1 grudnia 1946 roku zameldowałem się na KDO Samochodowym w Koszalinie. Otrzymałem zakwaterowanie w gmachu po byłym Urzędzie Miejskim w którym nie działało centralne ogrzewanie. Wykłady i ćwiczenia odbywały się nie opalanym gmachu na terenie koszar. Mieliśmy naukę jazdy na samochodach ciężarowych. W szoferce siedział jeden kursant i instruktor jazdy,
Koszalin
a pozostali koledzy "zmianowi", stali na skrzyni samochodowej, która dodatkowo nie posiadała osłony brezentowej. Nie dość, że było zimno to jeszcze strasznie dmuchało. Zresztą przeraźliwie zimno było przez całą dobę. Główny mój wysiłek był skierowany na przetrwanie w walce z zimnem. Spaliśmy w pidżamach, ale na nogi nakładaliśmy wełniane skarpety. Na łóżku za przykrycie mieliśmy dwa koce, ale przełożone gazetami, najchętniej "Prawdą" radziecką. Na nogi na dzień nakładaliśmy dodatkowo onuce z gazetami. Po obiedzie, w bufecie piliśmy gorące piwo z żółtkiem. Dodatkowo pochłanialiśmy kanapki smarowane topioną słoniną z cebulką, jako dodatek tłuszczowo-mrozowy. Nie zwracaliśmy wtedy jeszcze uwagi na cholesterol. Przez całą zimę nikt się nie przeziębił, ani nawet nie kichnął.
W okresie wyborów od 5 grudnia 1946 do 19 stycznia 1947 roku działały w terenie Grupy Ochronno - Propagandowe Wyborów. Nas zatrudniono do patrolowania ulic wraz z MO i UB. Obowiązywał stan pogotowia. I tu kolejna niespodzianka. Jednym z oficerów UB był Jurek Kopczyński, kumpel z lat dziecinnych. Opowiedział mi o swoich dramatycznych przejściach. Chciał już nawet uciekać za granicę, ale nie potrafił. Był w rozpaczy. A może prowokował ? Poradziłem mu "uśmiech Chińczyka". Nie podtrzymałem z nim dalszych kontaktów. Licho nie śpi. Krwawy młyn NKWD - UB niejednego zmienił. Analogicznie jak przed referendum, ta sama sytuacja. LWP pilnuje spokoju w czasie głosowania i przed, ale po wyborach urny z głosami weźmie w swoje ręce wszechwładny UBP. Już przed wyborami znają oni wyniki, zgodnie z życzeniem Stalina.
24 grudnia 1946 roku, Wigilia - zgodnie z ceremoniałem, był ksiądz, opłatek, kolędy. Oficer polityczny też śpiewał. A potem, grupa kolegów zamiast iść spać upiła się. Jeden z nich, będąc już w szoku alkoholowym, wyszedł z sali sypialnej na korytarz, ze stojaków wziął naładowaną pepeszkę i zaczął strzelać wzdłuż korytarza. Z sal wybiegli koledzy obudzeni hałasem. Ja się nie obudziłem. Rano dowiedziałem się o śmierci jednego z kolegów. Sprawę zatuszowano - wypadek przy czyszczeni broni. Zabójca pozostał na kursie.
23 stycznia 1947 roku, podczas nauki jazdy, cała nasza kolumna sześciu samochodów ciężarowych została skierowana do lasu. Bez wiedzy służby leśnej załadowano przygotowane, pocięte drewno i porozwożono je po mieszkaniach kadry KDO. "Uśmiech Chińczyka".
10 lutego 1947 roku, podczas nauki jazdy, przy powrocie do koszar, wstąpiliśmy do restauracji żeby się rozgrzać gorącą herbatą. Instruktor jazdy, ppor. N.N. wraz z jednym z kursantów pozwolili sobie na małe "co nieco". Potem wsiedli do Dodge 3/4 z budą brezentową. Prowadził wóz właśnie ten kursant, mając u boku swojego instruktora. Pod budę wlazło chyba z 12-tu kursantów. Jechali jako pierwsi. Ja prowadziłem ZIS-a 5 zaraz za nimi. Za nami była reszta samochodów. Raptem, na moich oczach, na prostym odcinku zupełnie pustej drogi, Dodge gwałtownie skręcił w lewo i z całym impetem, swoją prawą przednią stroną uderzył w drzewo. Kursant, siedzący zaraz przy budce kierowcy, po prawej stronie zginął na miejscu. Pozostałych jedenastu poleciało do przodu łamiąc ręce i nogi. Instruktor jazdy miał głęboką dziurę na prawym policzku, krwawił i rzucał się w pijackim szoku powypadkowym. Niektórzy z kursantów byli nieprzytomni. Nogę jednego z kursantów, obutą w wysoki but oficerski zaniosłem osobno i położyłem na skrzyni jednego z samochodów. Była urwana w kolanie. Rannych umieściliśmy na skrzyniach samochodów. Instruktora na siłę posadziliśmy w kabinie kierowcy. Trzymałem go z całych sił, przez boczne okienko stojąc na stopniach szoferki na zewnątrz. Na syrenach i z maksymalną szybkością zawieźliśmy ich do szpitala miejskiego. Mój płaszcz prałem trzykrotnie zanim pozbyłem się śladów krwi. Wkrótce odbył się pogrzeb kolegi. Kilku innych kolegów nie powróciło ze szpitala do zakończenia kursu. Instruktor powrócił ze szpitala po miesiącu i dalej prowadził kurs jak gdyby nic się nie stało. Miał tylko głęboką ranę na prawym policzku, wybitą i zgruchotaną kość policzkową. Sprawę zatuszowano.
