskowym Szpitalu w Gliwicach składała się z trzech lekarzy. Trochę z nimi utargowałem. W punkcie 1-szym po słowach: "1.
Gliwice
Przewlekłe zapalenie spojówek obu oczu" - dodali "trudno poddające się leczeniu". W punkcie 2-im, po słowach: "2. Brak kwasu solnego w treści żołądkowej" - dodali "ze zmianami w obrazie Rtg.". Prosiłem też o dopisanie, że jestem niezdolny do służby wojskowej. Uśmiechali się, ale dopisali inaczej: "zdolny do służby nieliniowej". Ostatecznie może być. Na pewno pożegnam dywizję.
Dowódca nic nie powiedział, tylko pokiwał głową nad orzeczeniem komisji lekarskiej.
Dokument 321 ; Orzeczenie o stanie zdrowia Zygmunta Zdanowicza wydane przez Garnizonową Komisję Lekarską w Gliwicach 30 maja 1955 roku ;
Z Gliwic pojechałem do Marysi Piksy (Zdanowicz/Philipp) do Kamiennej Góry. Powoziłem na wózku Halinkę (2,5 lat). Z Kamiennej Góry wraz z przebywającą tam mamą, Józefą Zdanowicz (Niedzińską) wróciłem do Łambinowic na dalszy ciąg leśno - grzybowo - owocowo - motocyklowych wczasów.
Kamienna Góra
24 czerwca 1955 roku imieniny Jasi Zdanowicz (Kijanki) obchodziliśmy czując się prawie w cywilu.
Gliwice
W sztabie zjawiła się niespodziewanie kontrola gospodarki samochodowej sprawdzająca szczególnie magazyn części zamiennych będący pod moim nadzorem. Raz na kwartał jeździłem
samochodem ciężarowym do magazynów wojskowych we Wrocławiu i pobierałem tam części dla całej dywizji. Części te rozdzielałem do jednostek wojskowych dywizji proporcjonalnie do ilości samochodów, przebiegów kilometrów, uwzględniając naturalnie wypadki i awarie. Przez nas dywizyjny magazynek przepływał znaczny majątek, jak w każdej dywizji.
Z ramienia OW Wrocław przyjechał na kontrolę, pełniący czasowo obowiązki (p.o.cz.) Szef Technicznego Wydziału innej dywizji. Otrzymał on rozkaz przeprowadzenia trzydniowej, bardzo dokładnej kontroli przepływu przez nasz magazyn części zamiennych. Z początku pomyślałem, że to dowódca dywizji przed rozstaniem chce mnie sprawdzić, czy czasem nie wzbogaciłem się na mieniu społecznym tak jak on. Ale okazało się iż była to inna sprawa. Sprawdzający podejrzany był o malwersacje, więc zatrudnili go u nas na trzy dni, a w tym samym czasie komisja z Szefostwa Służby Samochodowej OW Wrocław zrobiła szczegółową kontrolę w jego jednostce, w jego mieszkaniu oraz w domu jego rodziców na wsi. Tam właśnie znaleziono komplet ogumienia samochodu osobowego. Został oddany w ręce prokuratury. A u nas nie znalazł on żadnych uchybień, chociaż bardzo się starał. Muszę przyznać iż robił to bardzo fachowo.
15 lipca 1955 roku w sztabie naszej dywizji złapano złodzieja, naszego dywizyjnego szefa służby mundurowej kpt. Skarżyńskiego. Mieszkańcy pobliskiej wioski przyłapali go na kradzieży  wiśni z ich drzew. Skończyło się na naganie, sprawę zatuszowano. Nie mogło się inaczej skończyć, gdyż razem ze swoją żoną był on prawie jawnym donosicielem dowódcy dywizji.
19 lipca 1955 roku, w dniu moich urodzin, wziąłem kilka godzin wolnego i samochód. Ostentacyjnie, tuż przed sztabem dywizji na samochód włożyłem duży kosz. Dyżur oficera dyżurnego sztabu pełnił właśnie kpt. Skarżyński, więc dowódca będzie o tym wiedział. Zabraliśmy ze sobą Marka i Andrzeja Brokowskich. Na wsi u wójta wykupiliśmy jedno drzewo z wiśniami. Po powrocie, znowu przed sztabem wyładowałem pełny kosz wiśni i zaniosłem go do domu. Donosiciel dał się złapać. Sam przyleciał za mną do domu z przekazem od dowódcy, iż mam się natychmiastowo zameldować. Bardzo był zadowolony z tego powodu. Dowódca również, był cały w skowronkach, radośnie się uśmiechał. Szybko jednak posmutniał, gdy pokazałem mu kwit od wójta. Jeszcze bardziej zmartwiony był donosiciel. Nie udało mu się wykonać "normalnej" swojej funkcji.
