Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 92; Odwiedziny w obozie pracy u Zbyszka Brokowskigo
Wilno
Wilno
  Od 3 do 9 sierpnia 1943 roku miałem sześciodniowy urlop wypoczynkowy. Wykorzystałem go na dostarczenie paczki żywnościowej od Ireny dla jej męża uwięzionego w obozie pracy przymusowej w Parweniszkach. Dla mnie, kolejarza otrzaskanego z kolejarzami i żołnierzami niemieckimi łatwo było dostać się w to miejsce. Jedynym problemem było to, iż nie mogłem wysiąść na stacji kolejowej w Parweniszkach. Była to bowiem mała stacyjka,
Kowno
Było wcześnie rano. W pewnej chwili otwarła się brama i truchtem wybiegła kolumna jeńców otoczona eskortą. Eskorta miała mundury niemieckie, jednak okrzyki wydawała w języku rosyjskim i litewskim. Miała ponadto kije w rękach a na plecach karabiny. Jeńcy nieśli kilofy, łopaty i łomy. Szli więc do roboty. Rozpoczęło się karczowanie, jak zły, koszmarny sen. Krzyki się wzmagały. Doszły okrzyki w języku francuskim, żydowskim oraz słychać było uderzenia pałek na plecach biegnących cały czas truchtem jeńców oraz tych którzy już pracowali przy karczowaniu pni. Słońce było coraz wyżej, wzmagał się upał, kurz, krzyki. Już ktoś leży, kogoś niosą trzymając za nogi i ręce. Istne piekło, a wokół piękny sosnowy las wysokopienny. Las pachnący żywicą, pełen ptasiego gwaru. Byli to Żydzi z Francji. Ich ostatnie dni przed niechybną śmiercią.
Za nimi wyszła, normalnym marszowym krokiem kolumna czwórkowa też jeńców, ubranych w swoje normalne cywilne ubrania pod nadzorem jednego konwojenta. Było ok. 12 czwórek. Szli w kierunku dworca kolejowego drogą którą przyszedłem. W środku kolumny zobaczyłem szwagra Zbyszka Brokowskiego. Zdjąłem opaskę kolejarza i wykorzystując moment kiedy konwojent był zwrócony w inną stronę wskoczyłem do kolumny tuż obok szwagra. Więźniowie sprawnie odbili do tyłu, kolumna się zachwiała. Była to kolumna więzionych partyzantów AK, wśród nich było wielu Wilnian.
Po krótkiej wymianie planowanych zdań, dokładnie ich nie pamiętam, wyskoczyłem z kolumny, bo już zbliżaliśmy się do dworca. Konwojent znowu nic nie zauważył. Wróciłem do paczki pozostawionej pod drzewem. Więźniowie poszli na dworzec ładować pnie drzew na platformy kolejowe. Ja udałem się do bramy obozu gdzie przekazałem paczkę żywnościową dla szwagra. Zbyszek pracował w obozie do ucieczki Niemców.
oddalona kilka kilometrów od Kowna, na której nie wszystkie pociągi się zatrzymywały. Coś tak jak Ponary pod Wilnem. Zajechałem więc do Kowna. Tam wsiadłem do pociągu jadącego z powrotem. Ten znowu się nie zatrzymał. Gdy tylko trochę przyhamował wyskoczyłem, mało nie gubiąc nóg. Następnie szedłem ok. 1 km leśną drogą i trafiłem na druty kolczaste, wieżyczki, bramę i strażników. Przed drutami była duża, świeżo wykarczowana polana.
