Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 88; Kolejna delegacja Zygmunta Zdanowicza; Kraków 1942
Wilno
1 kwietnia 1942 roku zachorowałem na nieżyt żołądka - nieodpowiednie odżywianie. A kto się wtedy odpowiednio odżywiał, chyba tylko podejrzani o kolaborację lub spekulanci. Co się zdobyło, to się jadło, często nie zachowując właściwej diety. Do tego dochodziły stresy, ciągłe poczucie niebezpieczeństwa i troska o bliźnich. Od lekarza dostałem jako lekarstwo węgiel drzewny w pastylkach i trzydniowy odpoczynek (oryginał w ZUS);
Po powrocie do pracy znów delegacja służbowa grupy "Litwinów" do pomocy kolejarzom niemieckim. I znowu sami Polacy, Wilniuki. Tym razem trafiliśmy do warsztatów kolejowych w Dnie, między Pskowem, Leningradem (Petersburgiem) a Starą Rusą. Zaraz w pierwszą noc przeżyliśmy silne bombardowanie węzła kolejowego i bardzo silną, niemiecką obronę p-lot. Z dala słychać było odgłosy artylerii frontowej. I znów pojawił się dylemat, co ja z tym mam wspólnego - to przecież nie jest moja wojna. Jak ginąć to za coś co ma sens, a nie tak głupio. Rano, z dwoma kolegami nie poszliśmy do Niemców zameldować się i oddać skierowanie, tylko wsiedliśmy do pustego krytego wagonu towarowego w którym było trochę słomy, dołączonego do pociągu jadącego w kierunku Pskowa. Tak zakopani w słomie dojechaliśmy do Wilna. Nie wykryły nas dwie kontrole niemieckie na granicach między Generalnymi Komisariatami. Świetnie się spało.
W Wilnie zgłosiliśmy się do pracy, a tam sprowadzono policjantów litewskich, którzy wsadzili nas do pociągu jadącego na północ, pod groźbą poważniejszych represji. Pojechaliśmy i dojechaliśmy. Zaczęliśmy poznawać teren warsztatów i całego miasteczka Dna. Po paru tygodniach oswoiliśmy się z warunkami. W nocy nawet się nie budziliśmy w czasie nalotów, chyba że bomby spadały bardzo blisko.
W maju 1942 roku w Dnie, na bocznym torze warsztatów kolejowych znaleźliśmy rosyjską cysternę napełnioną do 1/4 pojemności półpłynną sodą kaustyczną. Wrzuciliśmy do niej parę podkładów kolejowych i desek. Właziliśmy przez luk w górze cysterny, stawaliśmy na deskach i łyżkami nabieraliśmy sodę do butelek. Butelki pakowaliśmy do walizek i nocnym pociągiem jechaliśmy z soboty na niedzielę do Pskowa. W Pskowie mieliśmy adres "lewej" fabryczki mydła. Nie pamiętam ceny, ale płacili dość dobrze, bo zapotrzebowanie na mydło było duże. Nam się opłacało bo mieliśmy towar i jako kolejarze (w służbie niemieckiej siły zbrojnej "Im dinst der Deutche Wehrmacht") transport za darmo. Takie opaski mieliśmy na lewych rękawach oraz posiadaliśmy odpowiednie zaświadczenia w języku niemieckim. Otrzymane pieniądze podwajałem w drodze powrotnej. Na rynku rybnym, nad rzeką Wielką, między mostem i historycznym Monastyrem kupowałem małe suszone rybki, tzw. śnietki i zawoziłem do Dna. Były lekko solone i można je było jeść na surowo, ale najlepiej smakowały w zupie rybnej. Niemieckie kontrole z niesmakiem patrzyły na taki towar, nigdy się nie czepiali. Mieszkańcy Dna bardzo chętnie je kupowali. Byłem dostawcą, hurtownikiem. Miałem swego sprzedawcę, który ryby sprzedawał na rynku małymi kupkami detalicznie. Wyjazdy w sobotę po obiedzie, powrót w poniedziałek rano prosto do pracy. Dwie niedospane noce, ale za to w Pskowie mały relaks - kąpiel w rzece Wielkiej, obok rynku rybnego, pod samymi murami Monastyru. Po raz drugi ocieram się o miejsce historyczne, przedtem Wielkie Łuki, teraz Psków. Zdarzały się też wypadki, nawet śmieszne w swej grozie. Ocierałem się o śmierć w groteskowych sytuacjach z których śmiałem się dopiero po kilku dniach, jak ochłonąłem.
