17 maja 1945 roku, zgodnie z rozkazem nr 264/Op 2 Armia LWP miała obsadzić wschodni brzeg Odry od jej ujścia aż po Wrocław. Sztab armii od 9 do 15 maja ulokowany był w Neustadt koło Drezna a następnie 21 maja 1945 roku na wschodnim skraju Bolesławca by 22 maja 1945 roku przenieść się do Poznania. 9 DP została wydzielona z armii do dyspozycji Naczelnego Dowództwa LWP i skierowana do Rzeszowa, do walk przeciwko UPA. Została z Opolu załadowana na pociągi, razem z 40 pal (Leon Światłowicz). Do Rzeszowa dotarła 10 czerwca 1945 roku. Pozostałe jednostki 2 Armii LWP zostały wydzielone z 1 Frontu Ukraińskiego, pod bezpośrednie dowództwo Naczelnego Sztabu LWP. 1 Armia LWP pełniła służbę okupacyjną na terenach Niemiec, w radzieckiej strefie okupacyjnej.
Rzeszów
W Szkole Oficerów Piechoty nr 2 w Lublinie rozwiązano kompanie kursowe. Młodych oficerów podzielono na grupy ok. 40-to osobowe i do każdej grupy przydzielono opiekuna - przewodnika z kadry szkolnej. Trafiłem do grupy porucznika o wyglądzie żydowskim. Przede wszystkim trzeba było zachować spokój. Tylko "uśmiech Chińczyka" może nas uratować. Wieczorem wsiedliśmy do pociągu osobowego i w drogę, całą noc jechaliśmy do Warszawy. Tam uzyskaliśmy dzień wolny. Wieczorem mieliśmy spotkać się na dworcu. Porucznik poszedł załatwiać jakieś sprawy. Odwiedziłem szwagra, ppor. "sapera", Zbigniewa Brokowskiego, mieszkającego na Pradze w kawalerce z ordynansem. Było wcześnie rano, około 6-tej, więc zastałem go w domu. Potem przeprawiłem się łódką na drugi brzeg Wisły i odbyłem samotny spacer po ruinach miasta. Był to potworny widok. Coś dusiło mnie w gardle. W oczach miałem łzy. Główne ulice zaznaczone były szerszą drogą wśród ruin, boczne były tylko wąskimi ścieżkami. Wieczorem dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy przydzieleni do 2 Armii LWP i jedziemy teraz do sztabu dowództwa LWP w Berlinie po ostateczne zatwierdzenie przydziału. W tym czasie sztab 2 Armii LWP był w Bolesławcu o czym nam nie powiedział nasz opiekun. Może zresztą sam o tym nie wiedział. A może i Warszawa o tym nie wiedziała. Dziwna historia. Znów spędziliśmy całą noc w pociągu osobowym. Mogliśmy wysiąść z pociągu w Poznaniu i poczekać tam na sztab 2 Armii LWP, który zgodnie z rozkazem nr 264/Op miał być na miejscu 22 maja 1945 roku. Pojechaliśmy dalej. W Gorzowie Wlkp., też mogłem wysiąść i przeczekać te trzy dni u rodziny stryja Józefa Zdanowicza. Kontynuowaliśmy jednak dziwną wycieczkę turystyczno - wojskową. Mieliśmy za to możliwość obejrzenia pola bitwy na terenach niemieckich. Ale o tym w tym momencie jeszcze nie wiedzieliśmy, spaliśmy spokojnie pewni, że nasz opiekun wie co robi.

Lublin
Warszawa
Gorzów Wlkp.
Do Berlina przyjechaliśmy rano 19 maja 1945 roku. Miasto jeszcze w niektórych miejscach się paliło. W powietrzu czuć było swąd spalenizny. Mieszkańcy byli nadzwyczaj nadskakująco grzeczni, aż obrzydliwi w tym swoim płaszczeniu się przed obcym mundurem. Jeden z tych wczorajszych "nadludzi" zapytany o drogę do radzieckiej komendy miasta nie tylko dokładnie objaśnił, ale sam na ochotnika szedł obok naszego opiekuna na czele oddziału oficerskiego. Szliśmy kolumną wojskową czwórkami. Porucznik wszedł do komendy a my staliśmy na chodniku małymi grupkami czekając na niego. Do mojej grupki podszedł następny "nadczłowiek". W ugrzecznionej formie, zapewniając, że Hitler kaput a on nie jest nazistą zapraszał nas czterech na herbatę do mieszkania gdzie są sami przyjaciele. Nie ma wśród nich SS-manów, hitlerowców, morderców - der Schluss. Mało nie dostał kopniaka od jednego z nas, bardziej krewkiego. Ledwo go powstrzymaliśmy. Oczywiście nie skorzystaliśmy z zaproszenia, choć bardzo chciało się nam pić. Na nocleg pojechaliśmy pociągiem do Königs Wusterhausen. Mieliśmy iście królewski spanie w hotelu.

