Kolejna lub poprzednia strona Rozdział 20 ; Wilno ul. Konarskiego 40 - część I ;
1927.09.20 - 1931.08.15 ; z całą rodziną przeprowadziliśmy się na ulicę Konarskiego 40 w Wilnie, tą samą, lecz bliżej miasta. Dom położony był jeszcze naprzeciw Parku Leśnego "Zakret". Był drewniany, parterowy, nadal bez wody i kanalizacji ale już ze światłem elektrycznym. W kuchni stał piec chlebowy "ruski", w którym rodzice piekli wiejski chleb razowy, smaczniejszy od wszystkich ciast łącznie z tortem.
Wilno
Do chleba koniecznie musiała być podana herbata z samowaru, takiego na węgiel drzewny, który rozdmuchiwany był ojca butem, takim wysokim z cholewą, która składała się jak harmonijka. Do prasowania służyło żelazko, też na węgiel drzewny. Żeby dobrze rozdmuchać żarzące się węgliki, trzeba było kręcić młynka żelazkiem. Wkrótce pojawiła się nowość techniczna, żelazko z tzw. duszą). Było to żelazko z wkładem metalowym nagrzewanym w piecu. W piecu paliliśmy drewnem. Tato z kolei otrzymywał stare podkłady kolejowe, które trzeba było przed wrzuceniem do pieca porąbać i przewieźć z drewutni na podwórko. Miałem już dziewięć lat, wyglądałem na czternaście, byłem tęgim osiłkiem i nieraz już brałem udział w tej pracy. Nosiłem również wodę ze studni, przed którą zimą tworzyła się istna "szklana góra" z lodu, na której łatwo było upaść, albo wpaść do studni. Oblodzony, śliski i bardzo zimny był również ustęp przy drewutni, ze szparami między deskami w podłodze, ścianach i suficie.
Najbliższymi sąsiadami, spod numeru 38 byli państwo Miszkienisowie. Byli narodowości litewskiej. Ojciec był rencistą wojsk carskich, sierżantem jazdy. Mieli dwóch synów, moich rówieśników Wacka i Cześka, uczniów gimnazjum humanistycznego im. Adama Mickiewicza na ul. Dominikańskiej, obok gimnazjum do którego uczęszczali moi bracia.
Gospodarz Miszkienisów miał syna Leona Kraszewskiego, a on kolegę Benedykta Łosia. Obaj byli trochę starsi, za to pełni inicjatywy i pomysłów. Leon miał potężnego wilczura pilnującego gospodarstwa. Wilczur był uwiązany przed własną budą na łańcuchu wodzonym na długim drucie. Początkowo go omijałem. Później bardzo zaprzyjaźniliśmy się, chociaż dla obcych był bardzo niebezpieczny. Na prawach wyjątkowych dopuszczany byłem do jego budy. Raz, podczas czułych karesów, trochę zbyt mocno zacisnął szczękę na przegubie lewej ręki. Powstała głęboka rana. Nie krwawiła, na szczęście arteria była nieuszkodzona. Staranne i systematyczne wylizywanie rany przez psa spowodowało iż rana zagoiła się bardzo szybko. Nawet blizna nie została. Otrzymałem glejt do psiego rodu i żaden pies do dnia dzisiejszego mnie nie ugryzł.
Dalej była ulica Zacisze, a za nią dom numer 36 w którym mieszkał Edek Kuczys, o rok młodszy, ale pełen fantazji i pomysłów. Namawiał mnie na podróż balonem do Afryki. Balon miał być zrobiony z nadmuchiwanej prezerwatywy. Nic z tego naturalnie nie wyszło. Później chodziliśmy do jednej klasy w gimnazjum. Po kilku latach wyjechał do Białegostoku.
