W lutym 1952 roku miałem kolejny zatarg z zastępcą dowódcy ds. polityczno - wychowawczych, czyli politrukiem. Porucznik Możejko zwrócił się do mnie z propozycją, a w zasadzie zaproponował prowadzenie lekcji języka rosyjskiego z żołnierzami na zlecenie Wydziału Politycznego 9 DP, jako zajęcie płatne osobno, poza normalną pensją. Z pieniędzmi było krucho.
Przemyśl
Na pierwszą lekcję przyniosłem własny, kilkutomowy komplet encyklopedii technicznej w języku rosyjskim, po to żeby przekonać żołnierzy o korzyściach płynących z poznania języka rosyjskiego. Książek technicznych pisanych po polsku w tym czasie było jeszcze niewiele. Po pierwszej lekcji oczekiwałem na zlecenie przez tydzień. Na przeprowadzenie drugiej lekcji bez zlecenia się nie zgodziłem. Zlecenia jednak nie było więc zrezygnowałem, gdyż pracować społecznie nie miałem zamiaru, wystarczała mi prawie społeczna służba w LWP. Niby to instytucja poważna, a chcą kogoś zrobić w konia. Politruk od tego momentu wyraźnie krzywo na mnie spoglądał.
Dostawałem 870,00 zł miesięcznie, mama 88,00 zł renty po ojcu (dosłownie osiemdziesiątosiem złotych). Na cztery osoby było to trochę za mało. Chleb kosztował 1,05 zł/kg, cielęcina 8,00 zł/kg, słonina 12 zł/kg, cukier 10,20 zł/kg, jajko 1,50 szt., masło 29,16 zł/kg. Zgodziłem się.
Mama wyjechała do Krakowa, do państwa Miszkienisów. Wacek Miszkienis pomógł Mamie w zdobyciu (w PRL się nie kupowało lecz zdobywało) radia lampowego "Aga", które kosztowało 1420,00 zł. Wówczas była to nowinka, rarytas, artykuł sprzedawany spod lady. Był to nasz prezent ślubny od Mamy, a może urodzinowy dla Krzysia, bo właściwie to on najbardziej lubił słuchać tego radia, szczególnie muzyki.
Kraków
Heniek Zdanowicz zaczął przysyłać co miesiąc, na Mamę 100,00 zł.
W końcu lutego 1952 roku cały dywizjon wyjechał na poligon zimowy koło Dębów (niedaleko od Bełżca). Spaliśmy w lesie w namiotach zagłębionych w ziemi na ok. 1 m. Z obu ich stron, przy wejściach zamontowane były piecyki żelazne na węgiel. Rano woda w misce oraz w wiadrze zamarzała. Samochody stały na polanie. Akumulatory rozkazałem z nich wymontować i trzymać w ogrzewanym samochodzie warsztatowym. Mroźne, leśne powietrze było wspaniałe.
Bełżec
5 marca 1952 roku w Dzienniku Zachodnim nr 2500 odważono się wreszcie, po siedmiu latach, wydrukować tłumaczenie zd-radzieckiego, zakłamanego komunikatu z dnia 26 stycznia 1944 roku w sprawie mordu katyńskiego, zwalający całą winę na Niemców i Gestapo. Władze uważały widocznie, że PRL jest już tak mocno opanowane przez UB i Informację Wojskową, że nikt nawet nie odważy się tej informacji zaprzeczyć. Komunikat ten wywołał zrozumiałe komentarze w PRL, LWP i wśród nas oficerów na poligonie. Dotychczas temat

Opublikowany komunikat budził sam w sobie duże wątpliwości, nawet przy pełnej wierze w racje NKWD. Całe społeczeństwo wierzyło, że ten mord splamił ręce NKWD, a KC PZPR wiedziało o tym na pewno. Nic więc dziwnego, że jeden z kolegów w trakcie prywatnej rozmowy w namiocie powiedział: "... zasadniczo to nie wiadomo jak tam było naprawdę...". Było nas wtedy w namiocie czterech, czyli o dwóch za dużo. Żeby go powstrzymać przed dalszą krytyką urzędowego komunikatu, żeby nie zabrnął za daleko, żeby go ratować powiedziałem "... lepiej tak nie mów, bo ktoś mógłby to opacznie zrozumieć...". Połapał się w sytuacji i zamilkł, lecz to już wystarczyło.
