Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 130: Rok 1951
W styczniu 1951 roku, przez cały miesiąc, mama, Józefa Zdanowicz (Niedzińska), przebywała w Sanatorium Kolejowym w Kudowie. Wracając z sanatorium wstąpiła na dwa dni do synowej, wdowy po Tadeuszu Zdanowiczu, Marysi z Philippów, do Szczecina. Marysia była już po ślubie z Józefem Piksą, urzędnikiem PMRN i mieszkała w dużym ładnym mieszkaniu. Jurek miał już 11 lat. Po powrocie do Krakowa Mama zamieszkała z Heńkiem i Danutą Zdanowiczami w ich nowym mieszkaniu przy ulicy Smoleńsk 33.
Szczecin
Janek Andrzejewski w latach 1951 - 1953 był starszym konstruktorem w WSK Rzeszów. Za wprowadzenie kilku usprawnień otrzymał dość znaczne nagrody honorowe i pieniężne.
Rzeszów
Józek Krzywiec w latach 1951 - 1953 był zastępcą głównego technologa w Zakładach Mechanicznych nr 2 w Gdańsku.
Gdańsk
Leon Światłowicz w latach 1951 - 1980 pracował jako starszy technolog, następnie kierownik działu technicznego przygotowania produkcji w WSK Mielec. Brał udział w pracach badawczych, opracowywaniu konstrukcji, wykonawstwie prototypów, przeprowadzaniu prób i przygotowaniu produkcji nowego samolotu rolniczego o dużym udźwigu typu M-15. Został laureatem nagrody Ministerstwa Spraw Wojskowych i Technicznych. Otrzymał podziękowanie Instytutu Lotnictwa za owocną współpracę nad podniesieniem jakości aparatury paliwowej silników wysokoprężnych. Nie należał do partii.
Mielec
Dokument 305; Odwołanie Teofila Rewkowskiego od przeszeregowania, Białystok 13 kwiecień 1951 rok ;
Białystok
30 kwietnia 1951 roku, Jasia Zdanowicz (Kijanka) zwolniła się z pracy, pozostając nadal studentką romanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kupiliśmy, brakujące do skompletowania całości mebli, cztery miękkie krzesła na wysoki połysk za 1564,40 zł i już większych wydatków nie przewidywaliśmy. Poza
Kraków
Dokument 306; Rozwiązanie pracy z Janiną Zdanowicz (Kijanką); Kraków 30 kwietnia 1951 roku ;
tym i to najważniejsze, Jasia była w drugim miesiącu ciąży z Krzysiem. Musiała teraz uważać, oszczędzać się i już nie skakać "ruchem konika szachowego". Moja pensja zupełnie wystarczała. Za kwiecień dostałem 1705,00 zł, przy średniej krajowej za 1950 rok 551,00 zł (3 razy więcej), więcej od pensji dyrektora technicznego "Zieleniewskiego", inż. Oprządkiewicza, byłego bezpośredniego szefa Jasi.
Dokument 307; Zaświadczenie pracy dla Janiny Zdanowicz (Kijanki); Kraków 2 maj 1951 roku ;
W pierwszych dniach maja dostałem z MON Warszawa, zamiast życzeń imieninowych, ich życzenie, żebym się u nich stawił osobiście. Sytuacja w krajach "demoludów" była napięta w związku z wojną koreańską, więc sadziłem, że chodzi o wcielenie do wojska. Zabrałem ze sobą dokumenty studenckie i osobistą sekretarkę
Warszawa
Jasię, która nie chciała mnie samego puścić. Na koszt MON'u zamieszkaliśmy w hotelu Polonia. Departament Personalny MON chciał mnie zmobilizować, ale odroczył ze względu na zaawansowane studia. Zapowiedziano  mi jednak, iż zaraz po egzaminach końcowych zostanę wcielony do czynnej służby wojskowej. Nie ma więc mowy o dalszych studiach magisterskich. Jeżeli rozpocznę dalsze studia to je po prostu przerwą. LWP szybko się mechanizuje i potrzebują wykształconych oficerów samochodowych i czołgowych. Moja specjalizacja wyjątkowo im się spodobała. Nie ma żadnego odwołania. Miałem jeszcze nadzieję, iż wojna w Korei skończy się do jesieni, i pójdę tylko na 6-tygodniowe ćwiczenia w sierpniu.