Była to przysłowiowa "kropka nad i". Postanowiłem niezwłocznie zwolnić się z tej zwariowanej instytucji. Co za towarzystwo ? Już mi "uśmiech Chińczyka" nie wystarczał.
W styczniu 1946 roku w Krakowie matce, Józefie Zdanowicz (Niedzińskiej) i Heńkowi Zdanowiczowi udało się uzyskać stałe zameldowanie u Piątkowskiego, kolegi Heńka, z czasów studenckich we Lwowie. Mieszkali co prawda nadal w pokoju sublokatorskim na ulicy Królowej Jadwigi 29 m 10 ale mieli stałe zameldowanie przy ulicy Kościuszki.
Kraków
Dokument 271; Świadectwo ukończenia Gimnazjum Ogólnokształcącego przez Janinę Kijankę (Zdanowicz) (tzw. mała matura); Kraków 14 luty 1947 roku ;
Janina Kijanka (Zdanowicz) zdała małą maturę mając w tym czasie cały dom na głowie. Matka, Paulina Kijanka z Goryckich była ciężko chora. Miała częściowy paraliż i przebywała w szpitalu. Janina musiała donosić jej jedzenie do szpitala i ją karmić. Józefa Kijanka (Badowska) złamała nogę co ją unieruchomiło do maja. Przy transportowaniu siostry po mieszkaniu pomagała sobie sadzając ją na kocu. Do tego jeszcze musiała zarabiać jako pomocnica w zakładzie fotograficznym.
Tymczasem ja, postanowiłem iż nie zdam egzaminu końcowego na KDO Samochodowym, aby łatwiej się zdemobilizować. Ponieważ z przedmiotów fachowych, technicznych, jako maturzysta i to w dodatku Wydziału Mechanicznego Liceum przy PST nie mogłam zawalić tej części egzaminów, wybrałem do ego celu naukę jazdy. Zacząłem zachowywać się podczas nauki jazdy bardzo nerwowo, popełniałem zasadnicze błędy. Zresztą łatwo mi to przychodziło, wystarczyło tylko popatrzeć na ranę policzkową instruktora i już we mnie wszystko się trzęsło ze złości. Im bardziej zaczął się mną zajmować, tym dawało to gorsze rezultaty. Nie mogłem spokojnie patrzeć na twarz instruktora mordercy.
Dokument 272; Potwierdzenie stałego zameldowania Józefy Zdanowicz (Niedzińskiej) i jej syna Henryka Zdanowicza z ulicy Kościuszki 19 na Boczna Grottgera 6 w związku ze zmianą adresu kolegi Heńka u którego byli dotychczas zameldowani.
Z KDO wysłano mnie na kolejne dwie delegacje. Jedną do Słupska. Przy okazji odwiedziłem rodzinę Stanisława Neufelda, mojego brata ciotecznego. Dla jego dzieci kupiłem książkę Andersena "Baśnie". Stanisław pracował jako stolarz.
Słupsk
Drugą delegację dostałem do Szczecina, w celu załatwienia ekshumacji zwłok kolegi o co upominała się jego rodzina. Przy okazji odwiedziłem rodzinę Marysi Zdanowicz z Philippów. Na dworcu kolejowym w Szczecinie spotkałem kolegę szkolnego Andrzeja Kondratowicza z 7 Drużyny Harcerskiej. Od przejść wojennych miał już siwe włosy. W Koszalinie uczestniczyłem przy odkopaniu trumny z kolegą i włożeniu jej do drugiej trumny. Potem kondukt żałobny przeszedł z cmentarza na dworzec kolejowy. Podwójna trumna z kolegą została przełożona do krytego wagonu towarowego. Po zaplombowaniu wagonu, dokumenty przekazałem wraz z kondolencjami rodzinie kolegi. Został pochowany na cmentarzu w Lublinie. Uroczystość ta wzmogła jeszcze moją nienawiść do instruktora - mordercy i na egzaminie z jazdy bez trudu udowodniłem, że mnie on nie potrafił nauczyć niczego.
Zdjęcia pamiątkowe z KDO w Koszalinie (luty 1947):
W latach 1947 - 1951 Józek Krzywiec był kierownikiem Fabryki Zapałek "Bystrzyca", potem dyrektorem technicznym Fabryki Zapałek w Gdańsku.
