Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 128: Rok 1949 - śmierć Pauliny Kianki & Maurycego Zdanowicza
W styczniu 1949 roku, deportowany w ZSRR wujek Zenon Niedziński, po dziewięciu latach niewolniczej pracy na roli, mając 57 lat, zachorował na gruźlicę. Został umieszczony w Domu Inwalidów: Krasnojarski Kraj, Jermakowski rejon, poczta Grigoriewka, stacja Tanzidejska. Korespondował ze swoją siostrą Heleną Rewkowską (Niedzińską) i otrzymywał od niej paczki żywnościowe.
Rysiek Gulbinowicz w latach 1949 - 1953 pracował jako technolog w Zakładach "Prozamet" we Wrocławiu, następnie w Centralnym Biurze Projektowo - Technologicznym w Warszawie.
Wrocław
31 marca 1949 roku w całej PRL miała miejsce reforma biur konstrukcyjno - projektowych. W naszym zakładzie też. Zlikwidowano zakładowe biura konstrukcyjne. Naszą pracownię przeniesiono do utworzonego Centralnego Biura Aparatury Chemicznej i Urządzeń Chłodniczych (CBACh i UCh), mieszczącego się w przedwojennych barakach przy ulicy Kościuszki,
Kraków
tuż przy moście Dębnickim. Nastąpiła równocześnie zmiana kierownika. Gołąbek został wykiwany przez swojego dawnego kolegę z "Zieleniewskiego", Erdmana. Po wojnie założył on prywatną wytwórnię wentylatorów, ale jako prywatna inicjatywa został zrujnowany przez podatki i domiary. Teraz wyczuł reorganizację i uprzedził Gołąbka. Nowy szef wyznaczył mnie na weryfikatora. Miałem więcej swobody i łatwiej mi było wyskoczyć z pracy na studia. W dalszym ciągu pracowałem na pełnym etacie i uczęszczałem na pierwszy rok studiów. Były to studia dzienne, normalne, bez żadnych ulg. Rano były wykłady, a po obiedzie obowiązkowe ćwiczenia i laboratoria. Nie uzyskałem nawet zwolnienia z rysunku technicznego, o które jako technik i konstruktor wystąpiłem. Wręcz przeciwnie, profesor Korecki obraził się na mnie za zlekceważenie jego, najważniejszego na studiach przedmiotu. Napuścił na mnie swoich asystentów. Cały czas byłem więc pod specjalnym nadzorem. Dostałem strasznie w kość. Z wielką trudnością zaliczyłem w końcu ten przedmiot na ocenę dostateczną.
Do zajęć związanych ze studiami dochodziła jeszcze YMCA, AZS i coraz częściej Jasia Kijanka (Zdanowicz). Franio, ten za niski według Trnki, zrezygnował zgodnie z życzeniem "szefowej", która na jego miejsce zatrudniła mnie. Widocznie bardziej się nadawałem do noszenia przetworów mlecznych dla Basi. Byłe bowiem dużo wyższy i silniejszy, jako wioślarz. Basia była już w domu przy ul. Smoleńsk, czyli bardzo blisko mojej pracy. Byłem więc cały czas pod ręką. Bar mleczny przy Karmelickiej nie był daleko, ale wspólne spacery, mimo iż takie krótkie też się liczyły. Czas miałem więc wypełniony od świtu do zmroku. Pełny zawrót głowy i nóg. Doszło do tego, iż raz złapałem się na tym iż zamiast płaszcza nakładałem swoją teczkę, gdy urywałem się z pracy, aby zdążyć na wykład. Na szczęście teczka nie miała rękawa. Zdarzało mi się, iż myliłem tramwaje.