Przy okazji odwiedziliśmy Irenę i Zbigniewa Brokowskich, oraz pooglądaliśmy Warszawę, łącznie z Łazienkami.
26 czerwca 1951 roku zdałem ostatni egzamin kursowy, zaliczyłem trzeci rok studiów inżynierskich na Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie. Zgodnie z decyzją MON - ostatni.
Rozwiązaliśmy naszą trójkę "cwaniaków", zakończoną pełnym sukcesem. Były czasami śmieszne sytuacje na egzaminach. Wchodziło się na salę pojedynczo, a tam kilka osób. Wśród nich profesor. Czasami miałem trudności w rozpoznaniu profesora bo go dotychczas nie widziałem. Na jego wykładach obecni byli moi koledzy. Na niektóre, mniej ważne przedmioty w
Kraków

ogóle nie chodziliśmy. Najtrudniejszym egzaminem był egzamin z podstaw marksizmu i leninizmu. Oczywiście na wykłady nie chodziliśmy. Na egzaminie trzeba było znać "Historię WKP(b)". Była to dość gruba książka pisana drobnym maczkiem, tak że przy jej czytaniu bolały oczy. Zawierała mnóstwo dat, nazwisk, zebrań, plenów i uchwał. Przypominała znaną z gimnazjum "Historię kościoła" (klasa 3 rok 1932/33). Nie było mowy, żeby to wszystko przeczytać. Czytaliśmy więc tą książkę wspólnie na wyrywki, co trzeci rozdział. Z tego wszystkiego coś niecoś zapamiętałem, chociaż zupełnie niepotrzebnie, gdyż później ogłoszono, że cała ta historia została sfałszowana i jako zakłamana wycofana ze szkół. Na egzaminie coś wydukałem. Widocznie inni wiedzieli niewiele więcej, więc utrzymałem się w średniówce i zaliczyłem chociaż kląłem jak szewc nad straconym czasem.
Koledzy wyjechali na 6 - miesięczne praktyki szkolne. Mnie zaliczono pracę na kolei w latach 1940.11.19 - 1945.01.16 oraz w wojsku.
Termin egzaminu dyplomowego z elektrotechniki samochodowej i z eksploatacji pojazdów mechanicznych wyznaczono na 24 września 1951 roku.
Jasia Zdanowicz (Kijanka) zrezygnowała z dalszych studiów. Za dużo stresów, pośpiechu jak dla kobiety w czwartym miesiącu ciąży. Przed nią najważniejszy egzamin za 5 miesięcy. Jest już zgłoszona. Mamy nadzieję że zda go bez problemów. Teraz, po rezygnacji ze studiów Jasia wygląda lepiej o czym świadczą zdjęcia:
Janina Zdanowicz z siostrą Józefą Badowską, Basią i jej opiekunką Filcią;
Podczas, gdy my byliśmy zajęci zaliczaniem kolejnych przedmiotów na studiach, naprzeciwko naszego domu, w mieszkaniu Heńka Zdanowicza, jego żona Danuta spowodowała awanturę. Chodziło jej o usunięcie naszej mamy z mieszkania, gdyż chciała sprowadzić do Krakowa swoją matkę ze Zwierzyńca. Jej matka mieszkała w Zwierzyńcu sama po śmierci męża. Heńka nie było w domu, miał wkrótce nadejść. Mama zupełnie spokojnie rozmawiała z Danutą na jakieś zupełnie nieważne tematy. Gdy na schodach usłyszały kroki Heńka, nagle, ni z tego ni z owego Danka zaczęła udawać spazmatyczny płacz. Na to wszedł Heniek. Dał się sprowokować żonie. Wynikła straszna awantura. Mama została obrażona, postanowiła się wyprowadzić. Na razie nie bardzo miała dokąd, więc przyszła do nas, pożegnała się, obiecała napisać i pojechała do krewnych. Przebywała przez pewien czas u Alinki Lenart (Zdanowicz) w Gorzowie Wlkp., potem w Międzyrzeczu Podolskim u rodziny siostrzenicy Janiny Zalewskiej, Stamtąd napisała do nas list, m.in., z zawiadomieniem, że wyjeżdża do Białegostoku, do siostry Heleny
Wykupiliśmy z Jasią wczasy w Orbisie do Stegny Gdańskiej na trzy osoby, łącznie z mamą.
