Rozdział 142: Rok 1960
1 stycznia 1960 roku Heniek Zdanowicz wstąpił do PZPR, po to żeby pozostać na stanowisku kierowniczym w swojej pracowni. Na tyle się ona rozrosła, że centrala w Warszawie przekształciła ją w oddział Nowa Huta, ze stanowiskiem dyrektora oddziału. Jak w całej PRL, dyrektorem mógł zostać tylko członek partii. Heniek tłumaczył
Gliwice
mi swoją decyzję tym, iż projektantem już nie mógł by być, nie dałby rady, zbyt długo bowiem sprawy administracyjne odrywały go od projektowania. A od czego samokształcenie ?. Wiem, że Heniek dużo studiował w domu, miał bogatą bibliotekę techniczną. Sądzę, że dorabiał tłumaczenia do faktu, iż będąc całkowicie pod wpływem żony, która koniecznie chciała być "panią dyrektorową", dla świętego spokoju zgodził się zostać oportunistą. Pani dyrektorowa mogła więc już z podniesioną głową przesiadywać po krakowskich kawiarniach z innymi paniami dyrektorowymi, szczególnie pod Sukiennicami. Tak więc Heniek przez własną głupotę został członkiem nomenklatury partyjnej. Skończył WUML. Jego sprawa, żeby tylko nie kradł, bo straciłby brata.
1 marca 1960 roku, w przeciwieństwie do Heńka Zdanowicza, żeby sprawy administracyjne nie odsunęły mnie od projektowania, doprowadziłem do podziału mojej pracowni instalacyjnej na dwie oddzielne. Wydzieliłem sprawy wodociągowo - kanalizacyjno - gazowe, a zostałem ze sprawami centralnego ogrzewania i wentylacji. Zamiast 40 osób miałem teraz 18 pracowników i znacznie mniej administracji.
Od 5 do 10 marca 1960 roku, byłem na delegacji służbowej na wiosennych Międzynarodowych Targach w Lipsku w NRD. Zamiast jechać z Gliwic przez Zgorzelec do Lipska, zgodnie z głupotą socjalistyczną, musiałem jechać tam i z powrotem  przez Warszawę i Berlin. W Warszawie
odwiedziłem Irenę Brokowską (Zdanowicz). Na dworcu kolejowym w Warszawie dołączył do mnie inżynier z Gliwickiej Fabryki Drutu. Na peronie w Berlinie pomyliliśmy pociągi i wsiedliśmy do pociągu, który też jechał do Lipska, ale przez Berlin Zachodni. Konduktorzy niemieccy, było ich dwóch chodzących razem, mieli o to do nas pretensje, ale w końcu machnęli ręką. Mogliśmy wybrać wolność, z okien wagonu wyglądającą bardzo atrakcyjnie. Były to zupełnie dwa różne miasta, inne życie i wyposażenie choćby w samochody osobowe, których pełno było zaparkowanych nawet w bocznych uliczkach. Reklamy na ulicach były wprost oszałamiające.
NRD
Na dworcu w Lipsku, niemiecka para małżeńska zaoferowała nam pokój za stosunkowo niską cenę. Skorzystaliśmy. Podczas posiłku poczęstowaliśmy ich naszą kiełbasą, byli nią zachwyceni. Ich kiełbasę przełknąłem ale tylko z grzeczności. Była wstrętna, pozbawiona smaku i zapachu.
Na wystawie, kolega, po dłuższych poszukiwaniach odnalazł w końcu swojego dyrektora by oddać mu część marek które otrzymał jako pieniądze delegacyjne. Od tego momentu musiał bardzo oszczędzać. Przypuszczam, iż odbyło się to zgodnie z 11 przykazaniem, coś za coś, albo była to zwykła grabież nomenklaturowa.
Gdy podczas kupowania chleba w sklepie nie czekając na zwrot reszty, 1 feniga odszedłem od kasy, ekspedientka ścigała mnie aż do drzwi. U nas nie do pomyślenia.
Podczas drogi powrotnej, przez naszą granicę, jeden z współpasażerów naszego przedziału zgubił gdzieś druczek zgłoszenia rzeczy zakupionych w NRD. Poradziłem mu, aby spisał te rzeczy na zwykłej kartce, gdyż inaczej będzie musiał zapłacić cło. Celnik polski i tak zakwestionował tą kartkę. Jako autor pomysłu stanąłem w obronie współpasażera. Wtedy celnik wziął się za mnie, już po raz drugi, bo byłem już po kontroli. Zaczął macać mnie po kieszeniach, chcąc koniecznie znaleźć coś do czego mógłby się przyczepić. W końcu namacał coś w kieszeni płaszcza. Z triumfem w głosie zażądał, by pokazać mu co w niej ukrywam. Ja, powoli, spokojnie, wyjąłem z niej słownik niemiecko - polski. Myślałem, że go szlag trafi. Na to dosyć głośne zamieszanie przyszedł starszy celnik i zażądał ponownej odprawy całego przedziału. Nic nie znaleźli. Niefortunnemu współpasażerowi uznali deklarację celną, nic nie zapłacił. Miałem rację, podróżny miał prawo tak uczynić. Pozostał jednak niesmak z zachowania się celników - zachowanie typu "sierp i młot", kompletny brak kultury.