Katynia był tylko tematem "cichych rozmów rodaków" i to tylko w pewnym gronie. Był bowiem tematem zakazanym. Na żadnym szkoleniu politycznym w wojsku nie był poruszany. Metoda komunistyczna - o czym się nie mówi, tego nie ma.
Po powrocie z ćwiczeń do koszar w Przemyślu na spytki wziął mnie w tym temacie oficer Informacji Wojskowej jednostki. W pierwszych dniach kwietnia trzymał mnie w swoim pokoju przez pół dnia. Chciał wymusić zeznanie, kto i co mówił podczas tej rozmowy w namiocie. Nie pamiętałem szczegółów, choć był "uprzejmy"
Przemyśl
przypomnieć mi, że mam rodzinę na utrzymaniu. Powiedziałem tylko, że pamiętam o tej rozmowie na temat komunikatu. Coś tam koledzy cytowali ale kto i co nie pamiętam. W końcu zrezygnował. Widocznie drugi świadek, oprócz samego donosiciela złożył wystarczające zeznanie, gdyż na rozprawę sądową mnie nie wzywano. Sąd wojskowy zdegradował nieostrożnego kolegę i skazał na 4 lata więzienia. Dobrze, że go nie rozstrzelali. W tych czasach nawet bez sądu siedziało wielu wojskowych i cywilów. Wielu zostało z byle przyczyny, na podstawie niesprawdzonych donosów albo na podstawie sfabrykowanych przez UB dowodów rozstrzelanych. W dalszym ciągu, już ósmy rok szalał terror "kliki" tagosyjonistów Jakuba Bermana (będzie szalał jeszcze przez cztery lata, do 1956 roku). Ludzie dzielili się na trzy kategorie: tych co siedzieli, siedzą lub będą siedzieć. Panowała PRL-owska odmiana beriowszczyzny stalinowskiej, przeniesiona do PRL przez Bolesława Bieruta i Stanisława Radkiewicza, NKWD-dzistami wysokiej rangi, obywatelami radzieckimi. Dowódcą LWP był importowany z ZSRR marszałek Konstanty (jak w Powstaniu Listopadowym), oddelegowany do Polski przez Józefa Stalina. Obaj rodzimi "marszałkowie", też zresztą kolaboranci siedzieli w więzieniu. W LWP obowiązywały regulaminy radzieckie, przetłumaczone na język polski. Trzon Informacji Wojskowej i cały sztab UB pochodził zza wschodniej granicy. W szybkim tempie następowała coraz wyraźniejsza rusyfikacja kraju. Niepewność jutra spowodowała, iż zdecydowałem że bezpieczniej będzie zniszczyć adresy wszystkich znajomych. Pozostawiłem tylko adresy najbliższych krewnych.
Władza rozpoczęła wtedy otwartą walkę z religią i kościołem. W wojsku skasowano regulaminowe modlitwy poranne i wieczorne. W niedziele, przed obiadem nie wydawano żołnierzom przepustek, aby przypadkiem nie mogli pójść do kościoła. W czasie tym organizowano natomiast dodatkowe zajęcia jak zawody strzeleckie, gry sportowe, marszobiegi itp. Na odprawie, dowódca kategorycznie zabronił oficerom chodzenia do kościoła. Jednemu z kolegów udzielił za to nagany. Od tego czasu, zacząłem z Jasią chodzić, ostentacyjnie w mundurze do pobliskiego kościoła. Dotychczas sprawy te mnie zupełnie nie interesowały, nie były mi potrzebne a księży od urodzenia nie znosiłem. Nie znosiłem na równi terroru, ani kościelnego, ani komunistycznego.
Zygmunt Zdanowicz z grupą kierowców na ćwiczeniach ;
Postanowiliśmy z Jasią ochrzcić Krzysia w Katedrze Przemyskiej, demonstracyjnie, dla podtrzymania ducha swojego i innych, jako protest przeciwko terrorowi komunistycznemu. Ustaliliśmy z księdzem wstępnie termin chrztu na koniec sierpnia, aby był czas na sprowadzenie rodziny.
10 kwietnia 1952 roku, korzystając z pobytu na delegacji służbowej w Krakowie, w dziekanacie Wydziału Komunikacji AGH odebrałem swój dyplom inżyniera mechanika. Dotychczas nie miałem na to czasu.