Gdańsk
Dokument 308; List Zygmunta Zdanowicza do cioci Heleny Rewkowskiej (Niedzińskiej) z 25 czerwca 1951 roku ;

Do Warszawy polecieliśmy 8 lipca 1951 roku samolotem LOT'u. Na lotnisku przywitali nas Brokowscy i towarzyszyli nam w oczekiwaniu na przesiadkę na samolot do Gdańska. W Gdańsku przesiedliśmy się na wąskotorówkę do Stegny. Przez Wisłę przepłynęliśmy promem, bo nie było mostu. Wieczorem zakwaterowaliśmy się w pokoju u gospodarza, wydzierżawionym przez "Orbis".
Od 9 do 29 lipca 1951 roku byliśmy z Jasią na wczasach wiejskich zorganizowanych przez "Orbis" w Stegnie nad morzem. Rano, pociągiem z Białegostoku przyjechała Mama. Otrzymała ona osobny pokój u sąsiedniego gospodarza. Stołówkę, prowadzoną przez "orbis" mieliśmy wspólną w osobnym budynku. Do morza, spacerkiem przez las było ok. pół godziny. Plaża była za to wspaniała. Sosnowy las przypominał Wileńszczyznę. Próba "utopienia" Jasi nie udała się. Z belek znalezionych na plaży zmajstrowałem małą tratwę i namówiłem Jasię, żeby siadła na niej. Siadła i od razu znikła mi z oczu. Na powierzchni morza pozostała jedynie tratwa i kapelusz Jasi. Jasia się wygrzebała, za to w domu zemściła się. Na drugi dzień rano, jeszcze w łóżku, tak szeroko się przeciągnęła, że trzepnęła mnie łokciem w lewą brew. Trafiła widocznie w węzeł nerwowy bo strasznie mnie rozbolała głowa. Myślałem, że ją rozsadzi. Widocznie jej o to chodziło. "Za karę" poszła do apteki w Stuthofie, ok. 4 km po środki uśmierzające ból. Jak na razie między nami remis 1:1. Co będzie dalej ?
Po lotnicze bilety powrotne do Krakowa pojechałem 20 lipca 1951 roku do Gdańska. Przy okazji odwiedziłem Józka Krzywca a on oprowadził mnie po kolegach. Julka Krukowskiego, zastaliśmy w kancelarii przedsiębiorstwa budowlanego odbudowującego gdańską starówkę. Mariana Muczyńskiego też zastaliśmy za biurkiem, ale w innym miejscu, na innej ulicy. Był kancelistą, nie technikiem gdyż nie miał matury. Zaprosił mnie na obiad do swojego mieszkania. Poszedłem do niego, ale już po obiedzie. Poznałem jego żonę. Miał ładne mieszkanie, chociaż bardzo skromne. Do Mariana Truszkowskiego, mojego wspólnika od tajnego PW-PST w roku 1939 / 1940, poszedłem sam. Źle trafiłem, bo na jakieś gruntowne przemeblowanie, czy nawet przeprowadzkę. Zarówno on, jak i jego żona (chyba była w ciąży), byli jacyś zagonieni, podenerwowani.
Mama, pojechała 29 lipca 1951 roku, koleją do Warszawy. Ja z Jasią, wąskotorówką do Gdańska i stamtąd samolotem, przez Warszawę do Krakowa.
W sierpniu 1951 roku, cała rodzina Brokowskich, razem z Mamą Józefą Zdanowicz z Niedzińskich była na wakacjach w leśniczówce Dołga koło Białej Podlaskiej.