Z drugiej strony naszego domu, pod numerem 42, w małym domku mieszkała wdowa z synem, Jankiem Rozmukiem. Był moim rówieśnikiem, pół sierotą, jedynakiem. Szatan nie chłopak. Wszędzie go było pełno, trochę chuliganił. Kamieniem podbił mi lewe oko, do dziś powieka jest bardziej opuszczona. Chyba on mnie nauczył jak się robi strzały do łuku. Z pocisku karabinowego wytapia się ołów, ścina ostrze i przez powstały otwór przepycha się gwóźdź ostrzem na zewnątrz. Takie ostrze nasadza się na koniec drewnianej strzały. Leci jak pocisk karabinowy, celnie i mocno wbijając się w drzewo. Broń zabójcza, bardzo niebezpieczna i naturalnie zarekwirowana przez rodziców po ostrej reprymendzie.
Za procę też oberwałem, choć żadnej szyby nie rozbiłem. W tym czasie zacząłem czytać książki przygodowe: Karol May, James Oliver Curwood, Jules Verne itp. Miałem też własną czytelnię na drzewie, gdzie nikt mi nie przeszkadzał. Dobierałem się też do biblioteki ojca. Była tam kilkutomowa historia religii świata, historia starożytnej Litwy, duża mapa Wielkiego Księstwa Litewskiego, ogromne trzy segregatory dzienników petersburskich z okresu rewolucji i wiele innych tomów, już mniej ciekawych bo bez obrazków. Wszystkie książki były w języku rosyjskim, więc rodzice musieli mi objaœniać treść, szczególnie opisy obrazków. Wtedy właśnie tato opowiadał o losach swojej rodziny, która po klęsce powstania styczniowego 1863 - 1864 uciekła z Zamojszczyzny, ukryła pochodzenie szlacheckie, schłopiała, aby uratować życie. Opowiadał również bajdy ludowe o świętych gajach i wężach, w które wierzyli praprzodkowie. Mama opowiadała o dworku szlacheckim swoich rodziców pozostawionym na Suwalszczyźnie i o tradycjach popowstaniowych w Druskienikach. Ona też opowiadała o różnych religiach na świecie, kartkując książkę o historii religii świata. Wszyscy chodziliśmy do kościoła, bo tak wypadało. Co by powiedzieli sąsiedzi ?. Święta katolickie obchodziliśmy, był też opłatek ale bez specjalnej gorliwości.
W domu zawsze było pełno młodzieży starszej o parę lat ode mnie. Byli to rówieśnicy mojego rodzeństwa, na czele z Miszkienisami i Grześkowskimi. Ja byłem traktowany przez nich jak pętak. Miałem tylko dziewięć lat. Na razie chodziłem jeszcze do przedszkola kolejowego. 16 grudnia 1927 roku na św. Mikołaja tańczyliśmy na scenie krakowiaka. Już wtedy widocznie ciągnęło mnie do Krakowa, gdyż w stroju krakowskim czułem się zupełnie dobrze. W pewnym momencie poślizgnąłem się na blaszce przed piecem węglowym. Przyklękłem. Na szczęście partnerka mocno mnie trzymała i zdożała podnieść. Dostałem nawet brawa za nowatorską nową figurę. Z tym przyklękaniem przed Krakowianką, znacznie później na ulicy Krakowa będzie dużo większa sprawa i większe kontrowersje (rok 1948). W nagrodę za występ mieliśmy darmowe łapanie wędką zza parawanu paczek świątecznych. Złapałem trochę słodyczy i skrzypce - dziecinne ale symboliczne. Zachęciły mnie jednak do rzępolenia na skrzypcach brata Tadeusza, bez większych rezultatów. Lepiej szła mi gra na mandolinie, też Tadka. A pod choinkę dostałem prawdziwe, stalowe łyżwy, przykręcane do butów, które w tym celu miały w obcasie przybitą blaszkę z dziurką i kluczyk do ściągania łapek. Na razie jeździłem po chodnikach, jezdniach po ścieżkach i stawach w parku "Zakret". Na wiosnę, gdy zaczęła się odwilż, Janek nauczył mnie jeździć po tafli lodowej stawu przykrytej centymetrową warstwą wody. Nie wiem do dzisiaj, dlaczego się nie potopiliśmy. W domu, z dwóch szpulek do nici i kawałka drutu robiłem karoserię samochodu, a z cienkiej tekturki, przy pomocy nici i igły jego obudowę. Tadek przyniósł z lekcji fizyki schemat radia na detektor, dokupił części i zmontował radio na słuchawki. Zrobiliśmy sobie przedłużacz do łóżka i czasem zasypiałem ze słuchawkami na uszach. Rano miałem uszy spuchnięte i bolące.