W końcu sierpnia 1955 roku Marek i Andrzej Brokowscy pojechali do domu, do Warszawy pociągiem.
1 września 1955 roku w Krakowie Basia Badowska (Ziernicka) poszła do pierwszej klasy szkoły podstawowej.
Kraków
Przez cały wrzesień 1955 roku dalej jeździliśmy motocyklem po okolicy "sprawdzając prawidłowość eksploatacji samochodów wojskowych", w ramach obowiązków oficera - inspektora.
Łambinowice
Łambinowice
Janina Zdanowicz (Kijanka) w grupie rodzin oficerskich. Obok niej pani Skarżyńska, "zaufana" dowódcy
Krzyś i Wojtek Zdanowiczowie - przedostatni rząd - piąty i drugi ;
Irena i Jan Bastrowie - zdjęcie ślubne
W Białymstoku wujek Teofil Rewkowski jednak dorwał się do pracy:
Białystok
Dokument 322 ; Powołanie do pracy na stanowisku kontraktowego nauczyciela w Technikum Geodezyjnym w Białymstoku dla Teofila Rewkowskiego, Białystok 1 wrzesień 1955 roku ;
List pani Marii Pawilcowej do ojca Janiny Zdanowicz, Jana Kijanki zamieszkałego w Londynie (list zaginiony);
To był jej ostatni list. Po powrocie z Polanicy do Krakowa, Maria Pawlicowa, idąc ulicą wpadła pod samochód i zginęła na miejscu.
20 października 1955 roku sztab 7 DP został oficjalnie przeniesiony z Gliwic do Nysy, więc prosto z poligonu w Łambinowicach z manelami wojskowymi pojechaliśmy do Nysy. Oficerowie sztabu z miejsce zaczęli dostawać mieszkania w Nysie, sprowadzać rodziny i manele z Gliwic. W tym celu jednak, każdy musiał pójść w tej sprawie do dowódcy i poprosić go o to, jako "pana i władcę", a ten łaskawie rozdzielał łaski. Ja nie poszedłem i nie prosiłem. Uważałem, że kwatermistrz z urzędu, beż łaski musiał to załatwić, a nie dowódca.
Nysa
Po paru dniach zostaliśmy w Łambinowicach sami i codziennie musiałem dojeżdżać do sztabu w Nysie na motocyklu. Po południu robiliśmy z Jasią zapasy opału, czyli drewno. Wszędzie było pełno ściętych przez wojsko drzew. Piłowaliśmy je na małe klocki i składaliśmy w pustym garażu. Przygotowywaliśmy się do wyjazdu, ale do Gliwic, do cywila. Spacerowaliśmy również po lesie. Mamę rozbolał prawy policzek, jak się później okazało były to początki kłopotów z nerwem trójdzielnym. Chodziła obwiązana chustą, bo w cieple mniej bolało.
Zdjęcia z tego okresu:
Pod koniec października 1955 roku zostałem wezwany do Wydziału Personalnego OW Wrocław. Szef zapytał mnie czy podtrzymuję swój raport o zwolnienie do cywila i czy jest to związane z osobą dowódcy dywizji. Potwierdziłem dobitnie, że tak żyć jak tego wymaga dowódca nie mam zamiaru a jego zmienić nie mam możliwości. Namawiał mnie abym cofnął raport. Pożegnaliśmy się przyjaźnie, z uśmiechem, ale na zawsze.
Wrocław
Tymczasem dowódca dywizji zakończył remont willi, która sobie bezprawnie przywłaszczył (od miejscowego lekarza). Naturalnie remont był przeprowadzony na koszt wojska. Oficer kwaterunkowy sztabu kpt. Prośniak jeździł po całej PRL po specjalny lakier do grzejników centralnego ogrzewania. W połowie października 1955 roku dowódca wprowadził wraz z rodziną do wyremontowanej willi.
1 listopada 1955 roku mój szef Wydziału Technicznego mjr Głogowski powrócił po rocznym szkoleniu do dywizji. Przestałem pełnić jego obowiązki. Szef narobił szumu w sprawie mojego mieszkania i dowódca, już bez mojej osobistej prośby przydzielił mi mieszkanie, daleko za miastem i rozkazał się tam przeprowadzić na stałe z rodziną. Myśmy jednak zabrali do nowego mieszkania te rzeczy, które mieliśmy ze sobą w Łambinowicach - tzw. komplet poligonowy. Pilnie gromadzone drewno opałowe pozostało w Łambinowicach. Traktowaliśmy Nysę jako miejsce tymczasowe.