W kwietniu 1960 roku, w Gliwicach koło dworca kolejowego, niespodziewanie, tak jak w Wilnie w styczniu 1944 roku, spotkałem Władysława Markowskiego "Dżumbę". Po tylu latach, był już żonatym, starszym panem, ale nadal zachował sylwetkę sportowca, sprężysty chód i prosta postawę.
Gliwice
Za delegację do Lipska dostałem 1600,00 zł, dołożyłem 1300,00 zł, ale zakupów przywiozłem za ok. 1500,00 zł (po przeliczeniu marek na złotówki).
Rozpocząłem starania, zgodnie z nowymi wymaganiami stawianymi projektantom, o dopuszczenie do egzaminu na uprawnienia budowlane. Aby uzyskać dopuszczenie trzeba było zbierać zaświadczenia o nadzorach autorskich i technicznych.
Dokument 347 ; Zaświadczenie o nadzorach autorskich dla Zygmunta Zdanowicza ; Gliwice 2 luty 1960 roku ;
Ciocia Helena Rewkowska (Niedzińska), przesłała kolejnych 200 rubli do Druskienik, dla brata Zenona, za I kwartał 1960 roku. W pierwszym półroczu wydała na ten cel 700,17 zł. Od początku, czyli od 1958 roku, do 1960 wydała ok. 3500,00 zł = ok. 2000,00 rubli.
Białystok
Dokument 348; Wniosek Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o umożliwienie jej sprowadzenia do kraju ciężko chorego brata Zenona ; Białystok 23 marzec 1960 roku ;
Janina Zdanowicz
Michalina z Niedzińskich Miśkiewiczowa, Nowy Jork ;
Córka Michaliny z Niedzińskich Miśkiewiczowej, Nowy Jork
Dokument 349 ; Testament Heleny Rewkowskiej z Niedzińskich (pierwszy, lecz nie ostatni) ; Białystok 9 maja 1960 roku ;
Białystok
Później, ciocia tłumaczyła mi, że wykluczenie to spowodowane było tym, że cała rodzina Neufeldów ją "za drogo kosztowała".
Dokument 350 ; Dokumenty przesyłek do ZSRR przez Helenę Rewkowską (Niedzińską)
W pracy, oddałem do dyspozycji dyrekcji z propozycją zwolnienia z pracy, z powodu braku kwalifikacji i predyspozycji do pracy projektowej, asystenta, który był jednocześnie przewodniczącym koła zakładowego ZMP. Był on słaby technicznie, nie pracował nad sobą, nie dokształcał, był dodatkowo brudny i niechlujny. Do pracy potrafił przyjść nie umyty, nie ogolony,
Gliwice
nie reagował na zwracane mu na ten temat uwagi, czy odsyłanie do domu. Partia ruszyła do obrony swojego młodzieżowego "aktywisty". W końcu jednak zwolniono go, ale moją opinię służbową, dyskwalifikującą go, personalny zmienił bez porozumienia ze mną na kryształową, taką, jaką zawsze wystawiano partyjnym. Zwolnienie było oczywiście na jego prośbę, za porozumieniem stron. Brak słów na taka politykę personalną, stosowaną zresztą w całej PRL. Partyjny musiał zawsze być najlepszy, jeżeli tak nie jest to należy za takiego go uważać. Była to samobójcza metoda prowadząca w prostej linii do degradacji tej instytucji. Właściwie to dobrze, tylko szkoda tego kraju i czasu.
Sposób działania partyjnej nomenklatury obrazują dwa przykłady:
Przykład pierwszy, partyjnego generalnego projektanta, który w czasie opracowywania  projektu wstępnego zakładu otrzymał specjalną premię oszczędnościową za wprowadzenie do projektu bardziej opłacalnej stacji hydroforowej zakładu zamiast ogólnie wtedy stosowanej wieży ciśnień. Po zatwierdzeniu projektu wstępnego w tej proponowanej przez niego wersji, a przed projektem techniczno - roboczym złożył wniosek oszczędnościowy w którym uzasadnił ekonomicznie, że dla tego zakładu będzie lepsza i tańsza wieża ciśnień. I znowu dostał wysoką premię oszczędnościową. Naturalnie w obu przypadkach, uzyskanymi pieniędzmi musiał podzielić się z osobami zatwierdzającymi projekty, czyli dyrekcją naszego zakładu.
