



W szkole podczas lekcji mechaniki prof. inż. Wacława Rafała Wierzbickiego zostałem wezwany przez woźnego do dyrektora szkoły. W gabinecie dyrektor przekazał mnie dwom tajniakom Sangumy. Zostałem aresztowany. Odprowadzili mnie do drzwi klasy i kazali zabrać teczkę. Sami do klasy nie weszli, tylko obserwowali mnie przez okienko w drzwiach. Nachyliłem się nad stołem, tak żeby tajniacy nie mogli widzieć co robię. Szybko wyjąłem z teczki cztery regulaminy wojskowe, które miałem rozdać sekcjom z zadaniami szkoleniowymi. Szybko podałem je Józkowi Krzywcowi z prośbą o przechowanie. Nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem zdradzić członka drużyny, oddając mu je bezpośrednio. Tajniacy mogliby interweniować. Pośrednio przez Józka Krzywca też nie, bo jemu zdradziłbym nazwisko członka drużyny. Zresztą był to sprawdzian, gdyby sprawa regulaminów wypłynęła w czasie śledztwa - nie wypłynęła. Józek i tak mi ich nie oddał, zniszczył ze strachu jak mówił 2 czerwca 1940 roku.
Profesor stał tuż przy mnie, wszystko widział i słyszał, ale nic nie powiedział. Nie wydał. Po wyjściu z klasy i włożeniu płaszcza, założyli mi kajdanki stalowe i uprzedzili, że podczas szarpania zacisną się. Przed szkołą czekała na nas limuzyna osobowa. Poczułem się bardzo ważną osobą. Siedziba Saugumy mieściła się na parterze gmachu województwa, na rogu ulicy Zamkowej - wejście i Marii Magdaleny, na którą wychodziły okna sędziego z widokiem na Plac Katedralny i Górę Zamkową.
Wprowadzili mnie do poczekalni, kazali usiąść. Zdjęli kajdanki i zabronili rozmawiać z sąsiadami. W poczekalni, oprócz mnie siedziało kilka osób, też aresztowanych, a wśród nich rozpoznałem Mariana Truszkowskiego i Jurka Wiecherta. Wiedziałem już o co chodzi. Osobne, krótkie przesłuchanie u sędziego, a raczej rejestracja personalna.
Następnie przewieziono nas tą samą limuzyną, lecz osobno, do więzienia głównego na Łukiszkach. Tam zdjęto kajdanki, zarejestrowano i zaprowadzono do łaźni. I tu całkowite zaskoczenie. Znaleźliśmy się na golasa, na trzyosobowej konferencji pod prysznicem i to bez świadków. Jurek Wiechert przekazał nam instrukcję; zdradził nas Sławek Brodowicz, członek Saugumy, czyli litewskiej policji politycznej, która nic nie wiedziała o naszych kontaktach z S.Z.P. Należy przyznawać się tylko do chęci zorganizowania we trójkę grupy tajnego PW na terenie P.S.T.
Było to w styczniu, w mieszkaniu "Jadzi", gdzie nas Sławek Brodowicz widział. Zastanawialiśmy się wówczas nad programem szkolenia wojskowego przeciw ZSRR i nad kandydatami, z którymi należało zacząć rozmowy o przynależności do przyszłej organizacji. Jedną taką rozmowę przeprowadził Marian Truszkowski ze Sławkiem Brodowiczem, który się zgodził na przystąpienie do niej. Czyli, jak na razie jest nas tylko czterech. Z innymi kolegami jeszcze nie rozmawialiśmy i oni nic o nas nie wiedzą. A więc mówić tylko to co już Sauguma wie od Sławka Brodowicza. Można też dodać, że zastanawialiśmy się nad możliwością współpracy z Litwinami.