Powrót z Parweniszek też nie był łatwy, ani wesoły. Dopiero wieczorem na stacyjce zatrzymał się pociąg towarowy z eskortą wojskową. Udało mi się wskoczyć do budki hamulcowej. Po paru godzinach, na kolejnym przystanku w Żydziszkach, już w zupełnie w nocy eskorta wyrzuciła z innych wagonów cztery kobiety, skontrolowała wszystkie budki hamulcowe. Widząc moją opaskę machnęli ręką, mogę jechać dalej. Ale co z tymi kobietami ? Dwie starsze, jedna trochę starsza ode mnie i jedna młodsza. Jak raz pasują na "rozrywkę" dla obsługi posterunku kolejowego. Dziesięciu żołnierzy litewskiej straży kolejowej i dookoła pustka, ciemna noc, las. Miały bardzo niewyraźne miny, rozglądały się przestraszone, bezradne. Musiałem pomóc. Zostałem, zagadałem po litewsku do żołnierzy. Wskazali kierunek najbliższych zabudowań. Szliśmy przez las ok. 2 km, droga polną, piaszczystą. Gospodarze, bardzo sympatyczni Białorusini, chętnie ugościli, ale pod warunkiem, że żołnierze litewscy będą o tym wiedzieć. Inaczej ich patrol nocny może nas potraktować jak partyzantów. Nie było rady. Jako jedyny mężczyzna musiałem powrócić na posterunek, podać nazwisko gospodarza który udzielił nam gościny i powrócić. Nadrabiałem miną ale portki trzęsły się ze strachu. Jak trafię na szowinistów litewskich będzie źle. Jakoś się jednak z nimi dogadałem, chociaż brakowało mi słówek litewskich i zorientowali się, że nie jestem Litwinem. Rano zrobiliśmy naradę. Dwa kilometry na posterunek i niepewny postój pociągu, czy pięć kilometrów do Landtwarowa i pewne pociągi nawet osobowe. Pogoda nam dopisała. Było słonecznie jak na majówce. Polną drogą, ale zupełnie dobrą bez przeszkód dotarliśmy do Wilna.
W sierpniu 1943 roku w Wilnie powstały "Szare Szeregi" - AK pod dowództwem kpt. rezerwy harcmistrza, komendanta 13-ej Drużyny Harcerskiej (Czarnej Trzynastki) Józefa Grzesiaka - Czarnego (do drużyny należeli m.in.: Jurek Wiechert i Witek Czarnecki). Jednocześnie został on komendantem dzielnicy "D", przy nowym podziale organizacyjnym garnizonu AK miasta Wilna. Dzielnicę "Centrum" przejął od "Szczerbca" dowódca dzielnicy "B" mjr Władysław Zarzycki "Rojan" (m.in. podlegał mu Kazik Skawiński). Nasz pluton "Zarzecze" podlegał dowódcy dzielnicy "C" kpt. Topór - Wąsowskiemu "Nowicki".
W rejonie Święcian, między jeziorami Narocz oraz Miastro, w niedostępnych bagnach został zorganizowany polski oddział partyzancki por. rezerwy Antoniego Burzyńskiego "Kmicica". Było w nim wielu harcerzy, m.in. z Wilna. Działał on w tym rejonie od przełomu 1942/1943. Partyzanci założyli obóz leśny wspólny z oddziałem radzieckim Fiodora Markowa. Obaj dowódcy "Kmicic" i Markow byli kolegami szkolnymi z polskiego seminarium nauczycielskiego. Pogromu oddziału "Kmicica" dokonały oddziały partyzantki radzieckiej, łącznie z oddziałem Markowa, na rozkaz dowództwa Armii Zd-radzieckiej. Oddział "Kmicica" liczył 300 żołnierzy. Rozpuszczono plotkę, że pogromu dokonali Niemcy.
Święciany
W końcu sierpnia 1943 roku, w Wilnie na Antokolu, zebrała się grupa AK dowodzona przez ppor. "Dzika". Zastępca dowódcy, podchorąży "Pomian", "Sęp", "Mister", "Gruby", "Kim" i "Bosy". Mieli przy sobie broń: 1 automat, 3 kb, w tym jeden bez kolby, 2 rewolwery, szczypce do przecinania drutu, klucz do rozkręcania torów kolejowych, po 5 - 15 sztuk amunicji na osobę. O północy wyruszyli przez Pośpieszkę w kierunku lasu niemenczyńskiego, około 13 km. Odpoczęli w ciągu dnia na całodziennym biwaku. Wieczorem przeprawili się promem przez Wilję. W Czerwonym Dworze, w pierwszej chacie natknęli się na kilku Niemców. Po krótkiej strzelaninie, bez ofiar poszli dalej.
