10 października 1951 roku, przed drzwiami naszego mieszkania w Krakowie stanął żołnierz LWP z wezwaniem do Departamentu Personalnego M.O.N. w Warszawie. Dostałem rozkaz wyjazdu i bilet kolejowy. Cel: wcielenie do wojska. Automatyczne zwolnienie z dotychczasowej pracy.
Kraków
Załącznik 187; Świadectwo pracy i wpis do Legitymacji Ubezpieczeniowej Zygmunta Zdanowicza;
Przestałem być członkiem Koła Zakładowego SIMP.
W dniach od 11 do 19 października 1951 roku prowadziłem cały szereg rozmów w Departamencie Personalnym i w Instytucie Broni Pancernej. Bardzo im pasowałem: dyplom, praktyka konstrukcyjna, dobra znajomość języka rosyjskiego, tylko z języka niemieckiego musiałbym się podszkolić. Natomiast nie podobała im się moja odpowiedź, że nie chcę służyć w LWP, chcę pracować w cywilu w swoim zawodzie i to że nie należę do partii i nie chcę należeć. W końcu szef personalny MON zdenerwował się i zdecydował, że będę służył w jednostce liniowej, a na otarcie łez obiecał szybki awans na porucznika. Odesłał mnie do dyspozycji OW Kraków. Przegrałem. Nie chcę ale muszę (dużo później ktoś też tak powie). Diabli nadali.
Warszawa
Przez cały tydzień mieszkałem u Brokowskich. Odwiedziłem też Mamę, Józefę Zdanowicz (Niedzińską) w Międzyrzeczu, gdzie gościła u Janki Zalewskiej i jej rodziny, łącznie z Romaną Neufeld.
Międzyrzecz Podlaski
20 października 1951 roku w sztabie OW Kraków (obecnie hotel naprzeciwko Wawelu), wydano mi duży zielony worek z pełnym umundurowaniem podporucznika LWP oraz rozkaz wyjazdu do sztabu 9 DP w Rzeszowie. Pojechałem, nie miałem innego wyjścia. Tam skierowano mnie do Samodzielnego Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej w Przemyślu na szefa służby
Przemyśl
20 listopada 1951 roku otrzymałem pierwsze samodzielne mieszkanie na skraju Przemyśla, przy ulicy Mickiewicza. Za płotem była granica miasta. 5 km było do Medyki i granicy PRL. Moja jednostka zajmowała koszary wspólnie z 40 p.a.l., dawną jednostką Leona Światłowicza (Rozdział 128), (Rozdział 160). Dom w którym były cztery mieszkania, umiejscowiony był na terenie koszar. Był on parterowy, drewniany, zbudowany w stylu szlacheckiego dworku. Wspólne dla wszystkich mieszkań były łazienka i ustęp. Od ulicy, do której było ok. 20 m odgrodzony był wysokimi drzewami. Z frontu dom miał dużą werandę, przez którą można było wejść do dużej kuchni (ok. 40 m2) a z niej do jeszcze większego pokoju (ok. 60 m2). Nasze mieszkanie zajmowało północną, znacznie ciemniejszą część budynku. Było świeżo wyremontowane. Drugie wyjście z kuchni prowadziło na korytarz prowadzący środkiem domu (wzdłuż). Pomieszczenia ogrzewane były dużymi piecami węglowymi.