Gdy zrobiło się ciepło rozpoczęły się treningi wioślarskie na Wiśle. Kilkukrotnie miałem już tak dość wszystkiego, że zwalniałem się z pracy, niby to na uczelnię, ale zamiast na Politechnikę gnałem na przystań AZS'u, brałem skifa i prułem w górę Wisły. Musiałem tylko się pilnować aby nie spóźnić się na dyżur w Barze Mlecznym. Tam bowiem czekał szef bezwzględny, który nawet małego spóźnienia nie tolerował i sam tarabanił torby. Do tego nigdy nie dopuściłem.
Dokument 291; Zaświadczenie o pracy z "Zieleniewskiego" dla Zygmunta Zdanowicza (dokument otrzymałem dopiero w 1980 roku) + 4 załączniki.
1 kwietnia 1949 roku, na "Prima Aprilis" zapisałem się razem z kolegami biurowymi do SIMP'u, tworząc z innymi kolegami Koło Zakładowe. Należałem do tej organizacji do 10 października 1951 roku, to znaczy do mobilizacji - 2 lata i 6 miesięcy.
16 kwietnia 1949 roku, wieczorem, przyjechał do nas na Święta Wielkanocne z Łodzi tato, Maurycy Zdanowicz. Czuł się słabo. Nazajutrz rano miał silne bóle żołądka i wymioty. W południe zabrało go do szpitala pogotowie. Natychmiastowa operacja okazała się spóźniona. Pękł wrzód żołądka, nastąpił krwotok wewnętrzny do otrzewnej. Według oświadczenia szpitalnego księdza, ojciec przed śmiercią wyspowiadał się i przyjął ostatnie namaszczenie według obrządku katolickiego. Wieczorem umarł. Miał 65 lat, 8 miesięcy i 21 dni. Chciał iść na emeryturę w lipcu 1949 roku. Mógł iść już w roku poprzednim. Nigdy nie był specjalnie gorliwym katolikiem, a księży wyraźnie nie lubił. Opowiadał o nich różne, często ostre kawały. Często powtarzał fakty oraz plotki z ich zakłamanego życia osobistego oraz terroru kościoła. Jednocześnie jednak za namową bardzo pobożnego pana Grzesikowskiego należał w 1922 roku do Bractwa Różańcowego oraz Katolickiej Kasy Pogrzebowej w Wilnie, która zapewniała dodatkową rentę emerytalną. Chodziło mu właśnie o emeryturę, której nie dożył. Życie i śmierć chodzą swoimi drogami i może na całe szczęście nikt nie wie co i kiedy nastąpi.
Kraków
Ostatnie zdjęcie Maurycego Zdanowicza
W maju 1945 roku, trener AZS Verey, wziął mnie na jazdę kontrolną w składzie dwójki bez sternika. Tylko on i ja. Po jeździe, złożył mi propozycję przejścia na ostry trening przygotowawczy do mistrzostw Polski w Bydgoszczy. Wiązało się to z tym, iż na wszystko inne nie było by czasu. A więc miałem dylemat - mistrzostwa kraju, czy sesja egzaminacyjna kończąca pierwszy rok studiów i Jasia Kijanka (Zdanowicz), z którą coś się zaczynało na poważnie. Verey po ojcowsku wytłumaczył mi ważność decyzji. Wielu trenuje i startuje, ale przychodzi czas, że trzeba poważnie pomyśleć o przyszłości. Tylko pojedyncze osoby osiągają możliwość przejścia na stanowiska trenerskie, a na naukę nowego zawodu może być już za późno. Była to bardzo pouczająca rozmowa, poważna, męska, bez emocji, pustych obietnic i obłudnej agitacji. Za tą tylko jedną rozmowę do dzisiaj go pamiętam i jestem mu za nią wdzięczny. Był to prawdziwy mistrz, trener i wychowawca. Piękna sylwetka, Węgra, obywatela Polski. Zrezygnowałem z mistrzostw, ale na treningi nadal uczęszczałem.