Kraków
W maju 1952 roku zrobiłem Krzysiowi kilka zdjęć:
W czerwcu 1952 roku, Józefa Badowska (Kijanka) przywiozła do nas, na cały miesiąc swoją córkę Basię. Zdjęcia znad Sanu:
Po defiladzie w Przemyślu - czwarty z lewej strony Zygmunt Zdanowicz ;
W maju 1952 roku dostałem 80,00 zł nagrody. Inne dodatkowe pieniądze to: 100,00 zł od Henryka Zdanowicza (na Mamę), 150,00 zł od Ireny Brokowskiej, 100,00 zł od Józefy Badowskiej (Kijanki) za Basię oraz za dwa swetry 200,00 zł. W czerwcu 1952 roku Irena Brokowska, za wakacje dała 150,00 zł.
Przemyśl
W Krakowie odbył się ślub Ireny Nalepińskiej z Janem Bastrem, projektantem instalacji sanitarnych, pracującym w Miastoprojekcie Kraków. Nowożeńcy zamieszkali w dawnym naszym pokoju, w mieszkaniu Józefy Badowskiej (Kijanki).
Pod koniec 1952 roku zmarł ojciec Ireny Nalepińskiej, Leon Nalepiński, wujek Janiny Zdanowicz (Kijanki).
Kraków
Zbyszek Karczewski, był w 1952 roku pracownikiem Wydziału Architektury PMRN w Szczecinie. Przez przypadek spotkał się z Wickiem Piszczem.
Szczecin
Ludek Gedryś w latach 1952 - 1962 pracował jako zastępca głównego mechanika w Zakładzie Płyt Pilśniowych "Czarna Woda".
Czarna Woda
Władek Rudziński, skończył Politechnikę Łódzką i w latach 1952 - 1959 był kierownikiem pracowni w Biurze Projektów Przemysłu Organicznego (BPPO) w Zgierzu.
Zgierz
Kazik Skawiński uzyskał dyplom mgr inż. mechanika na Politechnice Łódzkiej.
Łódź
Rewelacja religijna. W pieczarach, na północno - wschodnim brzegu Morza Martwego, u źródeł Ain Fenko, nieopodal ruin Khirbet Qumrau, klasztoru esseńczyków (sekty żydowskiej), Beduini znaleźli jakieś dokumenty. Różne instytucje przysłały ekspedycje naukowe w celu rozszerzenia poszukiwań oraz odzyskania lub odkupienia znalezionych dokumentów. Odzyskano prawie wszystkie księgi Startego Testamentu wraz z komentarzami, zbiór psalmów i hymnów dziękczynnych, Regułę Zakonną, Regułę Dyscypliny, Regułę wojny synów światła z synami ciemności oraz fragment esseńskiego dokumentu zwanego Damasceńskim (przepisy rytualne, wierzenia, zasady organizacji i doktrynę moralną esseńczyków). Pod wieloma względami treść tego ostatniego dokumentu przypominała w uderzający sposób zasady jakie obowiązywały w gminie nazarejczyków w Jerozolimie pod władzą Jakuba: wspólnota majątkowa, ubóstwo, miłość bliźniego, jałmużny, leczenie chorych, obrzęd chrztu, 12-tu członków rady. Sekta przestrzegała nakazu bezżeństwa, a kadrę uzupełniali drogą adaptowania chłopców (m.in. Jan Chrzciciel, Jezus). W celach eucharystycznych zasiadali do wspólnej wieczerzy, czyli uczty przypominającej zupełnie Ostatnią Wieczerzę. Głosili Mesjanizm. Duża część esseńczyków przeszła na chrześcijanizm, przynosząc w darze swój kalendarz, strukturę hierarchii, nowe obrzędy i sporą liczbę dogmatów. Doktryna chrześcijańska rozwinęła się stopniowo z dysydenckiej, żydowskiej sekty esseńczyków. Essenizm był pośrednikiem między judaizmem a chrześcijaństwem. Klasztor w Qumran, był jakby kolebką chrześcijaństwa. A kościół ogłasza zaraz jakieś cuda !, objawienia !, dla tłumów.
Generał Zygmunt Berling został zdjęty ze stanowiska komendanta Akademii Sztabu Generalnego i mianowany wiceministrem PGR. Sprawował ten urząd do 1956 roku. W obu dziedzinach był takim samym ignorantem, więc mógł być wszędzie.