Nysa
Józefa Zdanowicz (Niedzińska), synowa Janina Zdanowicz (Kijanka) z symani Krzysiem i Wojtkiem w oknie mieszkania w Nysie - powyżej; obok Janina Zdanowicz (Kijanka), z Krzysiem w oknie mieszkania w Nysie (ostatnie zdjęcie z czasów LWP) ;
4 listopada 1955 roku dowódca 7 DP ppłk Szamotulski został zwolniony ze stanowiska dowódcy dywizji przez OW Wrocław i przekazany do dyspozycji MON. Został wykładowcą artylerii p-lot w Rembertowie. Skończyły się możliwości kacykowania w wojsku. Nawet się nie pożegnał ze sztabem, tym bardziej ze mną - chyba się wstydził. Zagrabioną willę przed odjazdem musiał zwrócić prawowitemu właścicielowi wraz z odszkodowaniem finansowym. Jego żona już nie miała do dyspozycji wojskowego samochodu służbowego z kierowcą. Odszedł w niesławie i to przede mną. Pozostałem na placu boju jak zwycięzca. Mogłem jeszcze odwołać swoje podanie o zwolnienie do cywila, do czego namawiał mnie nowy dowódca płk Zalewski.
Widziałem się z nim tylko raz. Wezwał mnie do gabinetu na ostatnie słowo przed demobilizacją. Nasze przywitanie było jednocześnie pożegnaniem.
W ostatnim dniu służby wojskowej, rano, odstawiłem motocykl M-72 do koszar pal-u w Koźlu, wróciłem pociągiem do Nysy. Samochodem ciężarowym z przyczepą zabrałem cały majdan z Nysy i pocięte drewno z Łambinowic i załadowałem to wszystko do przydzielonego wagonu. Od oficera finansowego otrzymałem odprawę jednorazową w kwocie 2415,00 zł i rozkaz wyjazdu z biletem do Gliwic, ostatni rozkaz. Pożegnałem się tylko ze swoim szefem. Pozostałych oficerów miałem głęboko w "nosie".
W ciągu 4 lat służby, 1951 - 1955 "zarobiłem" dużą bliznę na brzuchu, dowód partactwa służby zdrowia LWP. Ponadto miałem zdrowie nadszarpnięte, nie przez warunki fizyczne lecz psychiczne. Spowodowały to ciągłe walki podjazdowe i związane z tym stresy. Nadszarpnięty układ nerwowy miał niewątpliwy wpływ na ogólny stan mojego zdrowia, łącznie ze stanami zapalnymi dwunastnicy. Przyczyną tego był kurdupel, satrapa, dowódca dywizji ppłk Szamotulski i jego zastępca ds. politycznych mjr Skibiński, "królik". Miałem odpowiednie wykształcenie i wyszkolenie, chociaż bez prawa jazdy. Brak prawa jazdy miał zresztą wpływ raczej rozweselający. Służbowo, technicznie oraz regulaminowo ani razu nie podpadłem. Charakterystykę służbową, którą musiał mi dowódca czytać co roku, choć niechętnie, miałem bardzo dobrą, z uwaga, że ani ja, ani moja żona nie interesujemy się polityką i nie należymy do partii. W związku z tym nie otrzymywałem nigdy żadnych nagród ani pochwał w przeciwieństwie do donosicieli, pochlebców i nadskakiwaczy, pomimo ich krętactw, złodziejstw i notorycznego pijaństwa. Czyżby tylko tacy byli potrzebni w LWP ? Jeżeli tak, to już beze mnie.
11 listopada 1955 roku obchodziłem podwójne święto, 37 rocznica odrodzenia państwowości, wolności i niepodległości, nie obchodzona w PRL, oraz prywatne. Odnotowałem zmianę ustroju feudalnego podwójnego na pojedynczy, w cywilu. Może będzie lepiej, choć trochę.
Moja ostatnia pensja w wojsku wynosiła 1859,00 zł, przy średniej krajowej 1006,00 zł. Ponadto miałem 704,95 zł gotówką w kieszeni oraz na PKO 7000,00 zł. Do tego należy zaliczyć mieszkanie wojskowe M-4, w którym mieszkamy do dnia dzisiejszego.
Gliwice
A co będzie w cywilu ? A więc "Do cywila !!!"