W szalonym, opętańczym tempie rozpoczęła się sesja egzaminacyjna. Zaliczanie przedmiotów odbywało się wg harmonogramu opracowanego przez dziekanat. Obowiązywała dyscyplina, a bywały dni, że trzeba było zdawać aż cztery przedmioty. Już po drugim przedmiocie delikwent wychodził z kompletnym chaosem w głowie, a na trzeci szedł zupełnie skołowany, na czwartym miał zupełną pustkę w głowie. Niektórzy dosłownie zapominali własnego nazwiska. Z fizyki, matematyki, większość z nas oddała egzamin walkowerem. Po kilku dniach odpoczynku, nie biorąc notatek do ręki, a czas spędzając na Wiśle, na skifie, przystąpiłem do egzaminów w drugim terminie. Fizyka jakoś poszła. Gorzej było z matematyką. Koledzy jeden po drugim odpadali. Ja byłem prawie na końcu, bo na literę Z. Kilku moich poprzedników odpadło z tego samego tematu. Na wszelki wypadek zajrzałem do notatek. Zapamiętałem. Dostałem te same pytania. Bez zająknięcia wyprowadziłem zawiły wzór z zakresu wyższej matematyki na całą stronę arkuszu A4. Jak to dobrze być ostatnim. W rezultacie pierwszy rok studiów miałem zaliczony.
Nagrodą za zaliczenie pierwszego roku, był długi spacer nad Wisłą z Jasią Kijanką (Zdanowicz), w górę rzeki, zakończony nie tylko rozmową zasadniczą ale i przenoszeniem na rękach przez plażę. Został zawarty pakt o przyjaźni i pomocy wzajemnej. Pakt zawierał m.in.: zatwierdzenie etatu nosiciela przetworów mlecznych dla Basi z ulicy Karmelickiej na Smoleńsk, oraz zezwolenie na wyjazd do Michałowic na wczasy FWP z Jasią i jej koleżanką Krysią Kolek (1949.07.01 - 1949.07.15).
Zdjęcia z wczasów w Michałowicach koło Szklarskiej Poręby (1949.07.01 - 1949.07.15).:
Szklarska Poręba
Po powrocie z wczasów miały miejsce wspólne spacery z przyzwoitkami: siostrą Józefą Badowską (Kijanką) i jej córką Basią.
Kraków
Janina z Neufeldów Zalewska z córkami Haliną i Danutą
Dzieci Stanisława Rewkowskiego
Jurek Zdanowicz
Janina Golec
Stanisław Rewkowski
Dokument 292; Przeniesienie Teofila Rewkowskiego do pracy w 3-letnim Państwowym Liceum Wodno - Melioracyjnym w Białymstoku, Białystok 13 sierpień 1949 roku ;
Białystok
Dokument 293; Akt pełnomocnictwa sporządzony przez Helenę Rewkowską (Niedzińską) dla siostry Michaliny z Niedzińskich Neufeld, Białystok 8 wrzesień 1947 roku ;
Kraków
Grób usytuowany jest na nowym cmentarzu na Rakowicach w Krakowie - sektor LXXXII zach./płd.
Zdjęcia wykonane później, już po śmierci i pochowaniu w tym samym grobie męża Pauliny, Jana Kijanki.
Koleżanka Janiny Kijanki (Zdanowicz), Krystyna Kolak;
Koleżanka Janiny Kijanki (Zdanowicz), Danuta Gorczyca;
Tadeusz Gorycki;
Basia Badowska (Ziernicka);
  na balkonie mieszkania przy    ul. Smoleńsk
Po śmierci matki i po pogrzebie, Janina Kijanka (Zdanowicz) wyjechała z rodziną siostry na dwa tygodnie na wieś.
1 września 1949 roku miał miejsce w ZSRR pierwszy, próbny wybuch bomby atomowej. Czyżby nastąpiła równowaga sił imperialistycznych ? Co z tego wyniknie ? Na pewno wzrost buty i zachłanności komunistów, którzy dążą do panowania nad światem, tak jak jeszcze niedawno hitlerowcy. Nawet w swoim hymnie otwarcie deklarują "... I związek nasz bratni ogarnie ludzki ród..." = "... Ganze Welte...".