W lipcu i sierpniu 1952 roku, na dwumiesięczne wakacje przyjechała do nas Irena Brokowska (Zdanowicz) z synami Markiem - 11 lat oraz Andrzejem - 8 lat. Moja jednostka, w połowie lipca wyjechała na miesięczne ostre strzelanie do morze w okolice Ustki. Ja pojechałem z jednostką, wynająłem pokój u gospodarza i wróciłem do Przemyśla po Jasię. W Przemyślu pozostała Mama, Józefa Zdanowicz (Niedzińska) z córką Ireną Brokowską (Zdanowicz), jej synami Markiem i Andrzejem oraz Krzysiem Zdanowiczem.
Przemyśl
15 sierpnia 1952 roku odwiozłem Jasię do Przemyśla i wróciłem do Ustki po jednostkę. Ale się najeździłem !.
Ustka
20 sierpnia 1952 roku na zbliżający się chrzest Krzysia Zdanowicza przyjechał z Warszawy jego ojciec chrzestny Zbyszek Brokowski, oraz z Łańcuta matka chrzestna Krystyna Gorycka (Pietruszka). Moi kierowcy z jednostki obiecali zawieźć gości do katedry wojskowym
Przemyśl

samochodem warsztatowym, który przypominał dzisiejsze mikrobusy. "Mikrobus" ten podjechał w sobotę 23 października 1952 roku pod nasze mieszkanie. Kierowcy usunęli z niego wszystkie narzędzia, nawet piecyk do ogrzewania, elegancko wyszorowali wnętrze i udekorowali je zielenią i kwiatami. Zajechaliśmy przed główne wejście do Katedry, na placyku w samym środku miasta. Wszyscy żołnierze, łącznie ze mną ubrani byli w mundury wojskowe. Samochód miał widoczne wojskowe tablice rejestracyjne. Na uroczystość dotarło również kilku żołnierzy z jednostki. Oficerów wśród nich nie było. Sam chrzest trwał niezwykle długo i uroczyście. Ksiądz długo się modlił nad Krzysiem, organy grały. Potem nas z Jasią wziął w obroty. Musieliśmy klęczeć przed bocznymi ołtarzami a on się modlił, błogosławił. Wyglądało to rzeczywiście na prowokację przeciwko zarządzeniom władz PRL i LWP. Przed Katedrą oraz w środku zebrała się spora grupa gapiów, cywili. Śpiewali oni pieśni religijne i modlili się zbiorowo.
I nic się nie stało. Nikt nie interweniował. Nikt o to nie miał do mnie pretensji, ani tego dnia ani później. Na najbliższej odprawie oficerów dowódca ani słowem nie wspomniał o naruszeniu dyscypliny i kpinach z zakazów. Po tygodniu otrzymałem awans, widocznie za odwagę cywilną.
Nad Sanem - Janina Zdanowicz (Kijanka) z Krzysiem na ręku, Marek Brokowski - piąty z lewej strony, Andrzej Brokowski klęczy, obok Krystyna Gorycka (Pietruszka) - matka chrzestna ;
Janina Zdanowicz (Kijanka) z Krzysiem, Irena Brokowska (Zdanowicz) z prawej strony i Krystyna Gorycka (Pietruszka) po lewej stronie ;
Teść Jan Kijanka w Londynie
Marysia Piksa (Zdanowicz/Philipp) z synem Jurkiem Zdanowiczem na wycieczce w Krakowie
Stanisław Rewkowski
1 września 1952 roku zostałem przeniesiony do sztabu 9 DP, na stanowisko pomocnika szefa wydziału technicznego (z-cy d-cy dywizji ds. technicznych) na etat majora z pensją 874,00 zł miesięcznie. [Renta mamy 88,00 zł i od Heńka 100,00 zł]. Było trochę lepiej. Do osobistej dyspozycji dostałem motocykl produkcji radzieckiej M-72 z
Przemyśl
15 września 1952 roku szedłem ulicą Przemyśla z kolegą, też oficerem. Byliśmy w mundurach. Z daleka zobaczyłem kolegę z Politechniki, Jurka Winiarczyka. Postanowiłem go nastraszyć. Umówiłem się z kolegą, podeszliśmy do Jurka od tyłu i jednocześnie chwyciliśmy go z obu stron pod ramiona. Powiedziałem: "... obywatel pójdzie z nami ...". Jurek był dużo niższy ode mnie, ale w tej chwili jeszcze zmalał. Chętnie schowałby się pod chodnik. Szybko jednak doszedł do siebie, gdy mnie rozpoznał. Był wściekły, myślałem, że mnie rozszarpie. Faktycznie kawał był dosyć głupi, gdyż na ulicach PRL'u takie przypadki zdarzały się często. Był czas "apokalipsy" a my stroimy sobie z tego żarty. Okazało się, że Jurek mieszkał i pracował w Przemyślu. Niedawno się ożenił. Zaprosiłem go z żoną do nas. Odtąd często bywaliśmy u siebie.