Dano nam bieliznę i pościel, rozdzielono i osobno już zaprowadzono do różnych cel, pilnując starannie, żebyśmy się nie porozumiewali. Te osobno - razem - osobno strasznie mnie rozbawiło, tak, że w najlepszym humorze wszedłem do wyznaczonej dla mnie celi. Cela była jednoosobowa 4 na 2,5 m, z jednym łóżkiem i z małym, zakratowanym okienkiem pod sufitem, przez które widać było tylko niebo. Żeby przez nie coś zobaczyć, trzeba było stanąć na stoliku stojącym pod nim. Przy stoliku stały dwa taborety, z których wstali przy naszym wejściu dwaj lokatorzy. No to będzie ciasno.
Pierwszym lokatorem był Janek Jankowski z ostatniej, maturalnej klasy liceum O.O. Jezuitów. Małą maturę zdawał w rok po Józku Krzywcu. Teraz zamartwiał się tym, że nie będzie zdawał matury. Później zaczął się pocieszać nadzieją, że w nagrodę za jego cierpienia Polska podaruje mu maturę, bez zdawania egzaminów. Obiecywał sobie, że jak tylko wyjdzie z więzienia zaszyje się na wsi w majątku rodziców, ziemian mieszkających niedaleko Wilna. Wyraźnie miał pietra i to ze względu na drugiego współlokatora. Bardzo ucieszył się na mój widok. Będzie mu już raźniej i nie da się terroryzować. Drugim lokatorem był bowiem autentyczny wileński włamywacz, który dziwnie przygasł gdy usłyszał moje nazwisko, aż Janek się zdziwił, jak się później przyznał. Dopiero na drugi dzień włamywacz zapytał mnie jak się mają sprawy mojego krewniaka, znanego wileńskiego bandyty. Odpowiedziałem, że wszystko w porządku. Nie wyprowadzałem go z błędu. Często taka mistyfikacja się przydaje, jak wiedziałem z własnego doświadczenia. Od tego dnia czuł do mnie wyraźny respekt, a to w celi więziennej bardzo się liczy.
Łóżko okazało się odkładane na ścianę, a sienniki kładliśmy na podłogę. Na to pościel, poduszka i koc - pełny komfort. Codziennie rano przychodził golibroda pełniący jednocześnie rolę roznosiciela plotek wewnętrznych i zewnętrznych, oraz zapewne rolę kapusia. Raz w tygodniu mieliśmy łaźnię, zmianę bielizny i paczkę żywnościową od rodziny. Janek, dopiero przy mnie mógł spokojnie zjeść przysmaki rodzinne. Dotychczas wszystko wyżerał włamywacz. Jedzenie podawano proste, ale smaczne, jak w wojsku. Po nim przytyłem, chociaż pobladłem, mury zrobiły swoje. Traktowano nas bardzo kulturalnie, bez gwałtów i gróźb. Na badania do sędziego śledczego w Saugunie na ulicę Zamkową wożono nas kolejno, w kajdanach, tym samym samochodem osobowym. Sędzia mówił zawsze spokojnie i dobrze po polsku. Raz tylko podniósł głos, gdy chciał usłyszeć coś więcej niż instrukcję Jurka Wiecherta. Gdy mu się to nie udało dał spokój. Przyjął do ostatecznej wiadomości tą "oficjalną" wersję zdarzenia. Z nudów poprosiłem o pozwolenie na uczenie się z notatek szkolnych, ale nie pozwolili. Musiałem się bardzo nudzić, bo przecież nauka nie leżała w mojej naturze - chciałem się uczyć ! Coś podobnego !!!
Przesiedziałem w tej celi do 15 maja 1940 roku, za wyjątkiem wizyt u sędziego, półgodzinnych spacerów codziennych po podwórku więziennym. Wyprowadzano nas całymi korytarzami, a raczej częściami korytarzy. Jednorazowo ok. 20 osób. Kręciliœmy się w kółko. Nie można było rozmawiać i zmieniać trasy. Widziałem kilku znajomych kolegów m.in. z 7-ej Drużyny Harceskiej dwóch braci Kondratowiczów, Witka i Andrzeja, synów właściciela cukierenki przy ulicy Wileńskiej siedzących za S.Z.P.