Jednego razu pojechaliśmy do Pskowa we dwójkę. Każdy z nas miał po dwie walizki z butelkami sody kaustycznej. Było to chyba 15 maja 1942 roku. W Pskowie, w niedzielę rano przetarabaniliśmy walizy z pociągu, który stanął na dalszym torze na dworzec. Żeby trochę odpocząć usiedliśmy na ławie w poczekalni pełnej niemieckich żołnierzy.
Psków
Widziałem u kolegi manierkę aluminiową przymocowaną do pasa. Myślałem, że ma w niej herbatę. Odpiąłem ją. Była jakaś bardzo okrągła. Kolega żachnął się i powiedział żebym ją zostawił, bo w niej jest soda kaustyczna a nie herbata. Od razy zrozumiałem dlaczego jest okrągła. Położyłem ją na ławce i mówię do niego "Chodź !". Musiałem mieć przerażenie w oczach, bo usłuchał bez komentarza. Wzięliśmy walizy i zadekowaliśmy się w umywalni. Walizy wrzuciliśmy w kąt, na nie położyliśmy bluzy. Ręczniki założyliśmy na szyje, mydło do ręki i myjemy się. Nigdy jeszcze tak długo się nie myłem. W umywalni też było sporo żołnierzy. Przez otwarte drzwi usłyszeliśmy wkrótce krzyki "Partyzanen, die bombe". Żołnierze wybiegli na peron, my z nimi. Nie mogliśmy wyglądać inaczej. Byliśmy w koszulach z zakasanymi rękawami. Popłoch, żandarmeria. Wszyscy szukają dwóch partyzantów, którzy w poczekalni podłożyli bombę. Manierka musiała zostać przeżarta przez sodę i sikała sodą przez pęknięcia lub pękła od ciśnienia wewnętrznego. "Bomba" jednak po pewnym czasie przestała widocznie działać, bo żołnierze się uspokoili i wrócili razem z nami do umywalni. My dalej przystąpiliśmy do mycia, chociaż żołnierze wyszli, wsiedli do pociągu i odjechali. Wszystko uspokoiło się i ucichło. Chyba po dobrej godzinie z hakiem, odważyliśmy się na ukończenie mycia. Od zimnej wody zdrętwiały nam zupełnie ręce, a koszule były mokre od wewnątrz z potu. Ubraliśmy się spokojnie i żartując się i śmiejąc przez łzy przeszliśmy przez dworzec przez nikogo nie niepokojeni. Jeszcze wieczorem, jak wyjeżdżaliśmy z Pskowa, po dworcu krążyły wzmocnione patrole żandarmów. Wtedy też jeden jedyny raz zostaliśmy wylegitymowani i zrewidowani. Papiery mieliśmy w porządku a na rybki spojrzeli z obrzydzeniem. Odważyłem się poczęstować ich, lecz oni coś tam zaszwargotali z oburzeniem. Musiałem sam trochę ryb zjeść aby uwierzyli, że to jest do jedzenia.