przyczepą, który był żywcem zerżnięty z BMW. Motocykl miał silnik 4-ro suwowy w układzie bokser, o pojemności 720 cm3, 26 KM, 2 cylindry, 2 gaźniki. Żeby było śmieszniej ja w dalszym ciągu nie posiadałem prawa jazdy. Gdy zameldowałem o tym przełożonym, parsknęli śmiechem i nie uwierzyli. Sztab 9 DP mieścił się na Zassaniu, po drugiej stronie Sanu, około 10 km od naszego mieszkania. Wtedy milicja nie miała prawa kontroli pojazdów wojskowych, natomiast ja miałem takie uprawnienia w stosunku do pojazdów 9 DP, czyli na całe województwo rzeszowskie.
Na początku października 1952 roku przyszła do nas sama pani Winiarczykowa. Zagadała się, zrobiło się późno i ciemno. Ulice były nieoświetlone, do miasta i jej mieszkania było ok. 5 km. Najgorsze było to iż była w 9 miesiącu ciąży. Samochód osobowy dowódcy zamknięty był w jednostce. Bez rozkazu d-cy nie można go było ruszyć, a dowódca mieszkał w mieście. Pozostał więc tylko motocykl. Doczepiłem przyczepę i pojechaliśmy. Droga była fatalna. Pełno w niej było dziur, a tam gdzie był bruk to były to tzw. kocie łby. Każdy poważniejszy wstrząs mógł spowodować poronienie. Droga była koszmarem. Cały spociłem się ze strachu. Skończyło się szczęśliwie, ale przyrzekłem sobie, że nigdy więcej. W następnym tygodniu przyszedł sam Jurek. Żona nie chciała ryzykować.
Jurkowi zachciało się spróbować jazdy motocyklem. Miał prawo jazdy, umiał jeździć. Niemniej jednak, mój motocykl był pojazdem wojskowym, którego cywil nie miał prawa prowadzić. Przebrałem więc Jurka za wojskowego. Dałem mu własny zielony wojskowy kombinezon. Rękawy i nogawki były dla niego ze długie o ok. 20 cm. Musieliśmy je "zrefować". Czapka polowa też była za duża pomimo wsadzeniu do niej całej gazety i trzymała się dosłownie tylko na uszach. Tak odziany, wyglądający jak dzielny wojak Szwejk, Jurek, pojechał w stronę Medyki. Przed Medyką miał zawrócić, bo tam chodziły patrole WOP-u. Mogłyby go wylegitymować i byłaby wpadka. Długo go nie było, zacząłem więc się niepokoić. W końcu przyjechał ale w jakim stanie. Odjechał ok. 3 km, gdy motor odmówił mu posłuszeństwa i zgasł. Próbował go zapalić, zalał świece i nie mógł go uruchomić. Zawrócił więc, i pchał motor przez całe 3 km. Motor był ciężki, droga okropna, a Jurek był mały i niezbyt silny. Gdy dotarł do mnie wyglądał jak łazęga, dezerter lub partyzant. Na całe szczęście droga była pusta i nikt go nie zatrzymał, oraz to, że motor był bez przyczepy. Z przyczepą nie dał by rady.
W listopadzie 1952 roku, wieczorem, jechałem na motocyklu do miasta, mając w tyłu na siedzeniu jednego kolegę, a w koszu przyczepy drugiego. Ulica była bardzo słabo oświetlona, do tego z obu stron zadrzewiona. Na jezdni i chodnikach panował półmrok. Ulicę rozświetlał tylko, dosyć zresztą słabo, reflektor naszego motocykla. Było pusto, godzina była późna więc jechaliśmy dosyć szybko ok. 60 - 70 km/godz. Nagle z prawej strony, tuż pod nasz motocykl, nieoświetlona, wyjechała z bocznej bramy ogromna ciężarówka z węglem. Na hamowanie było za późno. Na skręt w lewo lub prawo nie pozwalały drzewa. Jedyną drogą był zwrot o 180 stopni. Jak tego dokonałem, do dzisiaj nie wiem. Uruchomiłem wszystko co się dało, i hamulec i gaz - to pamiętam na pewno, tylko nie wiem w jakiej kolejności ? Czynności wykonałem odruchowo, w dużej panice, na zasadzie ratuj się kto może. Opanowałem się dopiero gdy byliśmy oddaleni od ciężarówki ok. 50 m. Jechaliśmy z tą samą prędkością tylko w przeciwnym kierunku. Pamiętam tylko pisk hamulców i jakieś krzyki kolegów. Powoli zahamowałem i zawróciłem. Ciężarówka w tym czasie zdążyła się już cofnąć z powrotem, schować w zaułku by zrobić nam wolną drogę. Panika minęła i wesoło pomachaliśmy rękoma przestraszonemu kierowcy. A przecież mogła być masakra. Motocykl przejechałby pod skrzynią a my zostalibyśmy na niej. Kolega w koszu straciłby głowę. Podobno cudów nie ma. Tak zresztą wówczas sądziłem. Kilka lat temu widziałem w telewizji popisy policji angielskiej. Wykonywali oni ten sam manewr, tylko sześcioma motocyklami jednocześnie, najeżdżając tyraliera na ścianę.