15 maja 1928 roku Tadeusz zdał maturę, a po miesiącu egzamin wstępny na Wydział Prawa Uniwersytetu Stefana Batorego (U.S.B.) w Wilnie. Wacek Miszkinis, po maturze pojechał do Lwowa i zdał egzamin na Wydział Lądowy Politechniki. Wrócił do Wilna i zorganizował wakacje dla obu rodzin we wsi Gudełki. Dwa miesiące nad jeziorem. Pan Miszkinis "rybczył", czasem nawet brał mnie "do pomocy". Brałem też udział w różnych pracach gospodarczych, m.in. w żniwach. Po załadowaniu i związaniu fury, jako nadgorliwiec zarzuciłem jeszcze jeden snopek na którym usiadłem. Na pierwszym wyboju, przy większym pochyle, właśnie na tym snopku, niezbyt elegancko, ale skutecznie zjechałem na rżysko. Nie radzę tego nikomu. Bardzo się pokłułem. Jeszcze gorzej poszło z dużą starą huśtawką stojącą na podwórku. Wskakując na nią z rozpędu, żeby samemu ją rozhuśtać zaczepiłem prawą nogą o duży zardzewiały gwóźdź i rozprułem sobie łydkę aż do kości na długości ok. 15 centymetrów. Gospodarz furmanką zawiózł mnie do Wilna, gdzie ojciec zaprowadził do chirurga kolejowego. Blizna jednak została. Wszystko po to by być w Wilnie. "Sprytnie to obmyśliłem" bo w tym czasie 12 sierpnia 1928 roku odbywał się zjazd legionistów i chciałem spotkać na nim swojego przyszłego teścia, ale nie spotkałem, bo tato mnie nie puścił. Józef Piłsudski powiedział m.in. "... tam na Rossie u wrót cmentarza mogiłka za mogiłką leży, jedna przy drugiej, jak żołnierze w szeregach, ci, co życie dali by Komendanta serce pieścić. Gdy serce swe grobem poję, serce swe tam na Rossie kładę, by wódz spoczął z żołnierzami, co mogli tak pieścić dumnego wodza czoło, co mieli tak życie dawać jedynie dla prezentu...". I położył, ale później, w 1926 roku. Ja będę stał na warcie honorowej przy Nim, jeszcze później w 1939 roku
1 września 1928 roku Heniek poszedł do siódmej klasy, a Irena do piątej. Mnie mama zaprowadziła do trzeciego oddziału szkoły podstawowej na ulicy Trockiej, w murach klasztoru Franciszkanów. Brud i wszy przy bardzo niskim poziomie nauczania. Natomiast znaczne postępy poczyniłem w przeklinaniu i uświadomieniu. Młode nauczycielki zupełnie nie panowały nad klasami pełnymi chuliganów. Niektórym to już wąs się sypał pod nosem. Powtarzali klasy po dwa, trzy razy. Po każdym powrocie ze szkoły, najpierw nad stołem odbywało się staranne, gęstym grzebieniem, pozbywanie się obcych "desantów". Po feriach świątecznych już do tej szkoły nie poszedłem.
Nadanie Medalu Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości dla Maurycego Zdanowicza - Wilno 8 listopada 1928 rok  (Dokument 74)
Miałem w domu korepetytora, studenta medycyny, harcmistrza z 13-ej Drużyny Harcerskiej "Czarnej". Bardziej mnie zainteresował harcerstwem niż nauką, a Irena tak się przejęła, że wstąpiła do harcerstwa w swoim gimnazjum. Egzamin do gimnazjum matematyczno - przyrodniczego im. Joachima Lelewela zdałem bez trudu 10 czerwca 1929 roku (ostatni egzamin będę zdawał 50 lat później w lipcu 1979 roku i to przed ministrem). A w międzyczasie ciągłe egzaminy, coraz trudniejsze, z różnych przedmiotów i w różnych dziedzinach. Tadek zrezygnował z prawa i za namową Wacka Miszkienisa pojechał do Lwowa i zdał tam egzamin na Wydział Leśny Politechniki. Heniek Zdanowicz był w lipcu na obozie P.W.
