Od 2 do 15 stycznia 1962 roku odbywałem praktykę zawodową w zakresie transportu pneumatycznego i wentylacji w ZSRR. Wraz ze mną na tej praktyce był jeden kolega z oddziału krakowskiego Prozametu. Zwiedzaliśmy zakłady .

produkcyjne na terenie Moskwy i Podolska. Prowadziliśmy rozmowy z ich specjalistami i ekspertami. Poznawaliśmy Moskwę Miałem spotkanie z profesorem Baturinem, autorem książki, którą tłumaczyłem pracując jeszcze w CBACh i UCh w Krakowie w 1949 roku w ramach rewolucyjnej spółdzielni samokształceniowej. Profesor był już sędziwym staruszkiem, około 90-tki. Mówił z trudem i bardzo cicho. Zapewne już od dłuższego czasu nie pracował, a w niby swoim gabinecie czuł się trochę jak gość. Widać było, że gabinet był w pośpiechu przygotowany na odwiedziny polskich specjalistów. Po co ten cyrk, teatr, nadzór ze strony niby asystentów profesora. We mnie spowodowało to tylko zwiększenie czujności i krytycznego spojrzenia na to co nam przedstawiano. Profesor wyraźnie się ucieszył, gdy podziękowałem mu za jego książki dotyczące podstaw wentylacji.
W Instytucie Bezpieczeństwa Pracy oglądaliśmy model wentylacji i klimatyzacji Pałacu Zjazdów na Kremlu. Model został wykonany już po zainstalowaniu instalacji i stwierdzeniu, iż z niewiadomych powodów nie działa ona prawidłowo. Powinni zacząć projektowania od modelu.
Ale w PRL było jeszcze gorzej. O budowie modeli większych obiektów w ogóle nie było nawet mowy. Szkoda było czasu i pieniędzy na dodatkowe koszty. Wszyscy się spieszyli. Projekty robiono na wczoraj. Wykonawca też miał terminy i się spieszył. Byle tylko przyjechał minister, przeciął wstęgę i udekorował brakorobów. Później rozruch trwał w nieskończoność, bo wyszły błędy, które trzeba było na kolanie poprawiać. Obiekt zaczynał pracować jako tako po kilkunastu latach, gdy trzeba było już myśleć o nowszej technologii dla tego obiektu.
W fabryce moskiewskiej "Sierp i Młot" w odlewni oglądałem zainstalowany transport pneumatyczny piasku opisany w ich książkach technicznych. Z jednym z pracujących tam robotników zszedłem na dół, do bunkra tego urządzenia. Zostaliśmy sami tylko w cztery oczy. Wtedy robotnik cicho, ledwie słyszalnym szeptem powiedział, że to urządzenie jeszcze nigdy nie pracowało i nie będzie pracować. Mnie nasunęło się pytanie, czy była to życzliwość prostego robotnika, czy też prowokacja agenta NKWD ?. W tym kraju, gdzie każdy boi się własnego cienia nie ma miejsca na bezinteresowną życzliwość. A więc jestem sprawdzany, a wynik będzie zapewne przekazany do naszego UB. Na wszelki wypadek udałem, że nic nie słyszałem i w sprawozdaniu nic na ten temat nie napisałem. Natomiast w pracy uwagę ta uwzględniałem.
W Zakładzie Maszyn do Szycia w Podolsku widzieliśmy w odlewni prototyp automatu i zaraz potem odbył się zupełnie idiotyczny pokaz sprawności ludzkich mięśni. Rosjanie chcieli wykazać, że mięśnie są lepsze od automatu. Była to mentalność dla nich bardzo typowa, godna "sierpa i młota". Powiedziałem im, że muszą jeszcze popracować nad automatem a na pewno będzie lepszy, dokładniejszy i bardziej ekonomiczny. Szybko odeszliśmy od tego stanowiska, żeby gospodarze nie zamęczyli swoich niewolników. Rozmach, technika i głupota - to bardzo złe połączenie. A co będzie z elektroniką i energią atomową, strach pomyśleć. Brzytwy w rękach szaleńców.