A więc żaden cud, tylko technika jazdy której się można nauczyć.
Helena i Teofil Rewkowscy
Danuta i Henryk Zdanowiczowie na wczasach
W połowie miesiąca listopada wybraliśmy się z kilkoma kolegami na polowanie. Zaprosili nas na nie gospodarze, którym dziki ryły pola uprawne. Przychodziły one w nocy na pola z których zebrano ziemniaki. Wieczorem położyliśmy się w bruzdach i czekaliśmy mając załadowane i odbezpieczone karabiny. Zaczął padać drobny deszczyk i lekki jego szmer uśpił mnie. Po paru godzinach koledzy mnie obudzili. Wstałem straszliwie zziębnięty, przemoknięty i cholernie zły. Dziki nie przyszły, widocznie usłyszały moje chrapanie.
Przemyśl
8 grudnia 1952 roku, w Szczecinie urodziły się bliźniaczki Halina i Marysia Piksówny, córki Marysi (Philipp) i Józefa Piksy.
Marysia Zdanowicz z domu Phillip, wdowa po Tadeuszu, pracowała w Kamiennej Górze (w aptece na rynku). Tam poznała Józefa Piksę z któym wzięła ślub w 1951 roku. Spodziewając się bliźniaczek, pojechała do Szczecina, do swojej matki. i tam, w szpitalu wojskowym urodziła Marychnę i Halinkę. Marychna przyszła na świat pierwsza, była odważniejsza i sprytniejsza (słowa Halinki), ale zachorowała na nerki i zmarła 31 maja 1954 roku w szpitalu w Zabrzu. Została pochowana w Zabrzu, na cmentarzu przy ulicy Czołgistów.
Szczecin
Wojna w Korei skończyła się, więc w PRL zmniejszano armię. 9 DP została rozwiązana. Musiałem teraz dopilnować zdania całego sprzętu motorowego dywizji do magazynów w Krakowie. Sam, osobiście musiałem zdać samochody dywizjonu p-lot oraz dywizyjny magazyn części zamiennych. Nie było żadnych problemów. Stany zgadzały się. Innym kolegom nie poszło tak łatwo. Przez długie lata musieli zwracać z pensji pieniądze za braki magazynowe.
Ze zwolnienia do cywila nic nie wyszło. W połowie grudnia 1952 roku, tuż przed świętami dostałem rozkaz wyjazdu do 7 DP do Gliwic w celu objęcia takiego samego stanowiska co w 9 DP. 15 grudnia 1952 roku, jeszcze bez rodziny byłem w Gliwicach. Zamieszkałem w jednym pokoju w kawalerce, nad przedszkolem, przy ulicy Płowieckiej. Drugi pokój zajmowali dwaj młodzi, tuż po szkole oficerowie polityczni ze sztabu dywizji. Byli też na etatach majora, ale finansowo zaszeregowani byli o szczebel wyżej (o ok. 500,00 zł). Są równi i równiejsi, jak to w PRL. Obaj należeli do kategorii "naszych", partyjnych propagatorów komunizmu. Mieli funkcje lektorów. Sama nazwa wskazuje na rolę jaką pełnili. Z wydziału politycznego w Warszawie dostawali referaty i inne materiały propagandowe, jeździli z nimi po jednostkach i je odczytywali. Za nic nie odpowiadali. Nawet nie pełnili służby oficerów dyżurnych w sztabie. Święte krowy LWP.
Gliwice
Kamienna Góra