Henryk Zdanowicz na obozie wojskowym
Od 1 września 1929 roku Heniek Zdanowicz poszedł do ósmej, ostatniej klasy gimnazjum, Irena Zdanowicz (Brokowska) do szóstej a ja do pierwszej. Szkoła mieścł³a się w ładnym gmachu przy ulicy Adama Mickiewicza, naprzeciw placu Łukiszki, nazwanego później placem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Obok szkoły, za ulicą Ofiarną mieścił się sąd w którym w czasie wojny mieściły się siedziby Sauguma, Gestapo i NKWD oczywiście kolejno.
Wychowawcą klasy okazał się "facet dziwnie ubrany", ksiądz prefekt Bronisław Jeleński. Miał on na ustach prawie cały czas łagodny uśmiech pełen dobroci. Jak się wkrótce okazało był fałszywy, przykrywał obłudę, małostkowość, zawziętość i pamiętliwość. Do pomocy miał czarny notes. Już w pierwszych dniach byłem świadkiem jak po zwróconej mi uwagi coś długo zapisywał. Nie pamiętam o co mu chodziło. Miał włosy dość krótko ostrzyżone, mocniej od góry, płasko i trochę z boków. Z przodu głowa przypominała kwadrat, stąd nosił przezwisko "kwadratowy łeb". W rzeczywistości też zakuta pała. Nic do niego nie docierało. Miał o wszystkim własne zdanie i nikt nie był w stanie mu nic wytłumaczyć nie mówiąc o przekonaniu. Niestety, miał jak każdy prefekt, w tamtych czasach bardzo dużo władzy. Oficjalnie, z urzędu był zastępcą dyrektora o głosie decydującym, tak jak później w PRL pierwszy sekretarz POP. Zresztą cały kościół zawsze był i jest taką partią - mafią ogólnoświatową. No i zaczęło się. Na jednej z lekcji kolega zabrał mi gumkę do wycierania. Nie chciał jej zwrócić, więc zmusiłem go fizycznie. Za ucho, aż pisnął i za gumkę. Ktoś doniósł "świętobliwemu". Ten zrobił straszną awanturę, wezwał matkę do dyrektora. Tam, wykazał dużą znajomość słów rodzaju: bandytyzm, terroryzm itd. Skruchy nie okazałem, na przeproszenie "pokrzywdzonego" nie zgodziłem się. Na żądanie wychowawcy, na półrocze otrzymałem tróję ze sprawowania i ostre upomnienie. Ponieważ cały czas byłem spokojny, wyraźnie wytłumaczyłem swoje stanowisko. Nie błagałem o przebaczenie i nie płakałem. Otrzymałem od matki pochwałę, a od księdza bardzo krzywe spojrzenie z ukosa. Okazało się, że ten "pokrzywdzony" kolega był synem kogoś ważnego z zarządu miasta. Ten zewnętrzny spokój, opanowanie nie wyszły mi na zdrowie. W środku ze złości cały się trzęsłem, gotowałem, aż mi się zapaliły spojówki. Zwykłe zapalenie spojówek, lekarz kolejowy dr Chmielewska przyjęła za modną wówczas jaglicę. Skierowała do przychodni przeciwjaglicznej na ulicy Żeligowskiego, którą sama prowadziła. Chodziłem tam codziennie po lekcjach. Długotrwałe wypalanie lapisem powiek od wewnątrz spowodowało powstanie na tęczówce lewego oka wrzodu przesuwającego się w kierunku źrenicy. Groziła ślepota tego oka. Pani doktor dała mi skierowanie do kolejowego szpitala na Wilczej Łapie. Tam, znów ona prowadziła oddział oczny i przez parę miesięcy dawała mi w kość różnymi zabiegami. Przypuszczam, że dłuższa przerwa szkolna, a zwłaszcza w opiece wychowawcy, uspokoiła mnie, i oczy same doszły do normy. Zabiegi prowadzone przez dr Chmielewską tyko podrażniały i przedłużały leczenie. W rezultacie, zapalenie spojówek przeszło w stan chroniczny, do dnia dzisiejszego. Wystarczy trochę się zdenerwować, przemęczyć, zakurzyć, mocniej się naświetlić słońcem czy odblaskiem lub tylko lekko potrzeć a już powieki są czerwone, napuchnięte i zaropiałe. Wykorzystywałem to kilkakrotnie w przeszłości ratując się z opresji, np. 1941.04, 1941.11, 1942.12. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po wyjściu ze szpitala, pod sam koniec roku szkolnego, nawet nie byłem klasyfikowany, musiałem ten rok powtórzyć. Zły start.