Biała Podlaska
Napisałem podanie do FSO na Żeraniu w Warszawie w sprawie pracy. Odpowiedź przyszła negatywna - inżynierów, szczególnie młodych nie potrzebują, tylko rzemieślników i to z dużą praktyką.
W połowie miesiąca sierpnia 1951 roku zostałem wezwany na komisję przydziału pracy dla absolwentów wyższych uczelni. Mój zakład pracy CBACh i UCh złożył na mnie zapotrzebowanie, mając pierwszeństwo przed innymi zakładami. Ja jednak nie chciałem w nim dalej pracować, odmówiłem. Dostałem przydział do FSC w Lublinie z terminem - bezpośrednio po zdaniu dyplomu. Zarysowała się nadzieja iż uda się uciec od wojska. Na własną rękę pojechałem do Lublina. Na zwiad. Przede wszystkim chodziło mi o możliwość otrzymania mieszkania, dla całej rodziny, łącznie z Mamą i Krzysiem, czyli M-4. Owszem FSC budowało w Lublinie bloki mieszkalne z możliwością uzyskania przydziału za trzy miesiące. Natomiast z płacą heca. Zaoferowali mi stanowisko kierownika finalnej kontroli technicznej ale z płacą stażysty po dyplomie, czyli około połowy tego co miałem dotychczas. Paranoja. Samodzielnie, bez korzystania ze stypendium ukończyłem uczelnię. Mam długoletni staż pracy, bo od 1940 roku, a tu traktują nie jak studencika bez praktyki, na stażu, ale za to na bardzo odpowiedzialnym stanowisku.
Nastąpiło to co w tych warunkach musiało nastąpić. Bardzo ostre starcie z naczelnikiem Biura Personalnego. Z trzaskiem i wielką pretensją do PRL wyszedłem z zakładu, zapowiadając, że na pewno na takie warunki nie przystanę. Personalny natomiast z kpiną w głosie zapewnił mnie, że przyjadę i jeszcze go będę prosił o przyjęcie. Głupi wykonawca najgłupszych zarządzeń na świecie - komunistycznych.
We wrześniu 1951 roku nastał miesiąc dyplomów. Razem z Heńkiem mieliśmy wyznaczone terminy egzaminów dyplomowych na koniec września. Ja miałem już zdane wszystkie egzaminy kursowe, natomiast Heńkowi brakowało jeszcze dwóch. Czuł, że nie zdąży zdać obu. Poprosił więc mnie o pomoc. Podzieliliśmy się tymi egzaminami.
Wziąłem na siebie jego egzamin z części maszyn u starego profesora, jeszcze z Politechniki Lwowskiej. Na pewno, po tylu latach nie będzie pamiętał Heńka. Różnił nas kolor włosów i okulary, których wtedy jeszcze nie nosiłem. Na wszelki wypadek Heniek dał mi swoje okulary, które włożyłem do kieszeni w klapie marynarki, tak aby były widoczne, ponieważ w dokumentach Heńka, które miałem przy sobie na wszystkich zdjęciach Heniek był w okularach. Włosy lekko natłuściłem, tak aby stały się ciemniejsze. Ponieważ, profesor był człowiekiem starej daty, włożyłem czarny, ślubny garnitur, białą koszulę z czarną muszką. Poszedłem na ten egzamin bez żadnego przygotowania, bo przedmiot był pokrewny z moim kierunkiem studiów. U mnie przedmiot ten należał do przedmiotów podstawowych, a u Heńka traktowany był jako mnie ważny. Liczyłem na to, że będzie to tzw. "michałek". Przeliczyłem się jednak. Na początku, na wszystkie pytania odpowiedziałem bez zająknięcia. Na zakończenie egzaminu profesor zażądał narysowania, szkicowo, maszyny drogowej robiącej skarpy. Nigdy takiej maszyny nie widziałem, nawet na rysunku. Dla mnie był to rysunek prototypu, który musiałem wymyślić i to na poczekaniu, pod okiem profesora. Ręce mi się spociły z przejęcia. Wytarłem je chustką i zabrałem się do kombinowania. W jaki sposób maszyną można zrobić skarpę. Myślałem, że to już koniec, klapa, po druzgocącej krytyce profesora, ale do indeksu wpisał ocenę dobrą. Mało go za to nie uściskałem. Byłbym go chyba udusił z radości, że egzamin zaliczył i że mnie nie zdemaskował. Heniek, i tak mało mnie nie udusił, i to ze złości, że ocena była nie bardzo dobra tylko dobra. Też fanatyk. Nic dziwnego, że tyle lat studiował chcąc mieć same piątki. Po co mu to ? Też frajer. Mnie zawsze zależało tylko na zaliczeniu egzaminu, nigdy nie na ocenie. Przecież egzamin jest zawsze loterią, dużo zależy od szczęścia na jakie pytanie się trafi,
Janina Zdanowicz (Kijanka) z Basią Badowską (Ziernicką) na spacerze na Błoniach;
24 września 1951 roku zdałem egzamin dyplomowy, a 9 października 1951 roku przyznano mi tytuł inżyniera mechanika w zakresie samochodów i traktorów.