W dużych miastach zabudowa i gospodarka wyglądały jak w małym polskim miasteczku przed wojną, brakowało tylko Żydów. Był to inny świat, inni ludzie, inne warunki środowiskowe i psychiczne, inne życie. Trzeba mieć dużo więcej czasu na rozeznanie ich środowiska. Pozory bardzo często mylą. Wszyscy ludzie od najmłodszych do najstarszych mają poważne twarze, jakby przez cały czas przebywali na zebraniu politycznym i bardzo smutne, nieodgadnione oczy. Ani razu nie usłyszałem tam śmiechu. Co to a kraj, co za ludzie.
Moskwa posiadała w tym czasie wspaniałą komunikację podziemną - metro, oraz naziemną - szerokie ulice przelotowe. Główne arterie miały po siedem pasów ruchu w każdą stronę. W dzień i w noc jeździły po nich samochody, przeważnie ciężarowe. Panował na nich ogromny ruch związany z budownictwem. Całe obszary miasta były wyburzane, pod nowe budownictwo. Obok cerkiewek i budynków pochodzących zapewne jeszcze ze średniowiecza wznosiły się nowoczesne gmachy oraz wieżowce w rodzaju warszawskiego Pałacu Kultury. Wśród tego wszystkiego znajdowały się parterowe domki, kryte papą, w których okna zagłębione były pod ulicę, pamiętające jeszcze cara. A może podniesiona została ulica i chodniki. Na dachach pełno było anten telewizyjnych, tak jakby w każdym kącie pokoju stał telewizor. I rzeczywiście tak było, gdyż nieraz po kilka rodzin mieszkało w jednym mieszkaniu, a nieraz w jednym pokoju przedzielonym parawanami. Nikt nie zapraszał gości do prywatnego mieszkania. Większość nie ma po prostu na to warunków. Generalnie, zabudowa Moskwy sprawiła na mnie wrażenie groch z kapustą, łącznie z Kremlem, do którego, stojący obok nowoczesny gmach Zjazdów pasował jak róża do kożucha. I to piękne i to, ale razem do siebie nie pasowało, wstrząsało i odrzucało psując nastrój historycznych murów.
W mauzoleum Lenina, na Placu Czerwonym, przed Kremlem jeszcze widoczne było miejsce po Stalinie, którego trumnę wyniesiono na zewnątrz zaraz po "detronizacji" by umieścić w grobie w szeregu innych "zasłużonych" KaCyKów, pretorian komunizmu.
Wspaniała, zorganizowana z dużym rozmachem Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej sprawiła na mnie wrażenie taniej reklamy i to na wyrost. Rosjanie, to co chcieliby żeby było, podawali na wystawie w taki sposób jakby funkcjonowało od lat. Było to zwykłe chciejstwo które przechodziło w sterowane przez partię oszustwo narodu. Tego samego doświadczaliśmy później w Polsce przez długie lata. Oni byli już tak zakłamani, że zaczęli chyba mylić marzenia z rzeczywistością. Przy ogólnym, bardzo niskim poziomie życia budowano wielkie pałace i gigantyczne inwestycje. Wyglądało to na jakieś zbiorowe szaleństwo, które należałoby dołączyć do aktu oskarżenia przeciwko komunistycznym KaCyKom jako kolejny etap ludobójstwa na własnym narodzie.
Na terenie tej wystawy, byliśmy w kinoramie. Była to okrągła sala, bez krzeseł. Dookoła na ścianie ciągły ekran, nad nim okienka aparatury kinowej. Wyświetlany film sprawiał niesamowite wrażenie, jakby się szło w tłumie na zlocie młodzieży w Wiedniu, lub jechało autokarem turystycznym czy motorówką. Gdy autokar skręcał, to my, stojąc na stabilnej posadzce kinowej, automatycznie pochylaliśmy się zgodnie z kierunkiem w którym skręcał autobus.
Powracaliśmy z delegacji samolotem LOT-u. Na lotnisku w Moskwie byliśmy świadkami jak rosyjski celnik w torebce jednej polki znalazł metkę z pierścionka pochodzącą ze sklepu jubilerskiego. Podczas rewizji osobistej znaleziono u niej kilkanaście złotych pierścionków. Ją puszczono, ale pierścionki pozostały w Moskwie. Straciła duży majątek.