W czerwcu 1930 roku brałem udział w rodzinnej wycieczce wagonowej, bez braci, dookoła Polski. Została zorganizowana przez pracowników DOKP Wilno a jej kierownikiem był nasz dobry znajomy z 1927 roku Aleksander Grześkowski. Mieliśmy do dyspozycji wagon osobowy 2-ej klasy z podnoszonymi oparciami. W każdym przedziale były cztery miejsca do spania. Obok nas przedział zajmowali we czwórkę Grześkowscy. W nocy jechaliśmy, za dnia wagon był odstawiany na boczny tor. Zwiedziliśmy: Warszawę, Toruń, Gdynię, Władysławowo (Wielka Wieś Hallerowa), Poznań, Częstochowę (Jasna Góra), Kraków (Wawel, Skałka), Katowice, Chorzów (Huta Batory) - przez pomyłkę granicę polsko - niemiecką między Chorzowem i Gliwicami, Zakopane (Kasprowy Wierch), Lwów, Zaleszczyki, Kowal, Wilno. Mieliśmy bardzo bogaty program, a do tego, na moje nieszczęście kierownik był bardzo religijny, więc naturalnie zwiedzaliśmy wszystkie kościoły. Miał ponadto bardzo dokładny przewodnik turystyczny, musieliśmy więc wysłuchiwać wszystko o każdym obrazie, rzeźbie, zabytku itd. Wszystko to znaczy nic. W pamięci pozostało mi tylko kilka fragmentów, tych najważniejszych.
Warszawa - podczas przetaczania naszego wagonu na inny tor w Warszawie, przez okno na szyny wypadła mi czapka. Wyskoczyłem po nią, wagon pojechał dalej. Zostałem sam ale z czapką. Po godzinie rodzice znaleźli mnie - nie było mi do śmiechu.
Władysławowo - morze było wzburzone, kąpieli nie było, ale były wspaniałe grzywiaste bałwany.
Zakopane - na Kasprowym Wierchu, na który wjechaliśmy kolejką linową, poszliśmy na spacer na najbliższy szczyt. Byłem przekonany, że była to Świnica. Dopiero w 1 października 1979 roku, będąc tam z Jasią poznałem swój błąd, i to w dosyć dramatycznej sytuacji.
Kraków - na Wawelu szukałem Jasi, ale jej nie poznałem, miała dopiero cztery lata. Była wyraźnie za młoda na randkę z "żonatym" mężczyzną.
Zaleszczyki - z Zaleszczyk pamiętam bardzo gorącą plażę pod historycznym mostem z 1939 roku i ciepłą wodę Dniepru.
Kowel - w Kowlu skakaliśmy do wody z huśtawki ustawionej nad brzegiem lokalnej rzeczki. Chyba nie było warto takiego turysty taki świat obwozić.
Henryk Zdanowicz przed maturą
- Wilno 1930 rok.
Lato 1930 - Zygmunt Zdanowicz
Lato 1930 - Zygmunt Zdanowicz
Maurycy Zdanowicz 
Włodawa
Na miesiąc zostałem sam w gronie zupełnie nie znanych mi dzieci i młodzieży. W sierpniu na wczasy do Włodawy zjechała się cała rodzina. Mieszkaliśmy w małym, kilkupokojowym domku, położonym wśród sosnowego lasu, na prawym brzegu Bugu, powyżej miasta. Od stacji kolejowej do Sanatorium jeździliśmy konnym tramwajem.