10 września 1949 roku w dziale wentylatorów CBACh i Uch też wybuchła bomba, ale nie atomowa. Walnie się przyczyniłem do rewolucji "młodych gniewnych". Kierownik pracowni Erdman, i jego dwaj "zausznicy", starsi konstruktorzy, Boroń i Gruszczyński, koledzy jeszcze z czasów przedwojennych, z dawnego "Zieleniewskiego"
trzymali w ścisłej tajemnicy metodę obliczeń wentylatorów, nam pozostawiając jedynie samą pracę konstrukcyjną i rysunkową. Strugali ważniaków, nie mając faktycznie nic do roboty w pracowni. W godzinach służbowych zajmowali się tylko jakimiś prywatnymi sprawami i lewymi dochodami. Byli wyraźnie pracą dla biura niedociążeni w odróżnieniu od nas. Przestało się to nam podobać.
Założyliśmy spółdzielnię samokształceniową. Ponieważ nie było polskich książek fachowych z tej dziedziny, postanowiliśmy je przetłumaczyć, rysunki przerysować i wydać to na użytek wewnętrzny. Jako prezent ślubny, od teścia z Londynu otrzymałem dwie najnowsze książki techniczne z dziedziny wentylatorów, napisane w języku angielskim. Podstawową książkę z teorii wentylatorów, jako pierwszą przetłumaczyłem z języka rosyjskiego (książka zresztą była tłumaczeniem z języka angielskiego). Nie była to nowość, lecz dla nas początkujących zupełnie wystarczała. Koledzy nie próżnowali i przetłumaczyli książki z języków niemieckiego i angielskiego. Do spółdzielni dołączyli się również kreślarze.
W krótkim czasie zebraliśmy pokaźną bibliotekę fachową z tej dziedziny. Maszynistki, za nasze pieniądze przepisywały nasze tłumaczenia, jako tzw. fuchę, w dwunastu egzemplarzach. Każdy z nas, łącznie z kreślarzami mógł się teraz swobodnie dokształcić.
Formalny rozwód swojego osłonowo - fikcyjnego małżeństwa uzyskałem bardzo łatwo. Ostatnia przeszkoda została usunięta. Przed ślubem z Jasią Kijanką wstrzymywała nas żałoba po rodzicach.
Kraków
Dokument 294; Formalny rozwód z osłonowo - fikcyjnego małżeństwa;
Prawie jednocześnie z likwidacją pozostałości wojennych, na Wydziale Komunikacji zlikwidowany został Oddział Lotniczy. Podobne kierunki były jeszcze w Warszawie i Gdańsku. Przeprowadzka do innego miasta nie wchodziła w rachubę. W zasadzie pojawiła się okazja do rezygnacji ze studiów. Zbyt ciężko było pracować, uczyć się, zakładać rodzinę i uprawiać sport. Przypomniałem sobie o możliwości uzyskania dyplomu inżyniera na podstawie świadectwa maturalnego Liceum Mechanicznego w Wilnie. Wtedy powstrzymał mnie przed tym niechciany awans, teraz nic mi nie grozi, bo nie byłem członkiem partii, ani jej satelitów. Okazało się, iż nadal było to możliwe, ale tylko dla egzekutywy partyjnej. Mrzonki o lekkim życiu i dalsze studia załatwiła mi "władza najwyższa" w apodyktyczny sposób. Jasia po prostu wzięła mnie za rękę, zaprowadziła do dziekanatu i dopilnowała abym się zapisał na drugi rok studiów. Tak więc 1 października 1949 roku znalazłem się znowu w kołowrotku, jeszcze większym, gdyż doszła spółdzielnia samokształceniowa i częstsze spotkania z Jasią.