bo wszystkiego umieć nie można. Piątkowicz zupełni nie ceni sobie czasu, który można przeznaczyć na dużo przyjemniejsze sprawy niż łapanie piątek. Byłem cholernie zły. Po jakie licho się zgodziłem ? A gdybym wpadł? Obaj stracilibyśmy indeksy i to dożywotnio. Nigdzie nie tolerują zdawania na tzw. murzyna - ktoś za kogoś. Mało mam własnych kłopotów ?
Zygmunt Zdanowicz w 1951 roku
Dokument 309 ; Indeks Zygmunta Zdanowicza z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie;
Dokument 310 ; Dyplom ukończenia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie przez Zygmunta Zdanowicza ;
Prawie jednocześnie Heniek Zdanowicz został magistrem inżynierem budownictwa lądowego. Nadal pracował w Biprostalu, na stanowisku zastępcy dyrektora technicznego i na część etatu jako asystent w katedrze inżynierii lądowej. Nadałem odpowiedni telegram do Ireny Brokowskiej. Gdzie była Mama, nie wiedziałem, bo wędrowała w tym czasie po krewnych. Odwiedziła Marysię Piksę (Zdanowicz/Philipp) w Kamiennej Górze, Alinkę Lenart (Zdanowicz) w Gorzowie Wlkp., Helenę Rewkowską (Niedzińską) w Białymstoku i rodzinę Janki Zalewskiej w Międzyrzeczu Podlaskim. Z Międzyrzecza Mama przysłała kartkę.
Koniec tomu XI
Nasz były kierownik Wydziału Mechanicznego PST w Wilnie, mgr inż. Władysław Koneczny, w roku szkolnym 1951 / 1952 był wykładowcą w WSI we Wrocławiu, na część etatu, na stałe wykładając w Technikum Budowy Wagonów.
Wrocław
Kazik Skawiński w latach 1951 / 1952 był asystentem w Katedrze Dźwignic Politechniki Łódzkiej i jednocześnie w latach 1951 / 1953 starszym projektantem, kierownikiem zespołu w Biurze Projektów Przemysłu Papierniczego w Łodzi. Nie zaprzestał przy tym wykładów na WSI w Łodzi i kontynuacji studiów na Politechnice. Jak on to robił ? Jeszcze w gimnazjum należał do grupy bardzo zdolnych i pilnych uczniów. W harcerstwie, jako zastępowy wykazywał dużo energii, przedsiębiorczości i zaradności. Miał zdane dwie matury, jedną w liceum matematyczno - przyrodniczym i drugą w liceum mechanicznym. No ale żeby siedzieć na czterech stołkach jednocześnie i to wcale nie najłatwiejszych ? Zaimponował mi mój dawny zastępowy z 7-ej Drużyny Harcerskiej w Wilnie. Chłopak z klasy, ale i z klasą.
Łódź