Na lotnisku w Warszawie, tym razem polski celnik, znalazł u Polaka, powracającego jak my z delegacji służbowej do Moskwy cały sklep z jakimś sprzętem. Zrobiło się nerwowo i głośno, gdyż pasażerem tym była jakaś figura z ministerstwa. Wezwano naczelnika komory celnej i spisano protokół. Usłyszałem tylko, że będzie to jego ostatnia delegacja zagraniczna i że wyleci z trzaskiem z ministerstwa i dodatkowo odpowie za przemyt przed sądem. Do mojej walizki nawet nie zajrzeli, tak byli tym facetem zmęczeni.
W Warszawie oczywiście odwiedziłem siostrę Irenę Brokowską i to podwójnie, w drodze tam i z powrotem. Z lotniska odebrał mnie Andrzej Brokowski swoim samochodem.
Warszawa
Zlikwidowaliśmy wszystkie pozostałe książeczki samochodowe PKO. Pieniądze ulokowaliśmy na książeczkach długoterminowej UPKO - 8000,00 zł, na książeczce Jasi 8000,00 zł, na mojej 5000,00 zł z przeznaczeniem na eksploatację Syreny.
Gliwice
Figle na śniegu w trakcie wycieczki Syrenką 101 na końcu ówczesnej DK88 w okolicach Strzelec Opolskich.
Dokument 364 ; List Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) do Krystyny Neufeld ; Białystok, 1 września 1962 roku ;
Białystok
1 marca 1962 roku zostałem wreszcie zwolniony z funkcji kierownika pracowni. Rezygnację z tej funkcji zgłosiłem 22 miesiące wcześniej - 1960.05.27, ale zwolnienie nastąpiło nie na własną prośbę ale w ramach reorganizacji biura. Małpia i nieuczciwa złośliwość POP-PZPR i dyrekcji. Rozpocząłem teraz poszukiwania innej pracy w Gliwicach.
Gliwice
Kupiłem namiot Mazur-3 z garażem za 3380,00 zł, łóżko polowe - 500,00 zł, tropik do namiotu - 360,00 zł i cztery pary pionierek, butów turystycznych dla każdego z nas. Rozpoczęliśmy wędrówki samochodowe po kraju. Kolejnym zakupem był bagażnik samochodowy za 813,00 zł.
Syrenką często jeździłem z kolegami na delegacje służbowe. Jeżeli przytrafiała się delegacja pojedyncza, jechaliśmy na nią razem z Jasią. Podczas jednej z takich delegacji byliśmy nad jeziorem koło Ślesina
Ślesin
W niedzielę byliśmy nad jeziorem Pogoria koło Gołonogu (Dąbrowa Górnicza).
Dąbrowa Górnicza
Całą rodziną, razem z mamą Józefą Zdanowicz (Niedzińską) pojechaliśmy Syreną do Augustowa na zjazd naukowy PZITS.
Augustów
Zygmunt Zdanowicz miał wreszcie pracę na luzie, bez zbędnego pustosłowia administracyjnego i personalnych rozróbek. Wyjazdy samochodowe, oraz interwencja lekarza (tabletki czerwone asconerin i 10 zastrzyków optoniny oraz łonopkozu 1% - ze strychniną), doprowadziły jego ciśnienie krwi ze 100/80 jakie miał w lutym 1961 roku do 120/80 w marcu 1962 roku. Nadal odczuwał jeszcze szum w
Gliwice
uszach, ale w kolanach był silniejszy. Łatwiej przychodziło mu pokonywanie schodów. Dalsza kuracja, 10 zastrzyków strychninum nitricum razem z witaminą B1 i tabletki artosklerolu zmniejszyły szum w uszach i podniosły ciśnienie do 132/90. Po powtórzeniu lekarstw, 9 maja ciśnienie miał wreszcie normalne, sportowe. Cholesterol 148, czyli w normie. Atarac, rutinoscorbin, artosklerol i wyszedł ostatecznie "z dołka". Jeszcze, żeby tak zmienić środowisko pracy.
Janina Zdanowicz (Kijanka) ukończyła kurs samochodowy, który kosztował 650,00 zł plus egzamin 60,00 zł. Dostała prawo jazdy, ale do kierowania się nie rwała.
Na naprawę tapczanu wydaliśmy 1114,00 zł.
Dokument 365: Świadectwo ukończenia pierwszej klasy szkoły podstawowej przez Wojciecha Zdanowicza ; Gliwice 24 czerwiec 1962 roku ;
W Krakowie, Barbara Badowska (Ziernicka) ukończyła szkołę podstawową i zdała egzamin do liceum ogólnokształcącego.