3 września 1943 roku, do lasu wyruszyła grupa "Szczerbca", który miał dodatkowy pseudonim "Góral", "Zapora", "Mocarny". Dowódcą plutonu był Anatol Kurczokin "Wiąz", a z nim: Marian Korejwo "Milimetr" (wprost z obozu karnego pod Ławoryszkami, skąd uciekł. Dostał się do obozu za
spalenie samochodu Citroen podczas pracy w HKP w Wilnie, w których pracował Józek Krzywiec. Po wojnie proponowałem Józkowi Krzywcowi spotkanie z "Milimetrem" w sprawie jego karty kombatanckiej - nie skorzystał, dlaczego ?), oraz "Benek", "Baśka", "Lis", "Klon", "Leszcz", "Madziar", "Pud", "Jawor", "Brzoza". Mieli broń: empi niemieckie, 2 kb, obrzezaka, 1 pistolet "Vis", "Szczerbca" z 1939 roku, kilka magazynków, 1 amerykański Colt, zaczepny granat zaczepny radziecki (w przyszłej akcji zawiedzie), rakietnicę i bagnet. Pierwszy postój mieli w Kojranach, następny w majątku Zofiówka, Korwie. Do oddziału dołączyli: "Szostek", "Bury" z kb i pm Bergmana. Od miejscowych konspiratorów otrzymali 2 kb, Mauser z amunicją oraz pepeszę. Przez Wilję przeprawili się do Pikieliszek (majątek rodziny Piłsudskich), następnie koło Podbrodzia przeszli w rejon Sużan. W Pikajciszkach dołączył do nich "Żorż" oraz podchorąży "Otto", który został zastępcą por. "Szczerbca".
W Wilnie, z rozkazu Dowódcy OW-AK do "Szczerbca", wyruszył "Dżumba" i Julek Krukowski. Julek Krukowski, musiał jednak powrócić do domu ze względu na to iż jego oficerki rozeszły się pod wpływem błota. Dalej poszedł sam "Dżumba" i doręczył rozkazy, w myśl których z połączenia obu grup, "Dzika" i "Szczerbca" powstał 23 osobowy Oddział Lotny AK im. Bolesława Chrobrego, późniejsza 3-cia Brygada Partyzancka OW-AK "Szczerbca". Dowódcą oddziału został "Szczerbiec". "Dzik" odszedł do Wilna razem z "Sępem", "Misterem" i "Leszczyną".
30 września 1943 roku byłem razem z "Przeorem" i "Bohunem" na zebraniu szkoleniowym AK w Wilnie. Było to chyba na ulicy Literackiej. Razem z nami było tam ok. 20-tu osób. Prelegent zaczął nawiązywać do ideologii faszystowskiej i to pozytywnie. Uznano to za prowokację narodowców, lub nawet gorzej, agentów niemieckich. Zebranie zerwano. Szybko, ale spokojnie, bez paniki, pojedynczo, po dwóch rozeszliśmy się. Nie było obławy, nikt nie został aresztowany, ale pozostało poczucie zagrożenia i to od strony wewnętrznej AK. Wkrótce lokal w którym odbyło się to feralne spotkanie został "spalony", a wyznaczona następna zbiórka nie odbyła się. "Przeorem"  został uprzedzony w ostatniej chwili, będąc tuż przed lokalem, zdążył uciec i uprzedzić pozostałych o istniejącym zagrożeniu.
Rysiek Gulbinowicz został żołnierzem 6-ej Brygady Partyzanckiej OW-AK "Konara", Samodzielnej Dyspozycyjnej Komendy Okręgu z dowódcą mjr Franciszkiem Koprowskim "Konarem".
Jan Kijanka, brat stryjeczny przyszłego teścia, wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec, ożenił się z Polką, też robotnicą przymusową.