Irena Zdanowicz w VII klasie
1 września 1930 roku Irena Zdanowicz (Brokowska) w siódmej klasie, ja po falstarcie znowu na starcie w pierwszej klasie, za to już bez księdza wychowawcy. Wychowawczynią była pani Hoffmanowa, nauczycielka języka niemieckiego, a ja zgłosiłem się na język francuski. Zadrażnień więc chyba nie będzie. Zresztą z kobietą nie wypada. Miałem cały komplet nowych kolegów.
Wilno
Poniżej fotografia klasy Zygmunta Zdanowicza. Siedzą od lewej strony: Julek Krukowski, Cyryl Pawłowski (białorusin, przyszły konfident Saugumy i Gestapo, Zygmunt Zangołłowicz (kumpel od koszykówki), Janusz Zalewski (przyszły projektant Energoprojektu Warszawa), wychowawczyni, chuligan, którego już nie pamiętam - wydrapałem z pamięci, Ludwik Ożóg, Konopnicki, Chruszczow (prawosławny Rosjanin). Stoją w drugim rzędzie od lewej: Marian Muczyński, Świętosław Brodowicz (przyszły konfident Sangumy i Gestapo - zdradzi nasze tajne PW-PST 2 lutego 1940 roku , trzeciego i czwartego nie pamiętam, piąty Janek Gumowski (przyszły projektant Energoprojektu Warszawa), szóstego nie pamiêtam, siódmy Andrzej Kondratowicz (spotkałem go w 1940 roku w więzieniu i po wojnie, Aleksander Popławski (bokser, autor "Prima Aprilis" w 1932 roku, Jakubowski, Dowgiłło, ostatniego nie pamiętam. Stoją w drugim rzędzie od lewej: Witkowski, Rafał Kowaleski, Zygmunt Maciejewski (mało oka nie stracił bawiąc się w szermierkę bez maski, syn nauczycielki języka polskiego, powieściopisarki, poetki), Romek Lipiński, Kazik Szyszkiewicz, Mejer, Eljasz Pilecki (kumpel od koszykówki, karaim), Jurek Pawłow (prawosławny Rosjanin, kumpel od koszykówki), ja, Edek Kuczys (sąsiad z pod numeru 38) i Olaf Dworakowski (najsympatyczniejszy kumpel od żeglarstwa i nart). Na zdjêciu brakuje Kazika Skawińskiego - był chory. Od pierwszego dnia zwąchaliśmy się z Julkem Krukowskim i Marianem Muczyńskim w zakresie rozrabiania i kawałów. Wszędzie było nas pełno. Często razem podpadaliśmy, ale na razie na wesoło. Postanowiliśmy zapisać się do drużyny harcerskiej. Po lekcjach, w wyznaczonym dniu i klasach, ochotników przyjmowały w swoje szeregi różne organizacje działające na terenie szkoły. Pomyliliśmy salę i trafiliśmy na werbunek Sodalicji Mariańskiej. Wszedłem pierwszy, za mną Marian, w drzwiach stanął Julek. Zdębiałem na widok "kwadratowego łba". Julek zdążył się wycofać. Dla nas, o wycofaniu się nie było już mowy. Ksiądz zapytał o tego trzeciego. Powiedzieliśmy, że to jakiś chłopak z innej klasy. Zostaliśmy z Marianem zapisani. Z kilku klas zebrała się spora grupka.
Kolejne zdjęcie: przy płocie na podwórku szkolnym; z tyłu z włosami i wąsami to opiekun naszej grupy, student medycyny Tołłoczko, ja też przy płocie w środku, Marian na prawym skrzydle, obok niego Andrzej Kondratowicz,
Zdjęcie obok: ta sama grupa co na zdjęciu powyżej, też na podwórku szkolnym, w tym samym dniu, ja najwyższy a przy mnie mało widoczny Marian Muczyński.
Jako drugoroczny nie miałem 50% zniżki z opłat szkolnych. Dwaj starsi bracia we Lwowie kosztują. Doszły też koszty rodzinne.
