Rozdział 108: Próba demobilizacji
Kolejna lub poprzednia strona
1 września 1945; nowy rok szkolny. W Krakowie Jasia Kijanka (Zdanowicz), 18 lat, poszła do 2 klasy Gimnazjum Ogólnokształcącego im. Józefy Joteyko, a jej siostra Józefa Kijanka (Badowska), 22 lata do 1 klasiy Liceum Administracyjnego. Obie uczęszczają do klas dla dorosłych - 2 klasy w ciągu roku szkolnego. Ich ojciec, Jan Kijanka nawiązał korespondencję z rodziną, przysyłał paczki żywnościowe i ubraniowe. Nadal pracował w kuchni szpitala polskiego w Londynie. Matka Paulina, 53 lata nadal pomagała swojej siostrze Helenie Nalepińskiej w prowadzeniu sklepu spożywczego przy ulicy Kościuszki. Mąż Heleny Nalepińskiej Leon powrócił z niewoli niemieckiej.
Kraków
Heniek Zdanowicz złożył dokumenty i oczekiwał zaangażowania w zawodzie technika budowy mostów w biurze konstrukcyjnym DOKP w Krakowie.
10 września 1945 roku ogłoszono demobilizację w LWP. Między innymi do cywila mogli zgłosić się studenci, którzy ukończyli co najmniej jeden rok studiów. Trochę na wariata, niemniej jednak z minimalną nadzieją, a może się jednak uda wziąłem kilka dni urlopu aby pojechać do Łodzi i spróbować uzyskać odpowiednie zaświadczenie z Politechniki Łódzkiej. Zamieszkałem u siostry Ireny w Piotrkowie Trybunalskim i stamtąd, z Heńkiem pojechaliśmy do Łodzi. Cały czas byłem w mundurze, więc w dziekanacie wydziału mechanicznego Politechniki Łódzkiej nie miałem żadnych trudności w dotarciu do właściwych osób. Wszyscy byli bardzo sympatyczni, grzeczni, usłużni ale nieużyteczni. Prosiłem o zaświadczenie przyjęcia mnie na drugi rok studiów, zobowiązując się, że w ciągu roku zaliczę wszystkie przedmioty z pierwszego roku. Powoływałem się na wysoki poziom naszego Liceum Mechanicznego w Wilnie, na to iż jeszcze przed wojną myślano o przekształceniu naszej szkoły na szkołę inżynierską, a więc trzy lata programu Politechniki. A ja proszę tylko o jeden rok. Bardzo sympatyczna sekretarka z bardzo miłym uśmiechem zaproponowała mi więcej. Mogę złożyć dokumenty bo w najbliższym czasie ma wyjść zarządzenie o przyznawaniu tytułu inżyniera absolwentom przedwojennych Liceów Przemysłowych, a szczególnie naszej szkoły, bez egzaminów, automatycznie. Na razie nie znają szczegółów tego zarządzenia. Dziekan to potwierdził. Dla mnie takie rozwiązanie całkowicie nie pasowało do warunków demobilizacji. Nie zwolniliby mnie z wojska. Szczegóły zarządzenia, które rzeczywiście wkrótce wyszło, były jednak trochę inne. Taką możliwość otrzymali tylko aktywiści partyjni po kursie dwutygodniowym przy Politechnikach. Później spotkałem takich "inżynierów" w pracy zawodowej, techników wojennych, a nawet "inżynierów" bez dyplomów technika w ogóle. Byli to pyskacze partyjni o "wysokich kwalifikacjach", awansowani, nagradzani i odznaczani - nomenklatura partyjno - zawodowa. Z tej możliwości skorzystał chyba Józek Krzywiec
Łódź
Henryk Zdanowicz, po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi z DOKP Kraków, 16 września 1945 roku pojechał do Krakowa. Znalazł pokój sublokatorski z używalnością kuchni u swojej dawnej znajomej ze Lwowa, przy ulicy Królowej Jadwigi 29 m 1.
Kraków
Musiałem powrócić do LWP, ale już nie do Maczkowa. Objąłem placówkę położoną bardziej na południu w górze Odry. Była to placówka bardziej cywilizowana, już nie w ziemiance a w piętrowym domku stojącym przy zerwanym w połowie moście przez Odrę. Domek był wyremontowany. Na parterze znajdował się pokój dla żołnierzy i kuchnia. Na piętrze trochę mniejszy pokój dla mnie.