samochodowej z pensją 700,00 zł, czyli ponad połowę mniej niż w cywilu. To dopiero awans po zrobieniu dyplomu. Tam też otrzymałem od razu zadanie, wyjazd do Krakowa, do magazynów wojskowych, po odbiór nowych samochodów dla całego składu jednostki będącej w fazie formowania. Nowa jednostka z nową kadrą i nowymi żołnierzami. Do pomocy dostałem kilku żołnierzy z cywilnymi prawami jazdy. Sam nie miałem prawa jazdy. Obowiązywał również rozkaz zabraniający oficerom prowadzenia samochodów, ze względu na ilość wypadków które powodowali. Odebrałem samochody, załadowaliśmy je na platformy kolejowe. Żołnierze pojechali z transportem jako eskorta, a ja na chwilę do żony i w drogę do Przemyśla pociągiem osobowym. 24 października 1951 roku wyładowaliśmy samochody z pociągu, i po kilka sztuk, tyle ile było w jednostce praw jazdy przetransportowaliśmy je do jednostki. Dostałem pełny skład żołnierzy, z których prawie żaden nie miał prawa jazdy. Musiałem ich sam, bez żadnej pomocy z zewnątrz przeszkolić, sam nie posiadając prawa jazdy. Paranoja do kwadratu
22 listopada 1951 roku dostałem urlop na przeprowadzenie przeprowadzki. Pojechałem więc do Krakowa po żonę i meble. Rozpoczęliśmy się pakować. OW Kraków załatwił dla nas na niedzielę 25 listopada 1951 roku kryty wagon na stacji towarowej i wojskowy samochód ciężarowy do przewiezienia mebli. Po
Kraków
żołnierzy do pomocy przy przeładunkach musiałem dzwonić sam pod podany w kwatermistrzostwie numer. I tu pełne zaskoczenie. Pod wskazanym numerem odezwał się po rosyjsku jakiś "pałkownik". Przez chwilę mnie zatkało, zająknąłem się. W końcu, po rosyjsku powiedziałem mu o co mi chodzi. Obiecał przysłać do pomocy całą drużynę. Później, często miałem podobne przypadki, w szczególności przy załatwianiu spraw służbowych w Departamencie Samochodowym MON w Warszawie. W sztabach polskich jednostek i dywizji odbywały się również wizytacje wyższych oficerów radzieckich. Dziwnym krajem była wówczas PRL, coś na kształt jeszcze jednej republiki ZSRR. W LWP oficjalnie działała Informacja Wojskowa. Jej przedstawiciele obecni byli w każdej jednostce od pułku wzwyż. Prawie cała jej kadra składała się z oficerów NKWD à przedłużone ramię Stalina - Berii. Niektórzy oficerowie Informacji Wojskowej byli narodowości polskiej, i prawdę mówiąc byli jeszcze gorsi - degeneraci.
25 listopada 1951 roku, w niedzielę rano, gdy kończyliśmy już pakowanie Jasia poczuła bóle porodowe. Zgodnie z poprzednimi ustaleniami z wojskową służbą zdrowia, odwiozłem Jasię do szpitala UB i MO na ulicę 11 listopada. Wróciłem do domu, skończyłem pakowanie. Przyjechali
Kraków

żołnierze, przetransportowali meble na stację kolejową i załadowali je do wagonu. Kolejarz zaplombował wagon. Było już prawie ciemno. W tym czasie, o godzinie 1530 urodził się (w tzw. czepku), Krzyś. Gdy zadzwoniłem do szpitala poinformowano mnie iż mam syna. Postanowiłem go przywitać i zobaczyć jak się czuje Jasia. Chciałem kupić kwiaty, ale wszystkie sklepy były już zamknięte. W końcu udało mi się kupić kwiaty przez tylne drzwi i popędziłem do szpitala. Bez zatrzymywania się, śmiało, jakbym był personelem szpitala przeszedłem przez wartownię. Nie zostałem zatrzymany, miałem na sobie nowy mundur i pewnie wzięto mnie za jakiegoś nowego lekarza. Dopiero w drzwiach sali młodych matek natknąłem się na pielęgniarkę. Zorientowała się po kwiatach z kim ma przyjemność. Zrugała mnie, ale pokazała z daleka Jasię, wyniosła na korytarz Krzysia, kwiaty przekazała Jasi (wtedy jeszcze można było) i przegoniła. Krzyś miał ładnie zaczesane włoski, jak na typowym dziecinnym obrazku. Na chwilę otworzył oczy, chyba mnie widział i zaraz zasnął na rękach pielęgniarki. Dzień był deszczowy i ponury.
Poprosiłem Józefę Badowską (Kijankę) o opiekę nad siostrą i siostrzeńcem, gdyż Jasia z Krzysiem musieli pozostać w szpitalu jeszcze przez tydzień, mimo tego iż poród przeszedł bez problemów. Takie wówczas obowiązywały przepisy. Z dworca wysłałem do Mamy Józefy Zdanowicz (Niedzińskiej) do Międzyrzecza Podlaskiego telegram gratulujący wnuka i zapraszający do Przemyśla. Do Przemyśla pojechałem już jako głowa rodziny 2+1.
Przemyśl
28 listopada 1951 roku do Przemyśla przyjechała Mama. Razem rozpoczęliśmy zagospodarowywanie nowego mieszkania. 2 grudnia 1951 roku ze szpitala wojskowego w Krakowie, szwagier Władysław Badowski odebrał i zawiózł do domu przy ulicy Smoleńsk, Janinę Zdanowicz (Kijankę) z synem Krzysztofem. 20 grudnia 1951 roku, Jasia poczuła się na tyle dobrze, że zabraliśmy Krzysia i pojechaliśmy do Przemyśla. Jechaliśmy całą noc. Ja również, po urodzeniu jechałem, z Druskienik do Wilna, z tym, że ja miałem trzy miesiące a podróż odbyła się w ciągu dnia i trwała tylko parę godzin.