Głowa do góry.
Janina, Zygmunt z synami Krzysiem i Wojtusiem w Gliwicach w ogródku mieszkania przy ul. Bolesława Śmiałego 4/2
Koniec Tomu XII
Kraków dn. 1955.02.09
Kochana Ciociu !
Już dawno z Mamusią postanowiliśmy, że nawiążę z Ciocią korespondencję i ustalę formę wyrównania starego długu naszego jeszcze z czasów przedwojennych. Ponieważ

nie udało mi się dość szybko zebrać trochę pieniędzy dopiero teraz piszę do Cioci i jednocześnie przesyłam 1000 zł przekazem pocztowym. Proszę bardzo by Ciocia napisała do mnie kilka słów i ustaliła, ile jeszcze jestem winien. W miarę możliwości wyrównam. Może nie dobrze, że tak zacząłem od razu od sprawy pieniężnej po tak długim niepisaniu.
Nie pochodzi to z oschłości czy innej jakiejś wybitnie ujemnej cechy charakteru, ale stąd, że tak rzadko pisuję listy, że nawet nie wiem jak się do tego zabrać właściwie. Tem bardziej mi trudno pisać, że dotychczas wcale nie korespondowaliśmy. Zdaje mi się, że Mamusia także niewiele do Cioci pisze. Domyślam się, że ostatnie spotkanie Cioci z Mamusią nie odbyło się bez zgrzytów. Przypuszczam, że Ciocia wie o tem, że moje stosunki z Mamusią, a raczej mojej żony, są dość oziębłe. Nie piszemy do siebie wcale, także nie widujemy się. Ja parę tygodni temu, jak byłem w Gliwicach, byłem u Mamusi. Mamusia mieszka z Zygmuntami i trochę tam na pogodno porozmawiałem (tym razem bez zgrzytów). Usiłowałem Mamusię namówić by Mamusia z Ciocią tą sprawę pieniężną załatwiła, no nie udało mi się.
U mnie nic nowego. Mieszkam w Krakowie przy ulicy Smoleńsk 33 m 54 (III piętro) i jak dotychczas nie zapowiada się bym się stąd wyprowadził (miałem zamiar przenieść się do Warszawy). Cały dzień mam zajęty. Rano pracuję w Biurze Projektów Huty im. Lenina, po południu w szkolnictwie wieczorowym.
Serdeczne pozdrowienia Małżonkowi i proszę o kilka słów odpowiedzi (-) Henryk
Polanica 1955.07.16
Mój Janku najdroższy
Za Twój kochany i taki dobry list serdecznie dzięki. Ja jak długo nie mam wiadomości od Ciebie, to jestem niespokojna i boję się czegoś złego. Bo my Janku już jesteśmy w

takim wieku - gdzie o choroby nie trudno. Ty na pewno odczuwasz nieraz dolegliwości, ale nie chcąc nas martwić nie piszesz. Ja tu lepiej się czuję, przed wyjazdem z przepracowania miałam ból głowy, który tu zupełnie ustał - a to było najważniejsze. Ciągle mamy chłody i deszcze - ale z konieczności jest się ciągle na świeżym powietrzu wśród zieleni i to dobrze.
Teraz tu lipy kwitną, a trzeba Ci wiedzieć, że ci co zakładali Polanicę specjalnie dużo lip ze względu na serce zasadzili.
Tak mię serce zabolało jakeś napisał, że pewno przyjdzie Ci tam umrzeć na obczyźnie. Mój kochany Janku czemu Ty nie zdecydujesz się wrócić do swoich, całe życie pracowałeś ciężko, nic nie masz na sumieniu.
Ja to co mam, tym się podzielimy i będzie skromnie, ale póki pracuję to byłoby lepiej, a potem będzie jeszcze skromniej, ale wystarczy. Pracę też mógłbyś mieć, tyle masz fachów. Ja naturalnie tylko piszę. Ty wiesz lepiej ode mnie jak masz postąpić - to tylko Ci chcę powiedzieć, że gdybyś nawet był chory i nie mógł zarabiać, to to, co ja zarobię wystarczy na nas oboje. Nigdy bym się nie zgodziła, żebyś mieszkał u córek, dobre są, kochanie, ale mają swój dom, a Twój dom jest ze mną. Odwiedzać córki i one żeby do nas przyjeżdżały to naturalne - ale starsi powinni być osobno. Nieraz tak z Jótką siedząc sobie o szarówce na kanapie układamy - jak by się tu urządziło.