Drugi raz, 5 sierpnia 1942 roku. Byłem sam. Z Dna wyjechałem dość późno. Nie było odpowiedniego pociągu. Wreszcie nadjechał "komfortowy" hotel na podwójnych kołach. Na platformach stały samochody z frontu, przeznaczone do naprawy, rozbite lub zepsute. Wybrałem taki pojazd, ciężarowy, który miał całą kabinę i całe szyby. Przecież noce były już dosyć chłodne. Było cicho, miękko i ciepło. Pociąg jechał przez dosyć monotonną równinę, czasem widać było trochę drzew, trochę krzaków. Dopóki było jasno można było podziwiać okolicę. Monotonia, brak wartowników, którzy prawdopodobnie też zasnęli sprawiło, iż poszedłem w ich ślady. Zbudził mnie ogłuszający huk, nagłe hamowanie pociągu i gwałtowna strzelanina. Trochę porozbijałem się o kierownicę. Było bardzo ciemno, środek bezksiężycowej nocy. Tuż koło mnie widziałem rozbłyski karabinów - to Niemcy, trochę dalsze rozbłyski, to partyzanci. Strzelanina stawała się coraz bardziej gwałtowna. Zdawało mi się, że wszyscy chcą trafić właśnie we mnie. Na szczęście nie trafili nawet w kabinę, nie zbili szyb. Skuliłem się na podłodze kabiny. Nie było wesoło. Jak znajdą nie Niemcy wezmą za partyzanta i rozstrzelają na miejscu. Nie będą się bawić w dokumenty - był to transport wojskowy. Jeżeli pociąg zdobędą partyzanci, też mnie rozstrzelają. Na szczęście było jeszcze trochę możliwości. Nikt mnie nie znalazł, ale za to zupełnie zdrętwiałem z powodu niewygodnej pozycji, z zimna i ze strachu. Okazało się, że wybuchła mina, rozerwała pociąg o parę wagonów przed moją platformą. Przyjechał pociąg ratunkowy, naprawili, połączyli wagony. Do mojej kabiny nikt nie zaglądał. Pojechaliśmy dalej. W Pskowie byłem dopiero w południe, strasznie głodny ale szczęśliwy. Moi rosyjscy kontrahenci sądzili że się upiłem i chcieli mnie przy okazji oszukać, ale się nie dałem.
W czasie jazdy powrotnej, w krytym wagonie towarowym z żołnierzami niemieckimi jadącymi na front, przyczepił się do mnie jeden pijany podoficer. Wyjął fotografię młodego żołnierza, chyba był trochę podobny do mnie. Coś tam gadał po niemiecku i pokazywał palcem raz na fotografię, raz na mnie. Słabo wówczas rozumiałem po niemiecku i nie wiedziałem o co mu chodzi. Niemiec stawał się coraz bardziej agresywny, zaczął mnie popychać. Na szczęście podszedł do niego drugi podoficer, mniej pijany i zaczął mu coś perswadować, a w przerwach powiedział po polsku do mnie: "... syn mu zginął na froncie, z żałości może ci krzywdę zrobić, uciekaj z tego wagonu". Był to Ślązak. Na najbliższym przystanku posłuchałem go i dziękując mu opuściłem pociąg. Uf !!! było gorąco.
Dok_239
Świadectwo szkolne Janiny Zdanowicz (Kijanka), jek zwykle na piątkach.
Kraków
W Olkienikach (Valkininkai) (40 km na południowy zachód od Wilna, na zachodnim brzegu Puszczy Rudnickiej), w maju 1942 roku, w burdzie pijackiej w karczmie, został zabity podoficer niemiecki. Niemcy zażądali od władz litewskich listy 21 miejscowych osób, które zostaną w odwecie rozstrzelane. Litwini wybrali oczywiście samych Polaków, nie chodzących do knajpy, przede wszystkim byłych podoficerów W.P. oraz cywili, a między nimi naszego kolegę Staszka Jungnikla.
Olkieniki
W dniu Zielonych Świąt, 25 czerwca 1942 roku, rano rozstrzelali 16-tu z tej listy a po południu pozostałych pięciu, wśród nich Staszka Jungnikla. Najpierw wsadzono ich do samochodu ciężarowego i przewieziono ok. 100 m za granicę miasta. Tam zatrzymali samochód i kazali im wyskakiwać. W tym momencie strzelano. Na miejscu zostali zakopani. Spoczywają tam do dzisiaj.