Kraków
W Krakowie miał miejsce ślub Anny Marii Nalepińskiej z Kazimierzem Gajosem. Ślub odbył się szybko, trochę na łapu capu, gdyż od niego zależał przydział na mieszkanie. Będą kłopoty.
W ZSRR, w związku z coraz częstszymi przyjazdami z Polski tzw. "pociągów przyjaźni", władze radzieckie poczuły się do obowiązku "zadbać" o zbiorowe groby w Katyniu. Z cmentarza w Smoleńsku zdemontowano jeden ze starych nagrobków, przewieziono go do Katynia i zaopatrzono w następujący napis:
Napis był oficjalny, niechlujny z błędami. Było to wyjątkowe prymitywne chamstwo graniczące z paranoją. A władze PRL dalej milczały, oficjalnej delegacji tam nie wysłały, chociaż do Monte Cassino, co roku wyjeżdżała z kwiatami oficjalna delegacja. Widocznie we Włoszech urzędnicy dostawali wyższe diety delegacyjne i to płacone w dolarach. Nawet nie przeszkadzało im to, że dowódcę 2 Korpusu pozbawili obywatelstwa PRL.
Byliśmy z kolegami, Syrenką, na delegacji w Szczecinie i Załomie. Oczywiście odwiedziłem rodzinę Marysi Piksy (Philipp).
Szczecin
Od 1 do 31 lipca 1962 roku wyjechaliśmy Syreną 101 na pierwsze samochodowo - namiotowe wakacje. Zaczęliśmy od gór. Rozbiliśmy biwak w Dolinie Chochołowskiej na Hali Chuciskiej. Już pierwszej nocy do snu zostaliśmy ukołysani przez deszcz. Rano ostra pobudka. Coś zatrzęsło namiotem. Wypadłem z części sypialnej namiotu do garażowej i znalazłem się po kostki w wodzie. Okazało się, że namiotem zatrzęsła pasąca się w pobliżu krowa, która potknęła się o linki namiotowe.
Zakopane
Na tratwie trochę znów pokropił deszcz. Ze Szczawnicy do Czorsztyna powróciliśmy autobusem. Namiot był już całkowicie mokry. Zwinęliśmy go byle jak i pojechaliśmy do Gliwic, aby go wysuszyć. Po drodze zajechaliśmy do Pcimia, gdzie odwiedziliśmy mojego kolegę ze studiów, "świętego" Mariana Wójtowicza, który poświęcił się opiece nad głuchoniemymi. Kilka lat później wstąpił do klasztoru w Tyńcu. Zatrzymaliśmy się również w Krakowie u Henryka Zdanowicza i Józefy Badowskiej (Kijanki).
Czekamy na tratwę
Pcim
Po wysuszeniu namiotu w Gliwicach, wyruszyliśmy nad morze. Jechaliśmy trasą przez Kalisz, Konin, Bydgoszcz do Gdańska. Przez Wisłę przeprawiliśmy się promem. Dojechaliśmy do Krynicy Morskiej i zawróciliśmy z powrotem. Był już wieczór. Szukaliśmy miejsca pod rozbicie namiotu. Jechaliśmy boczną drogą, wzdłuż wydm, po to by dojechać jak najbliżej morza. Droga była słabo widoczna, gdyż na jej środku rosła wysoka trawa. W pewnym momencie rozległ się trzask i samochód stanął nagle. Mieliśmy spotkanie z ogromną kłodą drewna leżącą wzdłuż drogi, na samym jej środku. Zgięty został zderzak i uszkodzony lewy błotnik. Uszkodzonym samochodem dojechaliśmy do najbliższej osady o nazwie Skowronków i rozbiliśmy namiot. Przez cały następny dzień, pożyczoną od gospodarza siekierą prostowałem rozbite elementy samochodu. W tym czasie Jasia z chłopcami kąpali się w morzu. Samochód właśnie przejechał 10 000 km. Uroczystość z tego powodu była raczej smutna. Syrena dostała od Wojtka kwiaty (na pocieszenie). Potem, już naprawionym samochodem pojechaliśmy do Fromborka. Do domu wracaliśmy przez Łódź. Była już noc. W pewnej chwili zauważyłem po lewej i po prawej stronie samochodu ławki. Okazało się że wjechałem do parku miejskiego. Musiałem szybko się wycofać.