Gdańsk
Kostek Ostrowski, również przeprowadził się do Gdańska. Został asystentem ruchu w porcie i pracował tam od 1947 do 1950 roku.
Wacek Skarżyński trafił również do Gdańska. W latach 1947 - 1962 pracował jako technolog. Później był kierownikiem biura fabrykacji, głównym mechanikiem i kierownikiem kontroli technicznej w Zjednoczeniu Przemysłu Sprzętu Okrętowego.
W Krakowie Heniek Zdanowicz zatrudnił się dodatkowo na część etatu jako asystent w katedrze budowy mostów Akademii Górniczo-Hutniczej. Zaczął zdawać zaległe egzaminy z Politechniki Lwowskiej. Zaczął też "chodzić" z koleżanką z biura, kreślarką Danutą Proskurnicką. Często "chodził" we trójkę, bo z siostrą Danusi, Hanką, studentką chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Kraków
22 lipca 1946 roku w PRL ogłoszono amnestię polityczną. Rano 28 lipca 1946 roku zginął w zasadzce przygotowanej przez sotnię "Hrynia" generał broni Karol Świerczewski "Walter". UPA przygotowała tą zasadzkę pomiędzy Baligrodem i Cisną. W środowisku wojskowych powstały wątpliwości. Dlaczego:
Sotnia "Hrynia" odeszła nie kończąc konsekwentnie likwidacji zaatakowanej grupy, podobno mniemali że to był WOP,
Nikt z wyższych oficerów towarzyszących generałowi nie został nawet ranny,
Dlaczego pierwszy samochód z grupą ochronną miał składającą się z 16 żołnierzy miał awarię właśnie tuż za Baligrodem?,
Dlaczego dalej na przedzie pojechał samochód z generałem a nie drugi samochód z ochroną ?
Dlaczego zginął tylko generał i najbliżsi z jego eskorty, jakby tylko na nich polowano?. Zadanie zostało wykonane należy odejść.
Kto chciał się pozbyć generała, komu przeszkadzał ? A może zginął dlatego, że we wrześniu 1943 roku w Moskwie podpisał listę proskrypcyjną z nazwiskami Żydów - syjonistów, których chciano odsunąć od władzy i wysłać na deportację
Z Moskwy powrócił "deportowany" generał Zygmunt Berling. Dostał zadanie zorganizowania Akademii Sztabu Generalnego. Został jej komendantem do 1952 roku. Nieudacznik wojskowy uczył innych. Paranoja komunistyczna. Dodatkowo, tagosyjoniści, Hilary Minc, Jakub Berman, Roman Zambrowski i inni zaczęli potajemnie posądzać generała, że planuje zamach stanu. Jawnie natomiast głosili, że zamach stanu szykuje reakcja. Walkę o władzę tagosyjoniści prowadzili bardzo agresywnie, jawnie i skrycie. Osłaniali się "tow. Wiesławem". Organizowali liczne prowokacje, masowo stosowali metody "specjalnych przesłuchań", czyli tortury. Żydowscy okupanci wytworzyli w kraju diabelsko urojoną atmosferę. Było to na początku istnienia PRL i powtórzyło się później w październiku 1956 roku.
Moskwa
G.O. "Wisła" została zorganizowana do walki z UPA 17 kwietnia 1946 roku. Dowódcą jej został generał dywizji S. Mossor. W skład dywizji weszły pułki z różnych innych dywizji. Między innymi z mojej macierzystej jednostki 13 pp 5 DP OW Poznań wydelegowano jeden batalion, oprócz tych żołnierzy, co cały czas walczyli w Bieszczadach przydzieleni do 8 i 9 DP. "Zarabiali" na mój okres działalności kombatanckiej w obronie władzy ludowej. Z batalionów poszczególnych pułków 5 DP powstał 5 pp. Dowódcą tego pułku został płk W. Wróblewski (d-ca 17 pp). Sztab 5 pp został obsadzony przez oficerów 17 pp.
Pierwsza faza - działań trwała od 19 kwietnia do 15 maja 1947 roku. 19 kwietnia 1947 roku, o 1330, 5 pp wyruszył koleją z Poznania i przez Bytom, Katowice, Kraków i Rzeszów dotarł w nocy z 21 na 22 kwietnia do Przemyśla w obszar działania "R" - Rzeszów i rano obsadził lewy brzeg Sanu. Został przydzielony do 9 DP, którego dowódcą był płk Ignacy Wieliczka. Organizował zasadzki, patrole - rozpoznanie.
Druga faza - od 15 maja do 14 czerwca 1947 roku. 15 maja 1947 roku 5 pp wyruszył marszem pieszym do wsi Chorymic (8 km) w powiecie lubaczowskim. 16 maja 1947 roku od świtu 5 pp rozpoczął wykonywać wyznaczone zadanie zlikwidowania sotni "Czoty" i "Szuma" w okolicy wsi Hrebenne, Werchrata i Żurawie.