Berlin
Königs Wusterhausen
20 maja 1945 roku pojechaliśmy pociągiem osobowym na południe do Cottbus. Nocowaliśmy znowu w hotelu, a sztab 2 Armii LWP w tym samym czasie przenosił się z Bolesławca do Oleśnicy. Co my tu robimy ? Rano na placyku przed hotelem pojawił się mały straganik w warzywami i do niego ustawiła się dość pokaźna kolejka niemek, spokojna, zdyscyplinowana. Ceny były normalne. Za 50 fenigów fryzjer mnie ogolił i przystrzygł moje jeszcze krótkie włosy. W szkole strzygli nas na zero a goliłem się własną brzytwą.
Pociągiem osobowym dojechaliśmy do Hoyerswerdy. Dalej tory były zerwane na skutek działań wojennych, po bitwie 2 Armii LWP. Pojechaliśmy dalej do Drezna przez Warthę, Konigswarthę i Kamenz dwoma radzieckimi samochodami ciężarowymi. Wokół rozpościerał się krajobraz jak po bitwie.
W Dreźnie, zaraz za mostem na Łabie rozeszliśmy po dwóch lub trzech się na kwatery prywatne. Właściciele tych kwater byli podobnie jak mieszkańcy Berlina spokojni, ugrzecznieni. Tak wyglądał "naród panów" po przegranej wojnie.

Cottbus
(Chociebórz)
Drezno
22 maja 1945 roku w Dreźnie był bardzo słoneczny. Sztab 2 Armii LWP przybył już do Poznania, zgodnie z rozkazem nr 264/Op z dnia 17 maja 1945 roku. A my spacerowaliśmy po Dreźnie. Mieliśmy wolne do południa, a porucznik jak zwykle czegoś gdzieś szukał. Oczywiście w Dreźnie sztabu 2 Armii LWP nie ma i nigdy nie było, o czym tzw. "sztab generalny LWP" na czele z marszałkiem Michałem Rola-Żymierskim i generałem Marianem Spychalskim zapewne zupełnie nie wiedział i nigdy się tym nie interesował. Szczególnie teraz, gdy było tyle innych ciekawszych rzeczy do zrobienia. Owocem tego zainteresowania była cała kolumna samochodów ciężarowych (wojskowo - prywatna) z łupem wojennym członków "sztabu generalnego" jadąca z Berlina do Warszawy. Drezno było świeżo po barbarzyńskim nalocie dywanowym aliantów, z wojskowego punktu widzenia zupełnie zbytecznym. Przez główną ulicę można było przejść wąską ścieżką wśród gruzów. Grupa jeńców wojennych i ludność cywilna pod nadzorem żołnierzy radzieckich poszerzała tą ścieżkę, odsuwając gruz na boki. Miasto było duże, na piechotę niemożliwe do obejrzenia. Od pierwszego napotkanego Niemca jadącego na rowerze odebrałem rower i trochę sobie pojeździłem po peryferiach miasta, bo całe centrum nie nadawało się do oglądania. Za to dzielnica willowa tonęła w zieleni, jak jeden wielki park, zupełnie nie naruszona. Tylko w poprzek ulic ustawione były żelbetonowe zapory przeciwczołgowe. Widać było kręcących się szabrowników. Jakaś Polka chciała i mnie zwerbować do przeszukania jednej willi. Sama bała się do niej wejść. Była nawet atrakcyjna - i kobieta i willa ale nie skorzystałem. Aż takim bandziorem to ja nie jestem. Rower pozostawiłem w południe na miejscu zbiórki. Samochodami radzieckimi pojechaliśmy do Neustadt.