  Małżeństwo Satanowiscy, po 4-ro miesięcznym przeszkoleniu w Moskwie, powrócili do swojego oddziału partyzanckiego im. Tadeusza Kościuszki na Wołyniu, ale już w randze oficerów radzieckich w polskich mundurach pułkownika i kapitana, samolotem radzieckim. Oszałamiająca kariera kolaborantów. Nazwa oddziału została
W Hucie Brzuska, (powiat Przemyśl), rodzinnej wsi przyszłego teścia urodziła się jego bratanica, Teresa, córka Grzegorza. Wieś znalazła się w rejonie działań grupy operacyjnej UPA "Zachód" pod dowództwem Wasyla Sidora "Szelesta".
zmieniona na "Jeszcze Polska nie zginęła". Pod tym samym tytułem zaczęła się ukazywać gazetka "kapitana" Satanowskiej. Oddział awansował na Polskie Zgrupowanie Partyzanckie płk Satanowskiego. Jego zastępcą został komisarz radziecki Aleksander Bobkow, podległy bezpośrednio d-cy Żytomierskiego Zgrupowania Partyzanckiego, oczywiście radzieckiego. Powołano oddziały: "Tadeusza Kościuszki", Romualda Traugutta", "Emilii Plater" (nie przeszkadzało im to że to hrabianka ?). Cała historia Polski w nazwach dla celów kamuflażowych. Chodziło po prostu o przyciągnięcie do oddziałów jak największej liczby ochotników narodowości polskiej do służby w Armii Zd-radzieckiej. Mniejsze oddziały ZWZ wchłaniano siłą a alternatywą rozstrzelania. Między innymi w ten sposób załatwiono oddział ZWZ w którym służył sierżant Piotr Zalewski (późniejszy kapitan 7-ej DP w Gliwicach, mój kolega i sąsiad). Ogółem zebrano około 500 osób. Dla porównania "Szczerbiec" dowodził brygadą składającą się z 1000 partyzantów a był porucznikiem.
W tym czasie we Włoszech  marszałek Bodoglio podpisał zawieszenie broni, Mussolini został osadzony w więzieniu, z którego został uwolniony przez spadochroniarzy niemieckich. Niemcy okupowali całe Włochy. Alianci wylądowali na Sycylii.
Włochy
Ze wspomnień generała Zygmunta Berlinga:
Lista proskrypcyjna była już podpisana przez Wandę Wasilewską [która później została odsunięta od władzy w ZPP, pozostała w ZSRR i w ten sposób uratowała się przed czystką w PRL] i gen. Karola Świerczewskiego "Waltera" [może właśnie dlatego musiał zginąć później, już w PRL]. Takiego cudu mógł dokonać tylko rozkaz Józefa Stalina. Po krótkim namyśle Zygmunt Berling odmówił podpisu. Popełnił błąd nie do darowania, który ciężkim brzemieniem legł na dalszym rozwoju wydarzeń i którego skutków nie zdołał naprawić (przy tym sam mało nie zginął).
"Szczerbiec" rozpoczął 16 września 1943 roku działania partyzanckie w rejonie Sużan koło Niemenczyna [a nie 14-ta Brygada wg Kostka Ostrowskiego, do której podobno należał].
Smoleńsk i okolica Katynia zostały zdobyte przez Armię Radziecką. Od razu teren lasów katyńskich zostały ogrodzone i pilnie strzeżone. Powołano Komisję Specjalną "do zbadania zbrodni hitlerowskiej", składającej się z samych funkcjonariuszy radzieckich. Nie zaproszono nawet nikogo z ZPP. Fałszerstwa nie lubią świadków. Zakończyli "pracę" dopiero 24 stycznia 1944 roku.
5 października 1943 roku podczas łapanki ulicznej na ulicy Trockiej zostałem zatrzymany przez policjantów litewskich i odprowadzony, razem z innymi, do komisariatu na ulicy Zawalnej. Nie miałem przy sobie dokumentów kolejowych. Wpakowano nas do piwnicy z małym okienkiem, otwartym lecz zakratowanym, wychodzącym na chodnik ulicy. Chciałem zaczepić jakiegoś przechodnia, gdy nadszedł Władek Rudziński. Sprowadził ojca z dokumentami. Zostałem zwolniony. Nie pojechałem na roboty przymusowe do Niemiec.
Wilno
Przemyśl