Cybinka
Wacek Skarżyński, razem z bratem, przez PUR został przesiedlony do Gdańska. Ujawnił swoją działalność konspiracyjną w ZWZ-AK, podał moje nazwisko, wśród nazwisk innych kolegów. Na szczęście nie znał mojego adresu, więc mnie nie znaleźli, a sam miał duże problemy z UB. Zrezygnował ze wstąpienia do ZBOWiD'u. Był trochę naiwny. Ja się nie ujawniłem i nie miałem takich kłopotów. Do 1947 roku Wacek pracował na różnych stanowiskach technicznych w budownictwie na terenie Gdańska.
Gdańsk
Józek Krzywiec nadal przebywał w Magdalence w obozie specjalnym nr 240 NKWD w ZSRR. Został wyznaczony, wśród grupy 54 bardziej krzepkich osób do pracy na roli. Przewieziono ich na stację kolejową Dybelcowo samochodami. Dalej pojechali pociągiem a następnie pieszo do sowchozu. Sowchoz, około 1600 ha kartofli, słoneczników, kukurydzy itp. W sąsiednim budynku mieszkali Rosjanie, również niewolnicy, około 400 osób, z których do pracy wychodziła połowa. Resztę stanowili tzw. funkcyjni a raczej dekownicy. Prace trwały od świtu do nocy na normę. Posiłki dostawali trzy razy dziennie, po 0,5 l zupy kartoflanej plus 300 g chleba. Cały sowchoz obstawiony był strażą. Na trzeci dzień jeden z jego kolegów uciekł, ale podczas ucieczki został zastrzelony. Spali w ziemiankach, w których Niemcy podczas wojny trzymali konie. Stary nawóz pokryty był warstwą 30 cm słomy. Rano budzili się w mokrych przesiąkniętych smrodem ubraniach, które wkrótce zaczęły butwieć. Kartofle wykopywali łopatami. Nie wykonanie zadanej normy za pierwszym razem powodowało iż winny był pozostawiany na polu na noc. Za drugim razem karą był karcer, czyli jama w ziemi o głębokości 4 m i średnicy 2 m, z pluskwami, wszami i pchłami. Józek Krzywiec został kierownikiem grupy. Zorientował się, że rosyjscy więźniowie wykonują prace powyżej normy, gdyż pracują niechlujnie. Narzucana norma dotyczyła powierzchni zbioru a nie ilości zebranych plonów, która łatwo można było osiągnąć pozostawiając w ziemi część kartofli. Nadzór też był z tego zadowolony, gdyż otrzymywał premie za wykonanie normy. Paranoja i socjalistyczne marnotrawstwo. Do tego dochodziły straty przy układaniu kopców, w transporcie, no i mrozy. Wszystko to powodowało, iż ok. 75% zbiorów ulegało zniszczeniu. Zresztą na polach widać było sterty skoszonej pszenicy o wysokości ok. 2 m, nie wymłóconej, pochodzącej jeszcze z ubiegłorocznych zbiorów, o kłosach pełnych ziaren z pod których, przy poruszeniu nogą uciekały w pole stada myszy.
Janek Andrzejewski, za pośrednictwem księdza znalazł kontakt z grupą byłej AK. Razem z tą grupą, z bronią w ręku i dużym bagażem wojskowym (sprzęt i amunicja) przeszedł przez granicę PRL (być może był to oddział "Lalusia"). Broń ukryto w lasach a grupa się rozwiązała. Janek Andrzejewski przedostał się do Warszawy. Przez pewien czas przebywał w koszarach jednostki LWP, potem udał się na Ziemie Zachodnie. W jednym z punktów PUR'u spotkał znajomą z Wilna, która na jego przedwojennej legitymacji wileńskiej przyłożyła pieczątkę PUR'u. Jako repatriant mógł teraz znaleźć pracę.
Wilno
Konrad Przyrowski dostał stypendium wojskowe z 2 Korpusu Polskiego i wstąpił, razem z innymi kolegami, na Politechnikę w Turynie - Włochy.
Nasz wychowawca klasowy mgr chemii Jan Kiewlicz został wykładowcą chemii w Gdańskich Technicznych Zakładach Naukowych, gdzie pracował do emerytury w 1947 roku.