Neustadt
W Neustadt był sztab 2 Armii LWP, tyle, że 9 maja, dwa tygodnie temu. Teraz, od wczoraj jest w Poznaniu. Kompletna paranoja, w dodatku z niesamowitą niespodzianką. Porucznik opiekujący się naszą grupą, zdecydował, że jego rola się skończyła i rozwiązuje grupę. Każdy na własną rękę ma się zameldować w Poznaniu. Zbiorową kartę żywnościową zatrzymał - my mieliśmy dostać kary indywidualne, dopiero w jednostkach do których sztab 2 Armii LWP nas przydzieli. Tam też dostaniemy legitymacje oficerskie, do których mamy przy sobie fotografie zrobione jeszcze w szkole. Przy sobie mamy tylko świadectwa ukończenia S.O.P. nr 2 w Lublinie i to tylko w języku polskim, niezrozumiałym ani dla radzieckich władz okupacyjnych, ani dla niemieckiego samorządu terytorialnego. Po co porucznikowi była żywność dla 40 osób ? Tylko na spekulację. A my co mieliśmy robić, jak się poruszać, co jeść, gdzie spać ? Jak mieliśmy uniknąć niebezpieczeństw w terenie pełnym rozbitków armii niemieckiej, dezerterów i maruderów z armii radzieckiej, szabrowników polskich, niejednokrotnie uzbrojonych, tworzących bandy rabunkowe.
Właściwie zostaliśmy bez broni, bez dokumentów, bez opiekuna. Gromada umundurowanych chłopców w wieku od 18 do 30 lat, bez map, bez znajomości terenu i w przeważającej większości bez znajomości języka rosyjskiego i niemieckiego.
Była godzina 16:00 22 maja 1945 roku. Start. Szliśmy marszem "ubezpieczonym" - w odległości 20 m jeden od drugiego, po przeciwnych stronach drogi, tak aby nie zostać całkowicie zaskoczonymi, a stwarzać wrażenie szperaczy większego oddziału, których zazwyczaj zasadzki przepuszczają, by zaatakować siły główne. Na posiłki i noclegi zatrzymywaliśmy się u gospodarzy niemieckich. Przeważnie byli to Łużyczanie. Mowę mieli jakąś odmienna od niemieckiej. Polskiego języka nie rozumieli. Wydawali się bardziej sympatyczni od Niemców, może dlatego, że bardzo nie lubię języka niemieckiego. Czasami udawało się nam przejechać kawałek drogi furmanką lub traktorem.
Podczas noclegu u gospodarza na przedmieściach Budziszyna zostaliśmy w nocy zbudzeni przez niego. Maruderzy radzieccy uprowadzili ze stajni jego konie, prosił o pomoc. Musieliśmy razem z nim udać się w pogoń, cały czas trzymając prawą dłoń w torbie oficerskiej. Na szczęście dla nas gospodarz zgubił ślad. Trudno sobie wyobrazić nasze spotkanie z uzbrojonymi maruderami.

Budziszyn
W Budziszynie zostaliśmy zaproszeni na podstawie naszych świadectw z S.O.P'u, na obiad w kasynie oficerskim "sojuszników". Kierownik kasyna udał, że przeczytał i zrozumiał, ale było widać, że patrzy na nas jak wół na malowane wrota. Po polsku nie rozumiał ani słowa.
W tym mniej więcej czasie, 24 maja 1945 roku, ukazał się rozkaz Naczelnego Dowództwa LWP w sprawie likwidacji reakcyjnego zbrojnego podziemia. Wyznaczono 1 DP z 1 Brygadą Pancerną na styk województw białostockiego, lubelskiego i warszawskiego jako na tereny najbardziej zagrożone, a 3, 8 i 9 DP na inne tereny. Powołano Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, KBW, do którego, oprócz Wojska Wewnętrznego dodano 4 DP (w składzie której walczył kolega Kostek Ostrowski.
W mieście Lőbau, w nocy z 25 na 26 maja 1945 roku, dostaliśmy skierowanie na nocleg do opuszczonego prywatnego mieszkania z komendy radzieckiej miasta. Mieszkanie to było całkowicie wyposażone. Szafy były pełne. Przy okazji zmieniliśmy bieliznę, bo nie mieliśmy ani czasu ani ochoty sami prać.