Jego dwaj synowie, Jan, 20 lat i Piotr, 18 lat wplątali się w przemyt polskiego cukru z Litwy. U nas cukier kosztował 1 zł/kg, to za ile sprzedawaliśmy go Litwie, że się przemytnikom opłacały ? Ciocia Jadzia z synami była u nas parę dni, mieli rozprawę w sądzie. Chyba się wymigali, nie bardzo pamiętam.
W październiku 1930 roku tato pojechał do Lwowa, skontrolować gospodarkę finansową synów. Było niewesoło. Brakowało w rodzinie pieniędzy. 20 grudnia 1930 roku ojciec złożył odpowiednie podanie i teraz czekał na zezwolenie. Irena nie czekała, wzięła korepetycje w szkole z młodszymi koleżankami. Miała na drobne swoje wydatki, a nawet kupiła narty, które z entuzjazmem zacząłem wspólnie z nią eksploatować.
Lwów
Przed Świętami Wielkanocnymi odbywały się rekolekcje. Niby dobrowolne, ale obecność była sprawdzana. Zresztą praktyka ta była miała miejsce w każdą niedzielę podczas roku szkolnego. Zbiórka w szkole, sprawdzanie obecności wg dziennika lekcyjnego z adnotacją nieobecnych. Następnie parami, pod strażą nauczycieli szliśmy do kościoła św. Jakuba mieszczącego się po drugiej stronie placu Łukiszki. Tam dyżurny klasy miał obowiązek pilnować, żeby nikt nie wyszedł wcześniej , a gdyby tak się stało miał donosić o tym fakcie księdzu. Ze spowiedzi, ksiądz kazał nam przynosić kartki od spowiednika, oczywiście do kontroli. Tak wyglądała wolność sumienia i wyznań. Uważałem to za terror kościoła godzący w moją godność i wolność osobistą. Nieposłuszeństwo groziło "wilczym biletem" - wyrzucenie ze szkoły bez prawa wstąpienia do innej szkoły na terenie całego kraju. Dostosować się, czy buntować ? Ale bunt nic nie da, więc pozostaje mimikra w obronie własnej. Już więcej do spowiedzi nie poszedłem, nauczyłem się tak udawać, manewrować, że nikt, nawet w rodzinie nic nie zauważył aż do czasu wojny. Możliwe, że ten pewnego rodzaju stan wewnętrznego napięcia spowodował często powtarzającą się zgagę. Rodzice dawali mi wówczas sodę, potem pastylki Vichy, też oparte na sodzie. Wrzucane do wody wytwarzały bąbelki a smakowały jak słaba woda sodowa. Przynosiła doraźną ulgę, ale chyba i skutki uboczne. Pojawiały się też dość często u mnie bóle głowy. Zgaga i ból głowy nie sprzyjały poważnemu traktowaniu nauki w szkole. Nigdy też nie starałem się o poprawienie noty. Słaba trójczyna, nawet z minusem mnie zupełnie zadawalała. To było moje naczelne hasło w okresie szkolenia wszystkich typów, przez całe życie (często nawet tą ocenę było mi trudno otrzymać). Naśladowałem w tym do pewnego stopnia Marszałka Józefa Piłsudskiego. W dziewiątym tomie jego "Pism Zbiorowych" znajduje się następujący fragment:
"... Skoro wiedziałem, iż wystarczą mi trójki do przejścia do następnej klasy, to ambicji do piątek nie miałem...". No właśnie, tyle jest innych ciekawszych rzeczy. A sport ?!
Wilno
Heniek cały pierwszy rok na Wydziale Leśnictwa Politechniki we Lwowie poświęcił tylko na naukę matematyki i zaliczył ją. Po zakończeniu pierwszego roku, złożył dokumenty na Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej tej samej Politechniki. Latem 1931 roku poszedł do wojska - Szkoła Podchorążych Artylerii Lekkiej we Włodzimierzu Wołyńskim, 1931 do sierpnia 1932 roku.
Kowel
Zaleszczyki
Kraków
Zakopane
Władysławowo
Przeniesienie Maurycego Zdanowicza do Wydziału Sanitarnego w DOKP w Wilnie; Wilno 25 kwietnia 1929 roku; (Dokument 75).