Przykład drugi, na szczeblu wyższym bo dyrektorskim, naturalnie partyjnym. Jeden z naszych dyrektorów, bo było ich aż trzech, odmawiał zakładom przyjmowania zleceń na opracowanie projektów, twierdząc, że nie mieszczą się one w planach. Jednocześnie sugerował zakładom, że projekt może wykonać prywatny zespół projektantów. Oczywiście ten prywatny zespół był fikcją. Byli to projektanci z naszej firmy, opracowujący ten projekt w ramach normalnych godzin pracy i otrzymujący za to normalne wynagrodzenie. Natomiast pieniądze ze zlecenia ekstra szły do kieszeni tegoż dyrektora i jego kliki. Później mówił, że kupił samochód za oszczędzone pieniądze bo rzucił palenie (inż. Jezierski).
Z nowatorskimi rozwiązaniami projektów musiałem dać spokój. Nikt ich nie chciał, od Rady Technicznej do zakładu i wykonawcy. Była to droga przez mękę a w zasadzie przez las wyciągniętych rąk: "daj, to może ci pomogę, może nie będę przeszkadzał". Każdy chciał być dopisany jako współautor projektu, no i naturalnie, a przede wszystkim na wniosku premiowym. Zgnilizna moralna występowała na górze zakładów, a co dopiero w PRL. Tak wyglądało prawdziwe oblicze nomenklatury.
Po odnowieniu mieszkania, za które malarz wziął 1160,00 zł, a na materiał wydaliśmy 367,00 zł, czyli razem 1527,00 zł i poprawianiu tej pracy po malarzu, postanowiłem poprawić swoją sytuację w pracy w 20-tą rocznicę zdania matury w Wilnie.
Dokument 351 ; Wniosek Zygmunta Zdanowicza o zmianę stanowiska w pracy w związku z planowanymi studiami magisterskimi na Politechnice Śląskiej ; Gliwice 27 maja 1960 roku ;
W określonym w podaniu terminie nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Zwolnili mnie dopiero za dwa lata, 1 marca 1962 roku, i to z powodu reorganizacji biura, a nie na własną prośbę. Wówczas tego typu prośbę traktowano jako policzek dla partii. Ona bowiem zatwierdzała każdą kandydaturę na stanowisko kierownicze i tylko one miała prawo zwalniać. A ja do partii nie należałem. Kilkukrotnie zapraszali mnie na zebrania otwarte POP, ale ani razu nie poszedłem.
Na pierwszą komunię Krzysia, z Krakowa, przyjechał teść Jan Kijanka. W prezencie z okazji komunii podarował Krzysiowi aparat fotograficzny typu "Druh".
Od 20 czerwca do 2 września 1960 roku, Józefa Zdanowicz (Niedzińska), na zaproszenie swojej siostry Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) przebywała w Białymstoku by pilnować jej mieszkania w związku z jej wyjazdem do Druskienik.
Białystok
Jurek Zdanowicz, zdał maturę i egzamin wstępny na Wydział Mechaniczny Politechniki Szczecińskiej.
Oprócz studiów które rozpoczął 1 października pasjonował się astronomią i teorią względności Einsteina.
Szczecin
Od 1 do 15 lipca 1960 roku spędzaliśmy rodzinne wczasy "pod gruszą" organizowane przez biuro podróży "Gromada" w Polskiej Wsi koło Pobiedzisk, miasteczku pomiędzy Poznaniem i Gnieznem Mieszkaliśmy w schludnej, poznańskiej chałupie. Chłopcy zainteresowali się gospodarką. Niedaleko gospodarstwa był staw, który jednak okazał się byś
Pobiedziska
stawem hodowlanym i nie można było po nim pływać pontonem. Pozostały nam spacery po lesie. Rybacy wzięli nas z Krzysiem za kłusowników, gdy podglądaliśmy życie rodziny dzikiej kaczki. Przegonili nas. Byliśmy na wycieczkach w Gnieźnie, Poznaniu i Gorzowie Wlkp., gdzie parę dni gościliśmy u Alinki Lenart (Zdanowicz). Było tak zimno, że trzeba było palić w piecu c.o. W Gorzowa pojechaliśmy koleją do Szczecina. Marysi nie zastaliśmy, gdyż była na wakacjach. Zwiedziliśmy Szczecin a następnie samolotem powróciliśmy do Poznania a następnie koleją do Pobiedzisk. Wydaliśmy na żywność 2412,00 zł, na transport i inne zachcianki 2127,00 zł, czyli razem 4539,00 zł
Na samochodowych książeczkach samochodowych PKO mamy 29 330,00 zł.