Pewno żal by Ci było rzucić pracę i tą myśl, że swoim pomagasz, ale życie takie krótkie, czy nie lepiej mniej mieć a być szczęśliwym. A ja czuję, że Ty byś był ze swoimi szczęśliwy. Zięciowie córki i dom utrzymują. Piszę Ci Janku moje myśli. Moje przyjaciółki najbliższe i krewne - to znaczy kuzynki wiedzą, jak bardzo Ty dla mnie jesteś dobry i co nas łączy i jak najlepiej są do tego ustosunkowane i cieszą się.
Piszesz mi Janku kochany, że ja się nie interesuję co lepiej wysłać - owszem zaczęłam się rozpytywać, na imieninach u mojej ciotki w maju spotkałam jedną panią, której córka ciągle przesyła, tu znowu jest ze mną moja koleżanka, dawna nauczycielka Jótki której siostra jest w Londynie i stale jej  przesyła. Więc opłaca się przesłać herbatę, kawę, buciki, przechodzone ubranie, tylko że nieraz za przechodzone trzeba zapłacić więcej i nie wiadomo dlaczego.
Ja dzięki Tobie jestem zaopatrzona w swetry, a to też się opłaca. W ogóle mnie się zdaje, że choć Jasia i Jóta zapłaciły duże cło, to jednak mają dużo z tego korzyści. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle można będzie posyłać. Piszesz, żeby Ci szczerze napisać co mi brakuje - więc Ci napiszę, ale pod warunkiem, żebyś się nie spieszył z kupnem. Pamiętasz ten płaszcz szaro - niebieski od deszczu któryś mi przysłał, strasznie się cieszyłam, ale za krótko, robiąc porządki w szafie Marysia wywiesiła rzeczy do przewietrzenia na słońce, mnie wtedy nie było, wracam, nakładam - a tu guma puszcza i plamy na bluzce - co ja się nachodziłam po Krakowie, w żadnym sklepie nie umieli zreperować. Więc gdyby Ci kiedykolwiek jakaś okazja się trafiła - peleryna czy płaszcz - wszystko jedno. Tu chodzę pod parasolem.
Mimo deszczu zostaję do końca lipca. 08.02-03 wracam do Krakowa - i jeszcze na dwa tygodnie pojadę na głuchą wieś do moich lokatorów, w tym jadalnym pokoju mieszka moja dawna uczennica, która teraz zdała dyplomowy egzamin z historii i bardzo mnie do swojej wsi zaprasza.
W jadalni stoi wszystko tak jak dawniej, kredens, kanapka, stół, z chwilą gdybyś wrócił zajmiemy dwa pokoje. Teraz ja mieszkam w salonie - wygodnie i ładnie urządzonym. Widzisz używam nawet dawnych nazw.
U nas są pośpieszne i osobowe pociągi - tu jedzie się jedenaście godzin osobowym - a pośpieszny idzie nocą i też trzeba w Katowicach - dziś Stalinogród - przesiadać, więc się nie opłaci w nocy męczyć się, żeby nad ranem tutaj przyjechać. Dobre połączenie bezpośrednie jest z Warszawą. W przeszłym roku jeździłam stąd o 9½ wieczór a 8 rano byłam w Warszawie.
Tu jest tyle przyjemnie - że oprócz kuracji są biblioteki i można czytać. Moje towarzyszki - jest ich aż trzy - odwiedzają mnie - spotykamy się - chodzimy na spacery. Rano zazwyczaj idę sobie coś kupić do zjedzenia - z owoców na razie mamy czereśnie, które już mi obrzydły - bo często wsadzą zepsute. Lubię truskawki, ale tylko parę razy się pokazały i tak pogniecione, że musiałam od razy zjeść. Najlepiej lubię z książką usiąść "pod lipkami" - tam się schodzi reszta znajomych - szczególnie jedna jest tak wesoła, że sypie anegdotami jak z rękawa - śmiejemy się nieraz do łez. Rozmaite anegdotki powojenne i przedwojenne.
Kochany - jak się położę wieczorem o 9-tej - modlę się za Ciebie, a potem przed zaśnięciem myślę, co Ty tam robisz, jak wygląda Twoje życie. Czy teraz trochę odpoczywasz - czy przejdziesz się trochę, czy poleżysz sobie po obiedzie. Napisz mi kochany - czy wypoczywasz po pracy. Zawsze stoisz mi w oczach - jak siedzimy przy stole i rozmawiamy. (-) Dużo serdeczności - całuję.
Nie napisałeś mi, czy dostałeś w maju moją fotografię w czarnym sweterku ?