Lőbau
W Gőrlitz znaleźliśmy się 28 maja 1945 roku w południe. Na ulicy zaczepiła nas starsza pani, ok. 55 lat, wyglądająca bardzo sympatycznie. Daliśmy się namówić na herbatę, bo upał był straszny a my byliśmy bardzo strudzeni. W domu było jeszcze kilka kobiet, rodzina, sąsiedzi. Rozmowa była sympatyczna, pomimo słabej znajomości niemieckiego. Czuliśmy już bliskość granicy PRL. Znalazła się nawet butelka wina. Czyżby były to początki "wieczystej przyjaźni" partii i narodów NRD - PRL ?. Jedna z kobiet zaczęła wychwalać Armię Radziecką, że kulturalna, że z ludnością cywilną obchodzi się opiekuńczo w przeciwieństwie do LWP. Polacy byli okropni, grabili, gwałcili, mieli inne mundury niż my mamy. No i sprawa się wyjaśniła kto jest kto i jakim jest, gdy w imieniu kadry oficerskiej LWP podziękowałem za miłą gościnę. Były bardzo zaskoczone i speszone. Przepraszały za pomyłkę. Rozstaliśmy się w przyjacielskiej atmosferze.
Wieczorem przekroczyliśmy most na Nysie Łużyckiej i znaleźliśmy się w Zgorzelcu, już w PRL. Posterunek graniczny przepuścił nas bez kłopotów, a posterunek MO przyjął nas gościnnie, na kolację, nocleg i śniadanie. W dodatku wymienili nasze sfatygowane plecaki na nowe, niemieckie z cielęcą skórą na wierzchu. Mieli tego pełne magazyny.
Gőrlitz
Zgorzelec
29 maja 1945 roku rano ruszyliśmy dalej, ale uszliśmy tylko kilkaset metrów. Na ulicy spotkaliśmy kilku zdemobilizowanych, przedwojennych oficerów WP, zwolnionych z offlagu II C Woldenberg (Dobiegniew), a pracujących obecnie w zarządzie miasta. Przegadaliśmy do obiadu, na który nas zaprosili do swojej stołówki. Znali mojego brata Henryka Zdanowicza, przebywali z nim w jednym baraku. Od nich właśnie dowiedziałem się o jego chorobie.
30 maja 1945 roku wieczorem dobrnęliśmy do Legnicy wieczorem. Na dworcu kolejowym stały transporty towarowe, załadowane ludnością polską wracającą z robót przymusowych na terenie Niemiec. Zaskoczenie zostaliśmy ich gościnnością. Każdy ciągnął nas do swojego wagonu, choć w nim było już bardzo ciasno. Później okazało się, że nie była to tylko sympatia do munduru polskiego i jego zawartości. Chodziło im po prostu o obronę przed bandytami, maruderami, a nawet przed patrolami Armii Radzieckiej, które czując się zupełnie bezkarnie, pozwalały sobie na kradzieże, rozboje a nawet gwałty. Nawet nie podejrzewali, że w takich niepewnych czasach oficerowie LWP mogą być bez broni. Same mundury nas obroniły, bo nie było żadnych gwałtów.
Legnica
31 maja 1945 roku przez Wrocław dojechaliśmy rano do Ostrowa Wlkp. Tam pożegnaliśmy się z Jurkiem, kolegą wycieczkowiczem i rozjechaliśmy się do domów. Ja do ojca, do Łodzi. Tato, telefonem kolejowym powiadomił matkę w Piotrkowie Trybunalskim i umówił nas nazajutrz rano na dworcu Łódź Fabryczna. Nocowałem u ojca w hotelu kolejowym. Rano spotkałem matkę i razem pojechaliśmy do Bydgoszczy. Wieczorem byliśmy u Marysi Zdanowicz (Philipp), poznaliśmy Jurka, miał 6 lat.
Łódź
Bydgoszcz
Nocą z 1 na 2 czerwca 1945 roku w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie mieszkała rodzina Ireny Brokowskiej (Zdanowicz), oddział państwa podziemnego KWP "Burzy" dokonał napadu na obóz internowanych żołnierzy AK, rodziny dowódcy oddziału i innych. Próbowali zdobyć też więzienie ale to się nie udało. W terenie, oprócz oddziału "Burzy", działały grupki byłej AK w sile od 30 do 60 osób pod dowództwem: "Wilka", "Doliny", "Babinicza", "Góry", "Witeckiego", "Dąbrowy", "Dziadka", "Szarego", "Podkowy", "Ostroląga", "Brzozy", "Franka", "Brody", "Armii Alianckiej", "Longinusa", "Konrada", "Kazimierza", "Wrzosa", "Toma", "Wichra", "Sokoła", "Olgierda" i innych.