"Kadet" i jego brat, wobec licznych aresztowań wśród członków S.Z.P. musieli faktycznie zrezygnowaæ z prowadzenia kompanii kadrowej. Po pewnym czasie obaj włączyli się do prac konspiracyjnych w dzielnicy "Centrum" garnizonu ZWZ-AK miasta Wilna.
Wilno
List Pauliny Kijanki, wysłany z Krakowa do swojego męża Jana, siedzącego w obozie dla internowanych Polaków w Buèan na terenie Rumunii od 18 września 1939 roku. Oryginał zaginął.
Kraków
Mama Józefa Zdanowicz (Niedzińska) dowiedziała się, że jej stary znajomy z czasów panieńskich w Druskienikach, Ciurlonis, zwany "Strachocią" jest obecnie ministrem kultury Litwy. Rząd był jeszcze w Kownie. Pojechała do niego Irena Zdanowicz (Brokowska). Zamieszkała u stryjka. Minister Ciurlonis przyjął ją bardzo serdecznie, wspominał dawne czasy w Druskiennikach. Świetnie mówił po Polsku. Obiecał porozmawiać w mojej sprawie i moich kolegów z ministrem oświaty, a nawet rozszerzyć tą sprawę na wszystkich aresztowanych uczniów, w szczególności tych z klas maturalnych, aby umożliwić im zdawanie matury.
Osobiście interweniował w Wilnie. Kilka dni przebywał w gościnie u naszej rodziny. Po paru dniach umówił Irenę na spotkanie z ministrem oświaty w gmachu Ministerstwa, zapewniając ją, że wszystko będzie dobrze. Znalazł bowiem u kolegi zrozumienie sprawy, szczególnie dotyczące maturzystów. Irena miała jednak trochę pietra bo zupełnie nie znała języka litewskiego, tylko "łabas diena" czyli dzień dobry.
Bez kłopotów dotarła do gabinetu ministra oświaty. Rozmowa zaczęła się w języku litewskim przez tłumacza, ale wkrótce minister przeszedł na język polski, który miał świetnie opanowany. Tłumacz był zbędny. Irena okazała się świetnym "ambasadorem kryminalistów" wileńskich. Minister zrozumiał motywy naszego postępowania i obiecał załatwić sprawę. Po tym wyczynie Irena wyjechała na miesięczny wypoczynek do swojej siostry stryjecznej Ludmiły Jagiełłowiczowej w Bejsagole niedaleko Kowna.
Tą rozmowę "wysokich umawiających się stron" odczułem zupełnie wyraźnie podczas kolejnej rozmowy z sędzią śledczym. Stał się jeszcze bardziej grzeczny, a nawet stawał się sympatyczny. Zezwolił na naukę z podręczników szkolnych, na posiadanie czystego brulionu i przybory do pisania. Naszym jednym podręcznikiem był podręcznik do nauki języka litewskiego. Nie mieliśmy innych ani podręczników, ani skryptów. Uczyliśmy się tylko z notatek. Byliśmy pierwszą klasą Liceum mechanicznego po reformie szkolnictwa.
Zabrałem się więc do nauki języka litewskiego. Przyda się na pewno, jak nie na maturę to w pracy i życiu codziennym. Brulion wykorzystałem do opracowania słownika polsko - litewskiego.
Sędzia zezwolił również na jedno widzenie z matką i Ireną. Spotkanie to odbyło się w Saugumie gabinecie i w obecności sedziego śledczego. Półgębkiem, udało mi się przekazać Irenie prośbę o lepsze ukrycie "arsenału" przechowywanego w futerale skrzypiec Tadeusza zawierajaca jedna łódkę z nabojami karabinowymi, w obawie przed ewentualną rewizją w mieszkaniu. Rewizji nie było.

Wilno
Kowno
Grodno