Ciocia Helena Rewkowska (Niedzińska), przebywając w Druskienikach sprzedała swój dom, przy ulicy Zielonej 5, ten, w którym się urodziłem, za 60 000,00 rubli (przed reformą walutową z ZSRR), mieszkańcowi Druskienik panu Basałykowi (zapewne dlatego iż był to również dom w którym Basałyk się urodził). Stan zdrowia wujka Zenona Niedzińskiego był bardzo zły. Miał zaawansowaną gruźlicę. Nie było mowy o przewiezieniu go do Białegostoku. W Druskienikach wujek nie mógł pozostać. Ciocia zmuszona była ulokować go w Domu Inwalidów w Kalwarii LSSR. Część rzeczy z domu ciocia sprzedała:
Druskieniki
Dokument 352 ; Wykaz rzeczy sprzedanych z domu w Druskienikach przy ulicy Zielonej 5, przez Helenę Rewkowską (Niedzińską) ; (Dokument zagubiony) 
Z notatnika cioci Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) ;
Część pieniędzy, ciocia wpłaciła wujkowi Zenonowi Niedińskiemu na książeczkę oszczędnościową, część dała mu do ręki, część wydała na różne drobiazgi, transport oraz bilety lotnicze dla Krysi Neufeld i siebie do Moskwy i z powrotem. Pozostałe pieniądze ok. 30 000,00 rb., ciocia chciała przewieźć do PRL i musiała na to uzyskać pozwolenie w Ministerstwie Finansów w Moskwie. Zgody jednak nie uzyskała. Za namową Krysi Neufeld, bojąc się kradzieży, ciocia wpłaciła te pieniądze w Moskwie na nazwisko Krystyny Neufeld. Na siebie nie mogła, gdyż nie była obywatelką ZSRR. Sądziła, że w Druskienikach będzie można te pieniądze pobrać. Radziecki system bankowy spowodował, iż do końca jej pobytu w ZSRR pieniądze do Druskienik nie zostały przekazane. Prawdopodobnie o to chodziło Krystynie. Pieniądze zostały u niej. Ciocia Helena nigdy nie odzyskała tych pieniędzy. Przez granicę przewiozła tylko drobiazgi za 4643,57 rb., które sprzedała w Białymstoku w komisie. Część odzyskanych w ten sposób pieniędzy przekazała swojej siostrze Józefie Zdanowicz (Niedzińskiej).
Spotkałem się z mamą, Józefą Zdanowicz (Niedzińską) w Warszawie u Ireny Brokowskiej (Zdanowicz), gdy powracała 2 września 1960 roku z Białegostoku a ja byłem na delegacji służbowej. Za połowę otrzymanych od Heleny Rewkowskiej pieniędzy Józefa Zdanowicz kupiła córce Irenie pralkę "Franię", którą razem dostarczyliśmy do mieszkania przy ul. Linneusza.
Za drugą połowę pieniędzy, mama Józefa Zdanowicz kupiła nam w marcu 1961 roku rosyjski telewizor "Rubin 102" (9800,00 zł).
Warszawa
1 września 1960 roku, Krzyś poszedł do 3 klasy szkoły podstawowej. Zmienił szkołę na nowo otwartą nr 10 im. Juliusza Słowackiego przy ulicy Ligonia.
Gliwice
Gliwice
W Grodnie, Krystyna Neufeld po raz drugi zdając do Szkoły Felczerskiej została przyjęta i rozpoczęła naukę. Jej ojciec Piotr Neufeld, ciężko zachorował na zapalenie woreczka żółciowego i przeleżał w szpitalu przez październik i listopad 1960 roku
Grodno
W listopadzie 1960 roku założyliśmy z kolegami Koło Zakładowe P.Z.I.T.S. (Polskie Zrzeszenie Inżynierów i Techników Sanitarnych Oddział Katowice).
Gliwice
Ciocia Helena Rewkowska (Niedzińska) otrzymała z Grodna i Druskienik kilka listów:
Dokument 353 ; List od Krystyny Neufeld, wnuczki Michaliny Neufeld (Niedzińskiej) do Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) ; Grodno 21 wrzesień 1960 roku
Grodno
Dokument 354 ; List od Krystyny Neufeld, wnuczki Michaliny Neufeld (Niedzińskiej) do Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej); Grodno 20 listopada 1960 roku ;
Dokument 355 ; List Piotra i Andzi Neufeldów do Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) ; Druskienniki 5 grudnia 1960 roku ;
Wpis do mojej książeczki ubezpieczeniowej:
Gliwice
Przy średnim miesięcznym zarobku krajowym 1560,00 zł wskaźnik mojego zarobku wynosi 4,54 razy więcej.
Na książeczce samochodowej PKO mamy 38880,00 zł.