Piotrków Trybunalski
W sztabie 2 Armii LWP w Poznaniu zameldowałem się 2 czerwca 1945 roku. Szef personalny, nie mogąc zaprowiantować bez karty żywnościowej, zaprosił mnie z grzeczności na obiad do kasyna. Dostałem skierowanie do sztabu 5 DP w Międzyrzeczu. Wieczorem miałem przesiadkę na dworcu kolejowym w Gorzowie Wlkp. I tu pełne zaskoczenie. Dworzec został otoczony przez żołnierzy radzieckich i wszystkich obecnych na nim zaprowadzono pod konwojem do Komendy Miasta. Czułem się niewyraźnie. Zostaliśmy osadzeni w areszcie pod kluczem do rana, do wyjaśnienia "kto i co".
Poznań
Rano, 3 czerwca 1945 roku, zostaliśmy zwolnienie z aresztu z przeprosinami. Niezły początek służby oficerskiej w LWP, od kryminału i to "sojuszniczego". W południe byłem w sztabie 5 DP w Międzyrzeczu. Otrzymałem skierowanie do 13 pp w Cybince dokąd dotarłem okazyjnym samochodem wojskowym. Po południu otrzymałem skierowanie do 1 batalionu w Maczkowie, ale o samochodzie zapomniano. Te parę ostatnich kilometrów "wycieczki" pokonałem spacerkiem. Pogoda dopisała, humor też. Wieczorem, 3 czerwca 1945 roku zameldowałem się w swojej jednostce. Otrzymałem funkcję dowódcy 1 plutonu w 1 kompanii 1 batalionu 13 pp, 5 DP, 2 Armii LWP.
Gorzów Wlkp.
Cybinka
Zakończyłem wycieczkę, która łącznie z parodniowym tzw. "polskim urlopem", samowolnym u rodziny trwała 17 dni, zamiast 1 - 2 dni. Komu była potrzebna ta podróż 40 młodych oficerów przez Berlin, Drezno Neustadt ?. Chyba tylko porucznikowi "opiekującemu się" naszą grupą, który na tym zarobił. Nie wiem czy wszyscy koledzy dotarli do celu.
Będę pełnił straż nad Odrą. Ciekawa granica. Z tej strony my, LWP, po drugiej stronie Odry, zachodniej, żołnierze radzieccy. Tam okupacja jawna, tu ukryta. Po okolicznych lasach pełno oddziałów radzieckich. Surowy zakaz opuszczania miejscowości zakwaterowania bez rozkazu, przepustki i eskorty z automatami i ostrą amunicją. Zdarzały się bowiem napady "sojuszników" albo bandytów.
Jeden z 18-latków, Jurek, nazwiska nie pamiętam, "przykleił" się do mnie, jako do starszego. Był zupełnie bezradny i miał łzy w oczach. Byłem w lepszej sytuacji od niego. Znałem dobrze język rosyjski, trochę niemiecki, ale najważniejsze miałem za sobą kilkuletni staż harcerski. Potraktowałem sytuację jako "marsz harcerski" z przeszkodami na trasie Neustadt - Poznań w skrajnie trudnych i niebezpiecznych warunkach. Nie miałem nawet kompasu i nikt nie pozostawił przede mną znaków naprowadzających. Pomogło mi również "wyszkolenie" konspiracyjne, które nauczyło opanowania w najtrudniejszych sytuacjach, no i nieodzowny "uśmiech Chińczyka", zewnętrzna pewność siebie. Była to nasza jedyna broń i nasza jedyna szansa. Ruszyliśmy więc razem, pogwizdując sobie dla dodania animuszu. Wybraliśmy kierunek na wschód, przez Budziszyn, Zgorzelec, Legnicę. Dla upozorowania, że mamy przy sobie jakąś broń, trzymaliśmy torby oficerskie przed sobą a prawą rękę pod jej pokrywą.
W Obozie Specjalnym NKWD nr 240 w Magdalence koło Dzierżyńska (ZSRR), Józek Krzywiec dostał pierwszy list od żony i 200 rubli. List adresowany był na adres znajomej Ukrainki, Witi, "wolnonajemnej", która pracowała razem z nim i zgodziła się pośredniczyć (po prostu niewiarygodne). Mógł teraz trochę się odżywić i nabrać sił.
Dzierżyńsk
Marian Truszkowski wrócił z Hamburga, dokąd był wywieziony na roboty przymusowe. Zamieszkał w Gdańsku i dostał pracę w Wydziale Architektury PMRN. Wkrótce ożenił się. Odnalazł w Toruniu swoich krewnych, państwa Ładyszów.
Gdańsk