W Białymstoku, ciocia Helena Rewkowska (Niedzińska) w wieku 55 lat, po 32 latach pracy nauczycielskiej, przeszła na emeryturę. Rozpoczynała w 1916 roku.
Białystok
Dokument 295 (zagubiony); Wniosek cioci Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) do Komisji Dewizowej w Warszawie o przekazanie pieniędzy za granicę;
Listopad 1949 roku - kremlowski zamach stanu w PRL. W pełni uwypukliła się zależność państwa do ZSRR. Od władzy odsunięci zostali:
·    Władysław Gomułka - od władzy partyjnej;
·    Michał Rola Żymierski - z Rady Państwa;
·    Marian Spychalski - z ministerstwa budownictwa;
Cała ta trójka kolaborantów stalinowskich znalazła się w więzieniu. LWP objął we władanie przysłany przez Stalina z Moskwy marszałek radziecki Konstanty Rokossowski - ten z podniesioną do góry brwią, jakby w zdziwieniu, iż jest Polakiem i marszałkiem Polski Ludowej. Polskie regulaminy wojskowe zastąpiono dosłownymi tłumaczeniami regulaminów radzieckich. Nowy marszałek czapki rogatywki zastąpił czapkami okrągłymi, jakby groził, że rogatą duszę polską weźmie w karby radzieckie.
17 grudnia 1949 roku skorzystaliśmy z okazji na uzyskanie w perspektywie roku samodzielnego mieszkania. Dotychczasowa właścicielka tego mieszkania wychodziła za mąż za dziennikarza, który wkrótce miał otrzymać mieszkanie. Musimy przez ten rok razem pomieszkać w mieszkaniu jednopokojowym z dużą kuchnią, przedpokojem i ustępem. Brakowało tylko łazienki. Było to jednak
Kraków
polepszenie warunków mieszkaniowych. Za odstępstwo mieszkania wpłaciliśmy pierwszą ratę. Druga rata miała być zapłacona po wyprowadzeniu się dotychczasowej gospodyni. Pani ta, była dobrą znajomą naszej dotychczasowej gospodyni z ulicy Królowej Jadwigi. Do nowego mieszkania, przy ulicy Kazimierza Wielkiego, przeprowadziliśmy się i uzyskaliśmy zameldowanie we trójkę, to znaczy mama, Heniek i ja. Było to nasze pierwsze, legalne zameldowanie i mieszkanie w Krakowie.
Stowarzyszenie Myśli Wolnej w Polsce zostało rozwiązane przez władze PRL. Gdyby nie ingerencja władz i tak bym się z tego stowarzyszenia wypisał. Od wewnątrz, bez czytania górnolotnego statutu, wyglądało ono na jakąś nową sektę religijną, bez religii, przeciw wszystkim religiom, bez wnoszenia czegoś konkretnego, konstruktywnego. Samą negacją nie można żyć. Właściwie to można
postawić znak równości pomiędzy wszystkimi religiami, sektami, kościołami, partiami politycznymi, klikami i gangami. Wszystkie te organizacje gromadzą fanatyków, nie tolerujących wszystkich inaczej myślących i bezwzględnie ich zwalczających wszelkimi dostępnymi środkami. Wszystkie one kierują się jedną zasadą iż cel uświęca środki. Niektóre z nich doszły do potęgi. Prowadzą swoją gangsterską działalność na ogromną skalę przybierając różne barwy:
·        Biała - inkwizytorzy kościoła katolickiego;
·        Czarna - Mussolini;
·        Brązowa - Hitler
·        Czerwona - Stalin
oraz cały szereg pomniejszych "wodzów", nawiedzonych przez duch święty, szamanów i szarlatanów. Nie dajmy się im zwariować. W tych warunkach musi działać instynkt samozachowawczy "uśmiech Chińczyka" na ustach - spokój Buddy i mimikra. Nadal odżywają apetyty na średniowieczną inkwizycję.