Wilno
Wyglądali wspaniale. Widać było po nich dużą rutynę i swobodę. Płynęli teraz obok nas pod prąd Wilji na linię startu, a każde ich uderzenie wiosłami to jak wystrzał armatni w porównaniu z naszym "karabinowym". Miny nam trochę zrzedły. Trener dodawał otuchy, a był to chłop białoruski, wysoki i potężny. Cięższy od każdego z nas, a chyba i też od Litwinów, naszych przeciwników. To jego waga zmusiła nas do pozbycia się nadwagi w stosunku do przeciwników podczas intensywnych treningów. Technicznie czuliśmy się zupełnie dobrze, ale na pewno byliśmy słabsi fizycznie, czyli odwrotnie niż w osadzie kowieńskiej. Mniejsza siła przy "dużej, mocnej" głowie. Na pierwszym miejscu, przy sterniku pracował Leszek Skarżyński, najcięższy z naszej osady, lecz na pewno lżejszy od Litwinów. Za nim siedziałem ja, trochę skromniejszy, za mną jako trzeci Józek Lipiński, jeszcze skromniejszy a jako czwarty, na dziobie Jurek Ałabuszew, wyglądający raczej na muzyka niż na wioślarza. Gdyby on był na sterze, a sternik razem z nami, układ fizyczny byłby dla naszej osady korzystniejszy. Tak, ale ma zwyciężyć "głowa" opracowująca taktykę i nasze nogi przy szybkim starcie. Tym startem zaskoczyliśmy Litwinów. Linia startu była na wysokości drewnianego mostu, strategicznego, między ulicą Nadleśną i Borową. Sternicy utrzymywali łodzie trzymając się przęseł mostu, a my w pozycji "gotowi" czekaliśmy na sygnał startu. Ruszyliśmy. Widziałem przed sobą tylko szerokie plecy Leszka Skarżyńskiego i słyszałem trenera nadającego tempo. Cały wysiłek w nogach i krzyżu. Ręce tylko przerzucają wiosło. Młynek niesamowity. Tempo, szum wody i krzyki trenera. Płynęliśmy po stronie antokolskiej. Osadę litewską zobaczyłem dopiero na pierwszym zakręcie rzeki, po lewej stronie. Byli daleko w tyle, ze trzy długości łodzi, czyli start wyszedł nam znakomity. Teraz pozostało tylko uciekać. Widać było wyraźnie ich siłę. Przy pchnięciu wiosłami ich łódź prawie wyskakiwała z wody jak motorówka. Czy wytrzymamy te 2,5 km ?. Meta dopiero przy ujściu Wilenki do Wilji. A tu z każdym uderzeniem wioseł oni są coraz bliżej nas. Już tylko dwie długości łodzi między nami, już jedna. Rozpaczliwie naciskamy na wiosła. Brakuje tchu, a trener pogania coraz głośniej, aż w głowie huczy. Hałas coraz większy bo na brzegu ludzie dopingują, już sternik widzi metę, pociesz nas, jeszcze trochę, a tu dziób ich łodzi na mojej wysokości - pół długości łodzi. Tempo było tak ostre, że na mecie dogoniliśmy tratwę, której normalnie nie mieliśmy szansy dogonić. Trochę nam przeszkodziła, nawet musiałem jedno pchnięcie wiosłem ominąć, żeby nie uderzyć w wiosło Litwina siedzącego na czwartym miejscu. Ciasno było. Wygraliśmy dosłownie o centymetry. Meta nas uratowała. Potem, bez czucia, z wielkim trudem łapiąc oddech, leżąc na łodzi jeden na drugim, spłynęliśmy aż do mostu Zielonego.
Wypompowaliśmy z siebie wszystkie siły. Dochodziły do nas tylko owacje z brzegu i słowa trenera. A Litwini z miejsca zawrócili, dobili do przystani i wynieśli łódź. Mieli jeszcze dużo siły w zapasie. Bardzo silna osada. Gdyśmy trochę odpoczęli i przybiliśmy do przystani, ich już nie było. Obrazili się, czy zawstydzili. Zachowali się nie po sportowemu. Towarzysko to nie są wyrobieni.
Po tych regatach chodziliśmy jeszcze jakiś czas na treningi relaksowe. Było coraz chłodniej. W nagrodę zostaliśmy dopuszczeni do skitu, łodzi wyścigowej, jednoosobowej bez sternika. Trochę inna technika pływania, bo dwa wiosła, no i bardzo wywrotna, o czym osobiście, wkrótce bo 25 października się przekonałem. Chwila nieuwagi i znalazłem się w wodzie, łódź odwrócona do góry dnem a każde wiosło osobno. Woda była lodowata, mięśnie zupełnie zdrętwiałe, a tu trzeba płynąć do brzegu, holować łódź i łapać wiosła. Nawet kataru nie dostałem. Było to mokre pożegnanie z wioślarką i ze sportem na czas wojny. Potem to już nie było na to ani czasu, ani możliwości, ani ochoty.
W Wilnie 10 października 1940 roku obchodzono pierwszą rocznicę odzyskania miasta z rąk ZSRR. Przy tej okazji odbyły się regaty wioślarskie na Wilji pomiędzy starą stolicą (tymczasową) a nową czyli Kowno - Wilno. Ich osada składała się z czterech chłopów jak dęby litewskie oraz małego "lekkiego" sternika. Wyglądali jak ogromna siła przy małej "słabej" głowie. Ale była to osada wytrenowana, reprezentacyjna, która miała za sobą starty w zawodach międzynarodowych.
1 listopada 1940 roku wprowadzono w Wilnie śluby cywilne zamiast kościelnych, co zaskoczyło zupełnie narzeczonych, Irenę Zdanowicz i Zbyszka Brokowskiego. Nie chcieli zawierać małżeństwa przed Litwinem czy Rosjaninem w Urzędzie Stanu Cywilnego, w tak zwanym magistracie. Pan dr Stefan Brokowski przestrzegał i Irenę i nas, że Zbyszek nie nadaje się na małżonka. Jest nieodpowiedzialny. Zaręczyny nie zostały zerwane a rozpoczęły się pertraktacje z proboszczem kościoła św. Jakuba w Wilnie.
Awans wujka Teofila Rewkowskiego (tłumaczenie Zygmunt Zdanowicz).
Białystok
W Kazachstanie, ciocia Zygmunta Zdanowicza, Anna Breycha (Niedzińska) odsiedziała już półtora miesiąca więzienia w "Akmelińskiej tiurmie", przed nią jeszcze 2 i pół miesiąca w "łagierach - katorżnyje raboty", z wyroku sądu.
Kraków
Fotografia Anny Nalepińskiej; Kraków listopad 1940 rok.