Po wojnie brat Stacha, Tadeusz odwiedził te groby. Nic się nie zmieniły. Tadeusz Jungnikiel mieszka obecnie w 82-300 Elblągu na ul. 3-go Maja 53/3. Wdowa po Staszku wyszła powtórnie za mąż. Eleonora Wielgosz mieszka w Iławie na ulicy Kolejowej. Córka Staszka Jungnikla, zamężna Stanisława Szlagowska mieszka we Wrocławiu.
Z_247 Janina Kijanka (Zdanowicz)
Janina Kijanka (Zdanowicz) [całkiem, całkiem. No i te wiadomości handlowe. Oj przydały by się do "Spółki z nieograniczoną bezczelnością Dno - Psków". Jej koleżanka Danka Gorczyca już raczej mniej.
Z_248
Paulina Kijanka z domu Gorycka(przyszła teściowa Zygmunta Zdanowicza);
Z_249
Zdjęcie poniżej - z lewej strony:  Paulina Kijanka z domu Gorycka z siostrą Heleną Nalepińską
Z_253
Przed Uniwesytetem Jagiallońskim (Collegium Novum) - od lewej strony Janina Kijanka (Zdanowicz), Paulina Kijanka z domu Gorycka oraz Józefa Kijanka (Badowska)
Z_256 Z_254
Leopold Nalepiński - brat cioteczny Janiny Kijanki (Zdanowicz)
Anna Nalepińskia - siostra cioteczna Janiny Kijanki (Zdanowicz)
Wilno
Niestety, do Krakowa co najmniej dwa razy dalej niż do Wilna, no i te 15 lat, to jeszcze nie pełnoletność. A szkoda. Firma się rozrosła, miała swoją siedzibę. W budynku w którym byliśmy zakwaterowani, zajmowaliśmy wszyscy z Wilna jedną dużą salę z piętrowymi łóżkami. Znalazłem osobny pokój, ok. 5 * 3 m, wyremontowałem go, wstawiłem piecyk żeliwny, łóżko, stół, krzesła a raczej taborety oraz zamknięcie na kłódkę. Nikogo o zgodę nie pytałem i nikt o to nie miał do mnie o to pretensji. Miałem czysto, spokojnie i trochę bezpieczniej przed kradzieżą. A dóbr przybywało w miarę rozwoju "firmy". Byłem też mniej zmęczony pracą, bo za tuzin jajek dla majstra Niemca uzyskałem lekką pracę w warsztacie blacharskim i tolerowanie ewentualnych poniedziałkowych spóźnień. Poprawiłem znacznie odżywianie dodatkowe, od mleka zsiadłego z ugotowanymi na piecyku ziemniakami, do jajecznicy. Raz zabrakło mi chwilowo tłuszczu do smarowania i soli to usmażyłem jajecznicę na cebuli i posypałem cukrem. Pyszne.
Psków
W Wilnie tymczasem w lipcu zaczął wychodzić nielegalny dwutygodnik A.K. - "Niepodległość", dla podtrzymania ducha społeczeństwa. 8 sierpnia 1942 roku został aresztowany dowódca plutony "Zarzecze" - Stach Masojć, nowym dowódcą został Stach Grabowski.
W Kownie Alinka Zdanowicz (Lenart), kuzynka Zygmunta Zdanowicza, zdała maturę i rozpoczęła pracę w przedsiębiorstwie handlowym.
Kowno
W ZSRR armia generała Władysława Andersa, zgodnie z umową przeszła do Iranu. W ZSRR samowolnie pozostał płk Zygmunt Berling. Zdezerterował, gdy Józef Stalin obiecał mu szlify generalskie i dowództwo nad polską dywizją pod "opieką" ZSRR. Zdradził, został kolaborantem.
ZSRR
Na Wołyniu, w okolicy wsi Wielnia, grupa konspiracyjna przekształciła się w terenowy oddział partyzancki po dowództwem Roberta Satanowskiego i jego żony Zofii z Droździnów-Satanowskiej.
Z_251 Z_255
Jerzy Zdanowicz, syn Tadeusza
i Marii z Philippów
Halina Zalewska, córka Janiny
i Jana