Byliśmy więc wreszcie w komplecie, w nowym, samodzielnym mieszkaniu. I była to jedyna, ale bardzo ważna, pozytywna strona mobilizacji, szczególnie przed świętami.
Kłopoty zaczęły się trochę później. Mieszkanie było duże, ale ciemne i zimne. Można było po nim jeździć wózkiem dziecinnym na spacer, jednak po zakupy trzeba było chodzić na piechotę do centrum miasta, ok. 5 km, gdyż komunikacja miejska w tym czasie w Przemyślu nie działała. Okazja, jaką były samochody wojskowe przytrafiały się rzadko. Połowa drogi do miasta nie miała chodników. Bruk na ulicy był w okropnym stanie, pełno w nim było dziur. Oprócz tego błoto i kałuże. Powietrze za to było wspaniałe, chociaż w tych czasach i w Krakowie nikt na nie specjalnie nie narzekał. Ochrona środowiska nie była jeszcze modna i potrzebna. Jasia, jako mieszczuch z urodzenia, przebywając z dala od swojego naturalnego środowiska po raz pierwszy czuła się fatalnie. Popłakiwała po kątach, co było widać po oczach, ale na narzekania nie miała czasu.
Zastępca dowódcy ds. polityczno - wychowawczych, por. Możejko miał do mnie pretensje, iż żona nie uczęszcza na zebrania Ligi Kobiet, do czego były zobowiązane wszystkie żony oficerów zawodowych. Polecił mi abym wpłynął odpowiednio na żonę. Odmówiłem. Powiedziałem mu, że jest moim przełożonym tylko w sprawach służbowych, natomiast żona jest moją sprawą osobistą, nie ma żadnego związku z wojskiem i nie mam zamiaru namawiać jej do czegokolwiek co ma związek z tą instytucją. Do jakiej organizacji żona będzie chciała należeć, zależy tylko od niej. Jeżeli koniecznie chce, to może ją sam agitować. Oprócz tego przypomniałem mu, iż nie jestem oficerem zawodowym a przymusowym. Od Jasi dostał taką samą odpowiedź. Podkreśliła, że moja służba jest przymusowa, oraz to iż Liga Kobiet jej wcale nie interesuje. Dał nam w końcu spokój. Nawet się nie mścił. Może tylko, a sądzę, iż raczej na pewno, zrobił sobie odpowiednią notatkę w swoich kartotekach. Miałem to w nosie. Na karierze wojskowej zupełnie mi nie zależało.
Na wywalczone przez Danutę Zdanowicz (Proskurnicką) miejsce po mojej Mamie Józefie Zdanowicz (Niedzińskiej) przyjechała ze Zwierzyńca jej matka, teściowa Heńka. Kłótnia z Mamą, mniej więcej miesiąc wcześniej (Rozdział 205), była celową, perfidną prowokacją na którą Heniek dał się nabrać. Danka przemyślała wszystko na zimno, i przeprowadziła akcję po mistrzowsku. Cel był zrozumiały ale metoda jaką zastosowała była potworna, brutalna, podstępna i chamska. W ten sposób skłóciła na wiele lat matkę z synem, a mnie ze szwagierką na zawsze.
Kraków
W styczniu 1952 roku Jasia Zdanowicz (Kijanka) postanowiła hartować swojego pierworodnego, Krzysia. Odbywała z nim długie spacery a nawet organizowała spanie na dworze.
Przemyśl
Departament Personalny MON dotrzymał obietnicy i na Nowy Rok awansował mnie na stopień porucznika - gwiazdka na gwiazdkę. Taka gwiazdka jednak nie cieszyła. Moi nowi kierowcy wojskowi zdali wszyscy egzamin na prawo jazdy przed komisją miejską.
Załącznik 188 ; Wyciąg aktu urodzenia Krzysztofa Zdanowicza ;
Załącznik 189 ; Wyciąg aktu urodzenia Wojciecha Zdanowicza (trochę na wyrost);
Załącznik 190 ; Wyciąg z legitymacji oficerskiej LWP Zygmunta Zdanowicza (trochę na wyrost gdyż z okresu gdy byłem już w rezerwie, ale jako dowód awansu, oraz tego, iż kariery w LWP nie zrobiłem. Zdemobilizowany zostanę 11 listopada 1955 roku będąc w tym samym stopniu, czyli cztery lata porucznikiem. Jest to swoisty rekord. Nie byłem ani partyjnym, ani serwilistą. Pilnowałem się tylko regulaminów, tak by nie odpowiadać przed prokuratorem lub Informacją Wojskową.