Gdańsk
1 października 1945 roku mama Józefa Zdanowicz, z trzech możliwości wybrała pobyt stały w Krakowie u Heńka
Kraków
Na moją placówkę nad Odrą 20 października 1945 roku zgłosił się radziecki topograf. Przyjechał na rowerze. Nanosił zmiany terenowe na mapach. Miał ze sobą mapy, tusz i spirytus niezbędny do rozpuszczania tuszu. Zobaczył w kuchni świeżo ugotowane ryby, którymi urozmaicaliśmy swoje fasowane jedzenie. Musiałem go zaprosić na obiad do swojego pokoju. Tam na stole stały szachy. Zaczęliśmy grać. Żołnierze przynieśli obiad, a że ryby lubią pływać, jak powiedział radziecki oficer, wyjął z torby butelkę. Myślałem, że to wódka. Postawiłem na stole dwie filiżanki, a na żądanie topografa następne dwie i karafkę z wodą. Do dwóch filiżanek, ok. 100g, nalał z butelki a do dwóch pozostałych z karafki. Topograf wzniósł toast “na zdrowie sojusznik !”, po kawalersku, całą filiżankę na raz. Po wypiciu on chwycił się za drugą filiżankę z wodą a ja za swoje gardło, zupełnie sparaliżowane. Brak tchu, w oczach łzy. A topograf spokojnie pochylił się nad szachownicą, zaczął ustawiać figury. Z trudem udało mi się przełknąć ślinę, zacząłem oddychać i myśleć. Natychmiast zrozumiałem, że to był spirytus a nie wódka i jak należy go pić.
Po pewnym czasie, przy drugim toaście już nie miałem kłopotów, tylko zacząłem odczuwać lekki zawrót głowy. Wkrótce film mi się urwał. Nie pamiętam ile tych “na zdrowie” było i ile rozegraliśmy partii szachów, ani też kto był ich zwycięzcą. Migają mi do dzisiaj w pamięci tylko pojedyncze kadry:
topograf wsiadł na rower i odjechał zygzakiem, było już zupełnie ciemno, żołnierze spali.

szedłem po zerwanym moście żeby sprawdzić posterunek na jego końcu, a dziwnym trafem trafiłem z powrotem do domu.

obudziłem się z zimna na ławce przed domem i wszedłem do domu aby się ogrzać

obudziłem się po raz drugi. Było gorąco, szczególnie na pośladkach. Zszedłem więc z kuchenki i poszedłem na górę do swojego pokoju

obudziłem się po raz trzeci. Było już zupełnie jasno, południe. Byłem w pidżamie w swoim łóżku. Mundur leżał zwinięty w kostkę zgodnie z regulaminem, a pod łóżkiem leżały zabłocone buty, ale na baczność. Co znaczy rutyna i dyscyplina.
Głowa mnie już nie bolała, z apetytem zjadłem śniadanio - obiad i powróciłem do normalnej służby. Razem z topografem zjedliśmy wszystkie ryby, więc kolacja musiała trwać dosyć długo. W dodatku nie udławiłem się ością. Do dzisiaj pozostała mi tylko pamięć o dławieniu się po pierwszym łyku spirytusu - nigdy więcej. Czuwaj !!!
Staszek Gołofit musiał wziąć urlop dziekański po pierwszym roku Uniwersytetu Lubelskiego by pomóc rodzinie przesiedlonej z Wilna przez PUR do Poznanie.
Poznań
U Józka Krzywca w Magdalence (ZSRR) podczas prac rolnych spadł śnieg. Udręka przy pracy wzmagała się.
Kostek Ostrowski został zdemobilizowany z KBW. Pojechał do swojej żony i dziecka, którzy przyjechali z Wilna i osiedlili się w Borowicach (Bierutowicach) koło Karpacza. Przebywał tam do 1947 roku. Przypuszczalnie, podobnie jak inni zdemobilizowani żołnierze KBW pracował w miejscowym komitecie UB. Sam nic na temat tego okresu milczy (w monografii PST o tym okresie też nie wspomina).
W Kałudze (ZSRR) 4 batalion 361 pp, przekształcony w karne brygady pracy przymusowej, składający się z byłych żołnierzy OW-AK został rozformowany z powodu licznych dezercji. Wśród szeregowców pułku, w 6 Brygadzie Partyzanckiej OW-AK “Konara” był agent ZPP Henryk Chmielewski. Usiłował on prowadzić agitację polityczną, bezskutecznie. Był on podobnie jak Stefan Stec, aktywnym członkiem wileńskiego ZPP, skierowanym na początku 1944 roku na “odcinek specjalny” - w celach wywiadowczych, do AK. Razem z 6 Brygadą Partyzancką OW-AK brał udział w walkach na Wilenszczyźnie. Razem z nią został internowany w Miednikach, a następnie przewieziony do Kaługi. Razem z innymi AK’owcami odmówił złożenia przysięgi i pracował lasach podmoskiewskich. Po powrocie do PRL zostanie wicedyrektorem departamentu w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Czuwaj !!! Takich jest wśród nas więcej. Ludzi na dwóch etatach, jeden w pracy zawodowej, drugi w UB. Uwaga ! UB-ek podsłuchuje !!!