Kalisz
Konin
Krynica Morska
W sierpniu 1962 roku, Jasia z chłopcami wynajęła za 500,00 zł pokój u państwa Maślanków w Milówce. Ja dojeżdżałem na niedzielę.
Milówka
Jeździłem też na delegacje. Powracając z delegacji w Szczecinie miałem dość niebezpieczną awarię. Na równej, gładkiej drodze asfaltowej, przy szybkości ok. 100 km/godz., rozkleiła się spoina dętki w przednim lewym kole. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Samochodem bardzo mocno szarpnęło, ledwo udało mi się utrzymać kierunek jazdy i nie wjechać na lewy pas ruchu. Mogła być katastrofa, zderzenie czołowe.
Szczecin
Zygmunt Zdanowicz, w białej koszuli, z kolegami podczas wystawy Technicznej w Katowicach ;
Katowice
Od 15 października 1962 roku do 30 czerwca 1963 roku jeździłem na kurs techniki odpylania, zorganizowany przez NOT i Instytut Ochrony Środowiska w Zabrzu. Znalazłem i zaklepałem sobie inną pracę w Inwestprojekt Gliwice i 31 października 1962 roku złożyłem oficjalne wymówienie pracy w Prozamecie z terminem trzymiesięcznym, do 1 lutego 1963 roku.
Gliwice
W listopadzie 1962 roku, byłem na jednej z ostatnich delegacji służbowych z Prozametu, do Koła. Był to bardzo pechowy wyjazd. Pojechałem Syrenką z trzema kolegami z biura. Wyjechaliśmy rano, a wróciliśmy wieczorem. Po drodze złapałem w sumie 11 gum. Zużyłem cały zapas łatek na gorąco. Podczas klejenia ostatniej posiadanej przeze mnie łatki, kolega, na wszelki wypadek odkupił od
Koło
przygodnego kierowcy jeszcze jedną łatkę. Tym razem ta łatkę przywieźliśmy do Gliwic.
Nazajutrz, chciałem wszystkie te łatki, pozakładane prowizorycznie, załatać u wulkanizatora. Nie dojechałem. W środku miasta, koło pomnika Mickiewicza na ulicy Wieczorka, 10-cio centymetrowy gwóźdź zrobił mi 12-tą i to podwójną dziurę. Zapasowe koło było przebite. Musiałem samochód zostawić na ulicy i zanieść dętkę do wulkanizatora. Następnie powróciłem do samochodu, założyłem dętkę o dojechałem, z resztą dziurawych dętek do wulkanizatora. Był to mój absolutny rekord, 12 gum w ciągu 24-ech godzin. Jedna guma na dwie godziny.
Załącznik 195 ; Trasy którymi jeździła Syrenka w 1962 roku ;
Dokument 368; Rozwiązanie stosunku służbowego w Prozamecie przez Zygmunta Zdanowicza ; Gliwice 22 listopada 1962 roku
Wpis do legitymacji ubezpieczeniowej:
Zarobek brutto w 1962 roku: 77 050,00 zł
Przeciętne miesięczne: 6 421,00 zł / m-c
Średnia krajowa w 1962 roku: 1680,00 zł / m-c
Skończyłem pracę w Prozamecie. Od 1 grudnia 1955 roku minęło 7 lat i 2 miesiące. Utrzymałem się w normie określonej przez socjologów - 10 lat, aby nie wpaść w rutynę i "obrosnąć" środowiskiem i kliką. Mnie zmianę zalecił lekarz.
Gliwice
Dokument 369; Opinia zawodowa o pracy Zygmunta Zdanowicza w Prozamecie ; Gliwice 31 styczeń 1963 roku ;
Dokument 370; Zaświadczenie o odbyciu nadzorów autorskich przez Zygmunta Zdanowicza podczas pracy w Prozamecie ; Gliwice 1 luty 1963 roku ;
Dokument 371; Zaświadczenie o pracy w firmie "Promel" dawniej "Prozamet" ; Zygmunta Zdanowicza ; Gliwice 31 stycznia 1963 roku ;
KONIEC TOMU XIII